Jeśli przyjmiemy założenie, że wybierając posłów do Parlamentu Europejskiego, kierujemy się chęcią wzmocnienia pozycji Polski w Unii, starannie zastanówmy się, na kogo oddamy głos

Jeśli przyjmiemy założenie, że wybierając posłów do Parlamentu Europejskiego, kierujemy się chęcią wzmocnienia pozycji Polski w Unii, starannie zastanówmy się, na kogo oddamy głos .

Jeśli przyjmiemy założenie, że wybierając posłów do Parlamentu Europejskiego, kierujemy się chęcią wzmocnienia pozycji Polski w Unii, starannie zastanówmy się, na kogo oddamy głos

Demokracja nie zna pojęcia „głosu zmarnowanego”. Każdy oddany się liczy i ma ogromną wartość. Tyle teoria. Jeśli jednak uznamy, że celem wyborcy jest wybranie przedstawiciela, który będzie miał wpływ na rzeczywistość, tak by realizować oczekiwania wyborcy – to wówczas musimy uznać, że bywają sytuacje, w których głos nie jest wykorzystany optymalnie. Bo został oddany (świadomie lub nie) na kandydata, który nie ma wpływu na rzeczywistość. Nawet gdyby się okazał geniuszem oratorskim, wzorcem pracowitości, zaangażowania i uczciwości itp.

I dlatego kluczowe było zwycięstwo wyborcze PO i PSL w 2009 r. Ono spowodowało, że Polacy stali się trzecią, największą grupą narodową w EPL (w sumie 29 posłów), po Niemcach i Francuzach. Efekt? Stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego dla Jerzego Buzka w I połowie kadencji, ale także stanowisko szefowej komisji ds. polityki spójności dla Danuty Hübner (kluczowa komisja dla naszego kraju). Oraz odpowiedzialność za sprawozdania dotyczące ważnych kwestii. Np. sprawozdanie nt. pracowników delegowanych Danuty Jazłowieckiej, raport Bogusława Sonika nt. gazu łupkowego albo sprawozdanie Jana Olbrychta o rozporządzeniu Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (to część funduszy europejskich, z których Polska korzysta).

czytaj więcej w:

Źródło: „Gazeta Wyborcza”, 4 marca 2014

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *