blog

Dymisja Mario Montiego

Dymisja premiera państwa członkowskiego Unii, jest – co do zasady – sprawą tego państwa. Bywają jednak sytuacje, kiedy taka zmiana obchodzi Unię jako taką, a nie tylko europejską opinię publiczną jako sumę opinii publicznych (Polaków, Niemców, Greków itd.). Dymisja Mario Montiego, szefa rządu włoskiego, jest właśnie taki przypadkiem. Już po jej zapowiedzi przez Montiego (na początku grudnia) odbywał się szczyt europejski w Brukseli i tam właśnie urzędujący włoski premier uzyskał niedwuznaczne poparcie swoich europejskich kolegów, szczególnie z centrum i z prawicy. Pisze o tym „Euractiv.com”: „Włoska agencja prasowa Ansa potwierdziła w wielu źródłach, że niemiecka kanclerz Angela Merkel prosiła Montiego, aby wystartował [na czele koalicji centro-prawicowej] w wyborach planowanych na marzec 2013. Także inni centro-prawicowi przywódcy europejscy dali swoje poparcie dla człowieka, który poprowadził Włochy na drogę reform”. „Euractive” cytuje w tym kontekście słowa José Manuela Barroso, przewodniczącego Komisji: „W ciągu minionego roku zostały [we Włoszech] powzięte ważne decyzje w celu zmniejszenia nadmiernego deficytu i długu publicznego. Osiągnięto poważny postęp w zakresie konkurencyjności i potencjału wzrostu gospodarczego. Notujemy już teraz bardzo dobre rezultaty w zakresie zmniejszenia kosztów obligacji rządu włoskiego” (http://www.euractiv.com/fr/elections/les-dirigeants-de-centre-droit-s-news-516660). Skoro Unia interesuje się bardziej niż zwykle tym, jaki będzie włoski rząd, pójdźmy za tym zainteresowaniem i zobaczmy, jak się sprawy mają na włoskiej scenie politycznej. Z punktu widzenia Unii pytanie brzmi: czy Mario Monti ma jeszcze przyszłość polityczną? I tu spotykamy dobrze znaną postać: Silvio Berlusconiego. Pisał o tym tuż przed dymisją Montiego „La Croix”, przytaczając słowa, w których Berlusconi zadeklarował swój powrót do aktywnej polityki: „Wracam, żeby zwyciężyć”. Dalej katolicki dziennik pisał: „Podczas gdy jego partia dostaje teraz w sondażach 14 proc. preferencji wyborczych, w 2008 roku to było 38 proc., były premier, odsunięty od władzy przed rokiem, utrzymuje, że >>nie ma innego Berlusconiego, który byłby w stanie pokonać lewicę<<. >>Znowu poświęcam się dla sprawy publicznej, dla dobra kraju i z poczuciem odpowiedzialności, które zawsze miałem<< wyznaje Il Cavaliere, ścigany przez wymiar sprawiedliwości z tytułu oszustw podatkowych, zmuszania nieletnich do prostytucji oraz nadużycia władzy”. Z pewnością Europa (nie tylko ta katolicka) wolałaby zamiast Berulsconiego, urzędującego premiera Mario Montiego. „La Croix” kontynuuwał: „Wyzwoliwszy się [poprzez dymisję] od wizerunku technokraty, stojąc w nowej sytuacji nieco z boku głównego sporu politycznego, odchodzący premier ma wszystko, co potrzeba, aby zadowolić żądania obozu umiarkowanych. Byłby on gwarancją >>uniknięcia tego, ażeby kraj znowu znalazł się nad przepaścią w stylu greckim<<, zapewnia Pier Ferdinando Casini, szef centrowej partii UDC” (http://www.la-croix.com/Actualite/S-informer/Monde/Silvio-Berlusconi-pousse-Mario-Monti-a-la-demission-_NG_-2012-12-09-885778). 21 grudnia Mario Monti złożył dymisję. Tak, jak wcześniej zapowiadał, nastąpiło to zaraz po uchwaleniu przez parlament budżetu na 2013 rok. Ale dymisja, być może, nie oznacza jego definitywnego odejścia z włoskiej polityki. I to mimo, że swoim nagłym powrotem Berlusconi niewątpliwie próbuje zabiec Montiemu drogę. Czy to się uda? Rzecz rozważają „Les Echos”, pisząc: „Według licznych gazet włoskich Mario Monti ogłosi swoje poparcie dla centrowej koalicji, ale nie będzie numerem jeden na jej listach wyborczych, co nie wykluczałoby tego, że po wyborach w końcu lutego zostałby znowu premierem. (...) Jedno jest pewne: Mario Monti nie będzie kandydatem centro-prawicy, która obejmowałaby także PDL – partię Il Cavaliere” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202465431123-italie-budget-adopte-monti-sur-le-point-de-demissionner-523328.php). W końcu potwierdziło się, że Mario Monti poważnie myśli o kontynuacji swojego programu politycznego po wyborach (http://www.lefigaro.fr/flash-actu/2012/12/23/97001-20121223FILWWW00053-monti-ne-renonce-pas-a-etre-candidat-mais-ne-s-engage-pas.php).

Blog Bogusława Sonika, 16. stycznia 2012

Standard & Poor's podnosi notę Grecji

Agencja ratingowa Standard & Poor’s podniosła we wtorek, 18 grudnia, notę dla długu greckiego i to aż o 6 stopni: od poziomu „częściowej niewypłacalności” do poziomu „B-". Giełda w Atenach natychmiast zanotowała wzrosty, podniósł się poziom optymizmu i w Grecji, i w ogóle w Europie. Niektórzy widzą w decyzji S&P dowód, że kryzys długu państwowego w strefie euro ma już najgorszą fazę za sobą. A skoro ten kryzys zaczyna się kończyć, to i kryzys w Unii też niedługo zobaczy swój kres. Przykładem takiego optymizmu może być komentarz redakcyjny („l’editorial”) w „Le Monde”, gdzie czytamy: „Wybawienie zawdzięczają Grecy sobie (...). Ale przede wszystkim Europejczykom. Przesilenie nastąpiło tego lata, kiedy to Angela Merkel w końcu zdecydowała się co do swojej linii postępowania: Grecja nie wyjdzie ze strefy euro, cokolwiek by się stało. Niemiecka kanclerz zdecydowała się, pod presją François Hollande’a, który powoływał się na powinność polityczną i obowiązek solidarności, a także Mario Draghiego, prezesa EBC, który przestrzegał przed nieuchronnymi skutkami katastrofy w jednym kraju członkowskim dla pozostałych członków strefy euro. Potem Draghi potwierdził, że będzie bronił euro za wszelką cenę. Tego lata, zatem, Europejczycy zdecydowali, że rynki finansowe nie pokonają waluty euro. I to działa. Spekulacja uspokoiła się. (...) Odtąd Europejczycy walczą już nie tyle z rynkami finansowymi, co ze samymi sobą. Zadali sobie trud reformatorski wiodący do osiągnięcia większej konkurencyjności, jakiego żaden inny region świata sobie nie zadał. I rezultaty zaczynają być widoczne” (http://www.lemonde.fr/idees/article/2012/12/22/la-survie-de-l-euro-n-est-plus-en-jeu_1809832_3232.html). Mniej optymistycznie widzi te sprawy „l’Express”. Tygodnik powołuje się na ekspertyzę l’Institut des Finances International i pisze: „>>Z PKB, który ma się w przyszłym roku zmniejszyć o ok. 4 do 5 proc. (...) i z wystawieniem na próbę spójności społecznej przez nowe decyzje oszczędnościowe, ryzyko co do planu pomocowego UE i MFW pozostaje poważne<< - podkreśla IFI. Wyraża także rezerwę co do zdolności tego kraju do osiągnięcia wypłacalności, mimo przewidzianego anulowania 20 miliardów pożyczek dzięki operacji odkupienia długu i całego szeregu decyzji wspierających ze strony strefy euro. >>Obawy co do trwałości długu będą trwać tak długo, jak długo nie powróci wzrost gospodarczy<< - stwierdza IFI” (http://lexpansion.lexpress.fr/economie/s-p-remonte-la-note-de-la-grece-de-six-crans_365665.html). Z pewnością jest jakaś poprawa. Pytanie, jak dalece zaawansowana. A dalej, po ustaleniu faktów, pytanie czy butelka jest do połowy pełna („Le Monde”) czy do połowy pusta („l’Express”).

Blog Bogusława Sonika, 16. stycznia 2012

Szczyt w Brukseli: nadzór bankowy i nic więcej

To miał być szczyt (13-14 grudnia) przełomowych decyzji w zakresie reform instytucjonalnych w Unii – przynajmniej tak zakładano w lecie, na poprzednim szczycie. Ale – przypomnijmy – w lecie byliśmy w apogeum kryzysu długów państwowych i, w konsekwencji, o krok od rozpadnięcia się strefy euro. W takich okolicznościach ludzie (polityków nie wyłączając) mają skłonność do podejmowania dalekosiężnych decyzji, na jakie nigdy by się nie odważyli w „normalnych czasach”. Otóż najgorsze minęło, a w każdym razie tak się teraz wydaje, Unia nie ma już poczucia, że jest pod ścianą, i wobec tego nie podejmuje decyzji, które niedawno jeszcze wydawały się absolutnie konieczne. O szczycie zawiedzionych – w powyższym sensie – nadziei pisze „Liberation”: „Plan dojścia do Europy federalnej stał się samoprzylepną karteczką [którą można przeklejać na dowolne miejsca, tu: przesuwać w czasie]: będziemy o tym mówić pewnego dnia, być może. Jak można się było tego spodziewać, 27 szefów państw i rządów, zebranych na szczycie w Brukseli, poświęciło noc z czwartku na piątek na rozpruwanie dokumentu zmierzającego do stworzenia >>prawdziwej Unii Gospodarczej i Walutowej<<, który to dokument przedłożył Herman Van Rompuy, przewodniczący Rady Europejskiej. Po roku reform przygotowywanych przy dźwiękach werbli bojowych, pod ogniem kryzysu, Europa daje sobie teraz urlop wypoczynkowy. Ewolucja strefy euro w kierunku unii politycznej, wyposażonej we własny budżet, zostaje odesłana nie >>ad calendas grecas<<, ale do kalendarza niemieckiego. To znaczy najwcześniej do nazajutrz po wyborach do Bundestagu we wrześniu 2013” (http://bruxelles.blogs.liberation.fr/coulisses/2012/12/pour-leurope-politique-pause-toujours.html). W podobnym duchu pisze „Le Figaro”, co znamienne bo w szeregu innych kwestii te gazety ogromnie się różnią: „We czwartek, wydawało się, że jest jeszcze nadzieja po tym, jak zgodzono się co do nowej pomocy dla Grecji i po trudnym wynegocjowaniu nadzoru bankowego nad 6 tysiącami banków. W piątek entuzjazm opadł, co znajduje dwa wyjaśnienia. Trudno jest posuwać się naprzód z Niemcami, już całkowicie zmobilizowanymi przed batalią wewnętrzną o mandaty do Bundestagu oraz z Francją, która opiera się, razem z innymi, wobec wszelkiej zmiany traktatów europejskich. Uspokojenie na rynkach finansowych, nawet jeśli przejściowe, także pozwala przenieść na później to, co jawiło się jeszcze niedawno jako niezbędny >>skok federalny<<” (http://www.lefigaro.fr/international/2012/12/14/01003-20121214ARTFIG00632-l-europe-remet-a-plus-tard-lareforme-de-ses-traites.php).

Blog Bogusława Sonika, 2. stycznia 2012

Długofalowe myślenie o instytucjach unijnych

Kryzysy bywają czasem, kiedy wykuwają się nowe idee. Kryzys długu państwowego, który gnębi Unię od 2010 roku, miał fazę działań bardziej doraźnych, teraz zaś zdaje się wchodzić w fazę długofalowego myślenia o instytucjach unijnych – po to, aby na przyszłość zabezpieczyć Unię przed niebezpieczeństwami, które ujawniły w czasie obecnego kryzysu. Jak wiadomo, największe siły polityczne w Parlamencie Europejskim (chadecy, socjaliści i liberałowie) opowiadają się za bezpośrednim wyborem przewodniczącego Komisji Europejskiej podczas najbliższych wyborów do PE, w czerwcu 2014 roku. Wszystkie te familie polityczne zapowiadają, że wskażą przed wyborami swojego kandydata na to stanowisko. Ta idea pomału zdobywa sobie coraz więcej zwolenników, a głównym jej motywem jest postulat zdemokratyzowania Unii. We wrześniu podjęła ją grupa robocza 11 ministrów spraw zagranicznych (w tym polskiego) (http://www.auswaertiges-amt.de/cae/servlet/contentblob/626338/publicationFile/171843/120918-Abschlussbericht-Zukunftsgruppe.pdf). Dużym wydarzeniem było w tym kontekście wystąpienie Hermana Van Rompuy’a na konferencji w Brukseli, zorganizowanej przez belgijski MSZ, fundację Bertelsmana i fundację Króla Baudouina. Stały przewodniczący Rady Europejskiej opowiedział się przeciwko bezpośredniemu wyborowi szefa Komisji. Jego argumentację przytacza „Euractive”: „Van Rompuy wskazał jednakże, że już uprzedził o tym ministrów podczas spotkania zorganizowanego we wrześniu w Nowym Jorku na marginesie Zgromadzenia Ogólnego ONZ. >>Powiedziałem to w Nowym Jorku: ‘nadacie temu mężczyźnie lub tej kobiecie wielką legitymację. Ale jeśli utrzymanie ten sam [co obecnie] poziom kompetencji tego stanowiska [przewodniczącego Komisji], to wywołacie przewidywalne rozczarowanie’.<< (...) Van Rompuy zaznaczył, że wszystkie te wysiłki pójdą na marne, jeśli nie wzmocni się kompetencji samej Komisji w stosunku do państw członkowskich” (http://www.euractiv.com/node/516367). Z kolei inna ważna unijna osobistość, szef frakcji liberałów, Guy Verhofstadt, ustosunkował się do ważnego dokumentu Komisji na temat przyszłości strefy euro (http://bruxelles.blogs.liberation.fr/blueprint_fr.pdf), który rysuje dla strefy euro perspektywę federalną. Przywódca liberałów oświadcza, że podziela analizę przyczyn kryzysu dokonaną przez Komisję: rozbieżność między posiadaniem wspólnej waluty i prowadzeniem odmiennych polityk gospodarczych przez państwa członkowskie. Ale co się tyczy zapowiadanej przez Komisję nowej instytucji (Fundusz Amortyzacji Długu), Verhofstadt jest zdania, że nie trzeba z tym czekać aż do zmiany traktatów, lecz można ją wprowadzić w życie już w obecnym porządku prawnym (http://www.alde.eu/fr/presse/communiques-presse-et-nouvelles/communiques-de-presse/article/guy-verhofstadt-we-strongly-support-the-commissions-blueprint-but-believe-the-redemption-fund-is/).

Blog Bogusława Sonika, 11. grudnia 2012

Unia federalna albo żadna?

Komisja Europejska opublikowała przed kilkoma dniami dokument na temat przyszłego kształtu instytucjonalnego Unii (http://ec.europa.eu/commission_2010-2014/president/news/archives/2012/11/pdf/blueprint_fr.pdf). A ściślej mówiąc: stanowisko na temat pożądanego – jej zdaniem – przyszłego kształtu Unii. Ma to, rzecz jasna, związek z kolejnym spotkaniem na szczycie unijnych przywódców, w połowie grudnia w Brukseli. Ale jeszcze bardziej ma związek z kryzysem waluty euro/ strefy euro/ Unii Europejskiej. Kryzys zmusił Komisję do postawienia pytania o jego najgłębsze przyczyny, a od rodzaju odpowiedzi, jakiej się na to pytanie udzieli, zależy wizja przyszłej Unii, bardziej odpornej na takie zagrożenia. Komisja proponuje: utworzenie osobnego budżetu strefy euro, na dodatek zasilanego z autonomicznych źródeł (inaczej niż dziś budżet UE), utworzenie przez strefę własnego skarbu, możliwość zaciągania wspólnych pożyczek, zaprowadzenie wspólnego ścisłego nadzoru nad budżetami państw narodowych. To wszystko byłyby zmiany rewolucyjne. Zmianą ewolucyjną byłoby natomiast uruchamianie systemu MES (funduszu ratunkowego dla państw zagrożonych) większością kwalifikowaną (a nie, jak dotąd, jednogłośnie). Komentując dokument Komisji, brukselski korespondent „Libération”, Jean Quatremer, konstatuje, że wyłania się z tego dokumentu wizja przyszłej Unii jako czegoś pomiędzy ustrojem Stanów Zjednoczonych a ustrojem Republiki Federalnej Niemiec. Pisze on: „Nawet jeśli europejska egzekutywa stroni od używania >>słowa na f<<, preferując bardzo medialne sformułowanie >>prawdziwa i pogłębiona unia gospodarcza i walutowa<<, to przecież proponuje ona państwom członkowskim skok w federalizm (...)” http://bruxelles.blogs.liberation.fr/coulisses/2012/12/2018-la-f%C3%A9d%C3%A9ration-de-la-zone-euro-voit-le-jour.html#more). Naturalnie dokument Komisji jest szeroko komentowany i z pewnością będzie ważnym punktem odniesienia dyskusji szefów państw i rządów 13 i 14 grudnia w Brukseli. Głos na ten temat zabrał też think-takn kierowany przez byłego przewodniczącego Komisji Europejskiej Jacquesa Delorsa, Notre Europe – Institut Jacques Delors. Stanowisko Delorsa i jego zwolenników streszcza portal europe-liberte-securite-justice.org, w trzech punktach. Po pierwsze, unia polityczna jest dziś tylko częściowo rzeczywistością, natomiast jest nieodzowna dla Unii na przyszłość. Po drugie, można w tym kierunku zmierzać tylko odwołując się zarówno do skuteczności, jak i do legitymizmu. Potrzebne jest zasada zróżnicowania, pozwalająca na podążanie różnych państw wewnątrz Unii z różną prędkością. Po trzecie, strefa euro powinna być środkiem ciężkości integracji europejskiej. Na koniec czytamy: „Konkludują oni [członkowie Instytutu Jacquesa Delorsa], że mając przed oczami te podwójną perspektywę – strefę euro i UE – państwa europejskie mogą lepiej uskuteczniać działania leżące w ich wspólnym interesie, i w ten sposób pogłębiać >>europejską unię polityczną<<” (http://europe-liberte-securite-justice.org/2012/12/01/une-veritable-1-union-economique-et-monetaire-renforcee-et-approfondie-une-union-politique-enfin-une-realite-en-peu-de-mots-essayons-dy-voir-clair-avant-le-sommet-de-decembre/).

Blog Bogusława Sonika, 11. grudnia 2012

Grecja: temat bez końca

Po długich negocjacjach publiczni wierzyciele Grecji doszli do porozumienia. Grecy odetchnęli z ulgą. UE, EBC i MFW zdecydowały 27 listopada odblokować kolejną transze kredytu, uznawszy po długich wahaniach, że jednak reformy poczynione przez Greków rokują poprawę. Chodzi o kwotę 43 miliardów euro, z czego 34 miliardy będą wypłacone już do 13 grudnia. Najważniejsza w tym porozumieniu jest zgoda na wyższy dług publiczny Grecji, niż zakładano w pierwotnym porozumieniu. „24heures.ch” piszą na ten temat: „W najtrudniejszej kwestii redukcji długu , która była punktem niezgody między MFW i strefą euro, obie strony ostatecznie doszły do porozumienia po 13-godzinnym posiedzeniu. Ustalono, że dług publiczny Grecji może w roku 2020 wynieść 124 proc. PKB, choć poprzednie porozumienie mówiło o poziomie 120 proc., czego bronił MFW. To oznacza, według pewnego źródła europejskiego, ulgę około 40 miliardów euro licząc od dziś do 2020 roku. Bez nowych ustaleń [tych poczynionych 27 listopada] dług osiągnąłby 144 proc. w roku 2020, a to byłby, według MFW, poziom niemożliwy do udźwignięcia” (http://www.24heures.ch/economie/La-Grece-soulagee-apres-l-accord-UEFMI-sur-la-dette/story/19195837). Tak więc jest jakaś nadzieja, a co najmniej został kupiony pewien czas, zanim oceny zdolności Grecji do wyjścia z pętli zadłużenia znowu przybiorą ciemne barwy. O tym, że z czarnym scenariuszem liczą się najpoważniejsi aktorzy unijnej polityki, wiadomo nie od dzisiaj. Taki jest też ton komentarza znanego francuskiego dziennikarza, od lat komentującego kwestie europejskie dla dziennika „Liberation”, Jeana Quatremera. Na jego blogu czytamy uwagi, które mniej odnoszą się do szczegółów negocjacji Grecji z jej wierzycielami, czy też do szczegółów reform strukturalnych, dokonywanych przez Ateny. Quatremer skupia się bardziej na kulturowych odmiennościach Grecji, które – być może – objaśniają jakąś istotną trudność w przyjęciu przez Greków standardów „północnej” Europy. Jean Quatremer cytuje sowa anonimowego wysokiego funkcjonariusza europejskiego, który powiedział mu: „Grecja jest krajem szczególnym w Unii Europejskiej, bliskim Rumunii czy Bułgarii, które jednak nie należą do strefy euro i długo jeszcze do niej nie przystąpią. Grecję trzeba przeprowadzić z gospodarki spekulacyjnej, niezdolnej do innowacyjności, gdzie zysk jest dzielony miedzy małą liczbę osób, do funkcjonalnej gospodarki rynkowej. Trzeba ją przeprowadzić z zamkniętego porządku społecznego do porządku otwartego. Problem polega na tym, że - nawet nieskuteczny – ten system jest bardzo stabilny, a przez to trudny do zreformowania” (http://bruxelles.blogs.liberation.fr/coulisses/2012/11/gr%C3%A8ce-un-cadeau-%C3%A0-240-milliards-deuros.html).

Blog Bogusława Sonika, 5. grudnia 2012

Unia (na razie) bez budżetu

Porażka szczytu poświęconego przyjęciu budżetu Unii na lata 2014-2020 była dość prawdopodobna jeszcze przed jego rozpoczęciem. Stanowiska stron sporu odległe, brak współdziałania najważniejszych partnerów (Francji i Niemiec) i brak silnej presji czasu (nie był to kolejny „szczyt ostatniej szansy”). Pisał o tym w takim właśnie duchu „L’Express” (http://www.lexpress.fr/actualites/1/actualite/budget-de-l-ue-le-sommet-des-grands-ciseaux_1190278.html). Tym niemniej skala i natura rozbieżności w Unii w kwestii finansowania wspólnych polityk każe postawić pytania najbardziej fundamentalne co do przyszłości tego ugrupowania. W szczególności pytanie, czy Wielka Brytania zmierza do wyjścia z Unii. Takie pytanie, także jeszcze przed szczytem, postawił „Atlantico.fr” (http://www.atlantico.fr/decryptage/tensions-budget-europeen-vont-elles-pousser-royaume-uni-vers-sortie-jean-quatremer-551058.html). Przewidywano brak porozumienia – był brak porozumienia. „Le Nouvel Observateur” opisuje metodę Hermana Van Rompuy’a, prowadzącego negocjacje: „Wspólna polityka rolna, która w pierwszej propozycji Van Rompuy’a straciła 25,5 miliarda euro, odzyskuje 8 miliardów w drugiej propozycji. Polityka spójności (...) odzyskuje 10,6 miliarda, z 30 miliardów cięć w pierwotnej propozycji. Nikt nie jest zadowolony. (...) Równolegle Heman Van Rompuy przygotował trzecią propozycję kompromisu, w której sięgnął po rezerwy w dziedzinie konkurencyjności i wydatków na administrację (...). Ale jego margines manewru był bardzo ograniczony, przewodniczący nie miał już z czego robić >>nowych prezentów<<, według słów jednego z dyplomatów”. To się po polsku nazywa polityka krótkiej kołdry. Anonimowy dyplomata cytowany przez „Le Nouvel Observateur” nazwał to nieco inaczej: „rozbieraniem Piotra po to, żeby ubrać Pawła”. (http://tempsreel.nouvelobs.com/economie/20121123.OBS0297/budget-europeen-l-echec-annonce-n-est-plus-tres-loin.html). Warto przypomnieć, że tworzenie wspólnego budżetu Unii jest kwadraturą koła, głównie dlatego, że opiera się on w lwiej części na składkach państw członkowskich, a w bardzo niewielkiej na autonomicznych źródłach finansowania. A państwa mają sprzeczne interesy, najkrócej mówiąc: bogaci woleliby dać mniej, biedni domagają się – w imię europejskiej solidarności – więcej. W końcu państwa mają kłopot w zdefiniowaniu swoich pozycji. Taka np. Francja z jednej strony sprzeciwia się cięciom, bo jest największym beneficjentem największej wspólnej polityki (rolnej), a drugiej strony wysoki budżet UE, to wysoka składka, ta zaś kłóci się z zapowiedzianą przez rząd polityką drastycznych oszczędności budżetowych (zmniejszenie deficytu z 4,5 do 3,0 proc. już na koniec przyszłego roku). Itd., itp. Tak więc przywódcy rozjechali się do domów. Mają się znowu spotkać w połowie grudnia, a przewodniczący Van Rompuy zapewnia, że kompromis jest możliwy. Zdaje się w to wątpić „Le Progres”, który w swoim komentarzu po szczycie pyta, czy Unii grozi „wielka schizma?”, mając – oczywiście – na myśli ewentualne wyjście Wielkiej Brytanii (http://www.leprogres.fr/france-monde/2012/11/24/echec-a-bruxelles-l-europe-au-rabais).

Blog Bogusława Sonika, 3. grudnia 2012

Mario Draghi: rok na czele BCE

Rok temu, 1 listopada 2011, Mario Draghi stanął na czele Europejskiego Banku Centralnego. To okazja dla podsumowań jego rocznego bilansu tym bardziej, że Draghi działał w warunkach eskalacji kryzysu długu publicznego w strefie euro. Prasa przypomina kolejne decyzje nowego szefa EBC, część z nich z pewnością była nietypowa dla tej instytucji i wywoływał sporo kontrowersji: najpierw obniżenie stóp procentowych EBC, potem dofinansowanie banków na preferencyjnych warunkach, potem słynna deklaracja londyńska z 26 lipca („EBC zrobi wszystko co będzie konieczne, w ramach swoich uprawnień, dla ratowania euro. I, proszę mi wierzyć, będzie to wystarczające”), w końcu wrześniowa zapowiedź operacji OMT (Outright monetary transactions). Wszystkie te działania, jak się zdaje, przyczyniły się do złagodzenia kryzysu długu. Z pewnością pozwoliły kupić czas, a w ramach zyskanego w ten sposób czasu pozwoliły wypracować nowe reguły, które mają dać zdrowsze podstawy europejskiej gospodarce. „Le Monde” wyjaśnia ideę operacji OMT: „Bardzo szybko zwyciężyła ta myśl: nowy program [pomocy dla państw pod ciężarem długu publicznego] zostanie uruchomiony tylko na ściśle określonych warunkach. Jest oczywiste, że EBC nie zakupi długu, jeśli dane państwo nie uruchomi głębokich reform [strukturalnych]. Aby zabezpieczyć się przed zarzutem, że instytucja bez demokratycznej legitymacji dyktuje państwom swoje prawa, przyjęto, że EBC będzie interweniować jedynie wtedy, gdy określone państwo poprosi o środki z europejskiego funduszu pomocowego, co oznacza, że podpisze z państwami-członkami strefy euro program reform. Draghi zadeklarował nawet, że jest gotowy udzielić [na tych warunkach] pomocy >>nieograniczonej<<. Rezultat: rynki uspokoiły się. Przynajmniej jak dotąd ...”( http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/10/31/en-un-an-mario-draghi-a-su-apaiser-les-marches_1783562_3234.html). Najważniejszą z nowych reguł jest pakt budżetowy. O roli Draghiego w jego powstaniu pisze „Challenges.fr”: „Zarządca waluty euro (...) bez kompleksów działał w sferze kompetencji Komisji Europejskiej, zgłaszając nowe pomysły w tym słynny >>fiscal compact<<, pakt budżetowy, który doprowadził do podpisania nowego traktatu. >>W ciągu dziewięciu miesięcy Mario Draghi zrobił więcej dla przyspieszenia prac rządów państw strefy euro niż Trichet [jego poprzednik], który w ciągu ośmiu lat zadowalał się piętnowaniem nadmiernych deficytów<<, podsumowuje Bruno Cavalier, główny ekonomista Oddo Securities” (http://www.challenges.fr/economie/20121031.CHA2655/europe-super-mario-draghi-fete-sa-premiere-annee-a-la-banque-centrale-europeenne-bce.html).

Blog Bogusława Sonika, 8. listopada 2012

Komisarze mówią pani Reding

Komisarz Viviane Reding, odpowiedzialna w Komisji za wymiar sprawiedliwości i prawa obywatelskie, poniosła dotkliwą porażkę. Jej od dawna zapowiadany projekt wprowadzenia obowiązku zagwarantowania 40 proc. miejsc dla kobiet w zarządach przedsiębiorstw, nie zyskał akceptacji jej kolegów, ale i koleżanek, z Komisji. Polityka równości płci jest w Unii Europejskiej traktowana serio, nawet jeśli trzeba tu odróżnić między aspiracjami a faktycznym udziałem kobiet w instancjach kierowniczych. Niedawno ilustracją tego problemu było odrzucenie kandydatury Yves’a Merscha, prezesa banku centralnego Luksemburga, na stanowisko członka zarządu Europejskiego Banku Centralnego. Zarząd liczy 6 członków, jedno miejsce aktualnie wakuje, a 5 pozostałych zajmują mężczyźni. Ta okoliczność sprawiła, że Mersch był bez szans. Komisja spraw gospodarczych Parlamentu Europejskiego odrzuciła kandydaturę Merscha, chociaż nikt nie kwestionował jego kompetencji. „Le Monde” przytacza słowa deputowanej Sylvie Goulard z grupy liberałów i demokratów: „Czynimy rozróżnienie między osobą [kandydata] a zasadami. Nic panu nie zarzucamy (...). Ale nie jest akceptowalne, aby zarząd [EBC] składał się wyłącznie z mężczyzn aż do roku 2018?” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/10/23/representation-des-femmes-blocage-au-directoire-de-la-bce_1779514_3234.html). Na tym tle lepiej widać sens propozycji komisarz Reding, ale i racje większości Komisji. „Les Echos” zwracają uwagę, że przeciw propozycji pani Reding wypowiedziało się kilka pań komisarzy, skądinąd kobiet energicznych i bez kompleksów: Catherine Ashton (komisarz do spraw stosunków zagranicznych), Cecilia Malmström (komisarz do spraw wewnętrznych), Connie Hedegard (komisarz do spraw walki ze zmianami klimatu), Neelie Kroes (komisarz do spraw cyfryzacji). Vivian Reding uważa jednak, że aby dokonać w tej dziedzinie istotnych zmian, potrzebna jest wola polityczna. Oto jej słowa: „(...) jeśli mamy dzisiaj 1/3 kobiet-komisarzy europejskich, to dlatego, że José Manuel Barroso zabiegał u państw członkowskich o to by wystawiały kandydatury kobiet. Bez woli politycznej nie będzie zmian”. „Les Echos” piszą, że pani komisarz zmieniła język uzasadniający jej rewolucję, unikając ostatnio słowa „kwota”: „Projekt optował przede wszystkim za tym, aby uczynić obowiązkową procedurę selekcji, wedle której w przypadku dwojga kandydatów o jednakowych kompetencjach wybierać raczej kobietę niż mężczyznę” (http://www.lesechos.fr/entreprises-secteurs/finance-marches/actu/0202344523056-bruxelles-bloque-le-projet-de-quotas-de-femmes-dans-les-conseils-d-administration-503357.php). Nie udało się. Pani Reding będzie musiała przeredagować swój projekt, zanim w połowie listopada znowu przedstawi go do akceptacji Komisji.

Blog Bogusława Sonika, 6. listopada 2012

Dyrektywa o efektywności energetycznej

W czerwcu zakończyły się negocjacje Parlamentu Europejskiego z państwami członkowskimi na temat szczegółów dyrektywy o efektywności energetycznej. Rządy – jak zawsze w takich wypadkach – zabiegały o zredukowanie rygorów i uzyskały pewne poluzowania. 11 września PE uchwalił dyrektywę po tych redukcjach, a 4 października Rada UE ostatecznie ją zatwierdziła – co kończy proces legislacyjny. Dyrektywa wchodzi w życie, na poziomie unijnym, z końcem tego roku, zaś na poziomie państw członkowskich z końcem roku przyszłego. Najbardziej sumarycznym celem dyrektywy jest zredukowanie do 2020 roku zużycia energii w Unii Europejskiej o 20 proc. (niezależnie od tej dyrektywy UE zakłada osiągnięcie do tego roku 20-proc. udziału energii odnawialnej w całej produkcji energetycznej oraz redukcję CO2 o 20 proc.) Jednak „zieloni” w PE i inni zwolennicy konsekwentnych działań proekologicznych obawiają się, że wobec wspomnianego poluzowania rygorów osiągnięcie planowanego celu nie będzie możliwe. Na przykład początkowo planowano, że renowacja budynków publicznych (3 proc. parku nieruchomości każdego roku) pod względem izolacji termicznej dotyczyć będzie obiektów państwowych, mieszkań socjalnych oraz obiektów będących własnością samorządu terytorialnego. Ostatecznie – pod presją rządów – zgodzono się, że obowiązkowa renowacja będzie dotyczyć tylko budynków państwowych. To nie jedyne tego rodzaju wyłączenie. Stąd obawy. Pisze o nich „Euractiv.com”: „Godząc się na złagodzenia wobec państw członkowskich, Unia ryzykuje, że nie osiągnie planowanego celu w roku 2020. Claude Turmes, deputowany do PE z frakcji „zielonych”i zarazem sprawozdawca projektu, uważa, że oszczędności energii nie przekroczą 15 proc. Komisja Europejska będzie więc, jego zdaniem, musiała powziąć jakieś >>dodatkowe decyzje<< [aby wypełnić planowane 20 proc. redukcji]” (http://www.euractiv.fr/eurodeputes-adoptent-directive-efficacite-energetique-article). Jeszcze przed przyjęciem dyrektywy przez Radę Europejską na stronach radia France Info ukazała się analiza jasno ukazująca wyzwania stojące w tej materii przed Unią. Czytamy tam: „Stawka jest wysoka. W zeszłym roku 27 państw Unii importowało łącznie nośniki energii (głównie gaz i ropę) za kwotę 480 mld euro. (...) Dyrektywa na temat efektywności energetycznej pozwoli stopniowo ograniczyć naszą zależność, ponieważ zobowiązuje ona państwa do konsekwentnych oszczędności. Mieliśmy już uregulowania prawne z obligatoryjnymi dyspozycjami dla państw w zakresie zmian klimatycznych [redukcja CO2] oraz w zakresie energii odnawialnej, ale brakowało jak dotąd regulacji w zakresie oszczędzania energii. (...) Wynegocjowane po zaciętej walce porozumienie [Parlamentu z rządami państw członkowskich] pozwoli obniżyć unijny import surowców energetycznych z równowartości 1700 milionów ton ropy do 1560 milionów ton w roku 2020, co przyniesie miliardy euro oszczędności. A przede wszystkim, jak wyjaśnia Claude Turmes, >>będzie to pobudzać gospodarkę europejską i pozwoli stworzyć miliony nowych miejsc pracy” (http://www.franceinfo.fr/europe/l-europe-au-quotidien/la-nouvelle-directive-sur-l-efficacite-energetique-allie-rigueur-et-vertu-753073-2012-09-30).

Blog Bogusława Sonika, 10. października 2012

Francja: traktat, który dzieli i łączy

We francuskim Zgromadzeniu Narodowym trwają prace nad paktem budżetowym. Pakt – przypomnijmy – podpisany przez 25 z 27 państw członkowskich UE (wyłamały się Wielka Brytania i Czechy) 2 marca br. ustanawia limit deficytu budżetów narodowych na poziomie 0,5 PKB i przewiduje automatyczne sankcje za jego przekroczenie. Pakt dotyczy obowiązkowo państw-członków strefy euro. Jego akceptacja przez pozostałe państwa (np.Polskę) oznacza ich zamiar przyczynienia się do uporządkowania gospodarki strefy euro w perspektywie przystąpienia tych krajów do strefy. Największe kontrowersje pakt wywołał w czasie kampanii prezydenckiej we Francji, a rzutowały one na debatę wokół niego w całej Unii. I poniekąd rzutują do dzisiaj, kiedy zmieniła się większość rządząca we Francji. Problem polega na tym, że François Hollande jako pretendent do Pałacu Elizejskiego uczynił z paktu – gwałtownie go krytykując - bat na swojego przeciwnika, Nicolasa Sarkozy’ego, dziś natomiast jako prezydent nawołuje do jego ratyfikacji. W kampanii Hollande zwalczał pakt powiadając, że narzuca on Francji, i Unii w ogóle, drastyczne oszczędności, które zduszą wzrost gospodarczy i będą rujnujące dla obywateli. Dlatego Hollande zapowiadał, że w przypadku zwycięstwa w wyborach doprowadzi do renegocjowania paktu tak, iżby był ona także narzędziem nakręcania koniunktury. Ale po zwycięstwie Hollande uzyskał w Brukseli zaledwie wspólną deklarację szefów państw i rządów, o przeznaczeniu kwoty 130 mld euro na prorozwojowe inwestycje, sam pakt pozostał – oczywiście – niezmieniony, bo też na tym etapie (szereg państw dokonało już wtedy jego ratyfikacji) jego renegocjowanie nie było możliwe. Teraz Hollande usilnie zabiega o ratyfikowanie paktu przez Zgromadzenie Narodowe, gdzie większość ma lewica, która wyniosła go do władzy. A zatem cała trudność dla nowego prezydenta polega teraz na tym, żeby przedstawić ten sam pakt budżetowy jako zupełnie inny traktat niż ten podpisany przez Sarkozy’ego. Zaś w obliczu niechętnej paktowi postawy części większości parlamentarnej (przede wszystkim Zielonych), trzeba się będzie odwołać do głosów prawicy. A to jest kłopot i prestiżowy, i polityczny. „Les Echos” zwracają uwagę, że ogromna większość prawicy parlamentarnej poprze pakt i cytuje byłego premiera Francois Fillona, który zapowiedział, że podpisze traktat „obydwoma rękami, ponieważ jest on niezbędny dla ratowania euro. Jest to słowo w słowo ten traktat, który wynegocjowaliśmy razem z Nicolasem Sarkozym”( http://www.lesechos.fr/economie-politique/politique/actu/0202299202384-traite-budgetaire-l-ump-pointe-les-renoncements-de-hollande-367907.php). W tej sytuacji socjalistyczna większość dokonuje parlamentarnej ekwilibrystyki. W toku debaty premier Jean-Marc Ayrault przekonywał – wbrew oczywistości – że pakt nie ogranicza swobody Francji w decydowaniu o swoim budżecie. Tę ekwilibrystykę zauważa „Le Nouvel Observateur”, skądinąd pismo bliskie Partii Socjalistycznej: „Pakt budżetowy będzie przyjęty także głosami prawicy? No i co z tego? Nie szkodzi, to żaden dramat! W obecnym położeniu rząd ma wszystko do wygrania, jeśli weźmie odpowiedzialność za to przekroczenie linii podziałów politycznych w imię nadrzędnego, ponadpartyjnego interesu narodowego (...). To najbardziej klarowny sygnał, jaki może wysłać swojej krnąbrnej większości.” (http://leplus.nouvelobs.com/contribution/639204-traite-budgetaire-europeen-l-insupportable-majorite-decomplexee-face-a-ayrault.html).

Blog Bogusława Sonika, 9. października 2012

Na kryzys Europy - więcej Europy

Współprzewodniczący frakcji zielonych w Parlamencie Europejskim, Daniel Cohn-Bendid, oraz przewodniczący frakcji liberałów, Guy Verhofstadt wydali właśnie książkę-manifest federalistyczny zatytułowaną „Debout l’Europe!”, co można przetłumaczyć jako „Powstań Europo!”. Cohn-Bendid i Verhofstadt powiadają: dotychczasowe metody reform instytucjonalnych mające na celu wprowadzić do Unii metodę wspólnotową, kosztem metody międzyrządowej, nie sprawdziły się, ponieważ koniec końców zawsze inicjatywę przejmowały państwa. Teraz trzeba trzymać się ściśle ścieżki demokratycznej i parlamentarnej, oprzeć się na federalistycznym nurcie w europejskiej opinii publicznej, stworzyć UE jako federację i wreszcie mając z głowy debatę o instytucjach, zająć się tworzeniem wspólnej europejskiej polityki. Bo w ostatecznym rachunku chodzi o to – mówi Cohn-Bendid w rozmowie z radiem „France Inter” – żeby Europa odzyskała znaczący głos w świecie (globalizacja, rynki wschodzące), w którym jej znaczenie systematycznie zanika. A jeśli Europa ma mieć znaczący głos, to musi mieć wspólną politykę, to zaś wymaga wspólnych instytucji. W wywiadzie dla „Lepoint.fr” tłumaczy mechanikę procesu federalizacji, jak ją sobie wyobraża: „Proponujemy, żeby w czasie najbliższych wyborów [w 2014 r.] do Parlamentu Europejskiego [zarazem] wybrać przewodniczącego Komisji, podczas gdy do tej pory jest on wybierany przez szefów państw i rządów. Po tych wyborach stworzona zostanie konstytuanta, która opracuje europejską konstytucję, a następnie odbędzie się europejskie referendum. Rezultatem będzie zbudowanie federalnej Unii” (http://www.lepoint.fr/politique/daniel-cohn-bendit-debout-l-europe-02-10-2012-1512338_20.php). Kierunek myślenia Cohn-Bendida i Verhofstadta podtrzymuje „Mediapart.fr”, w którym czytamy: „Pokazują oni [autorzy „Debout l’Europe!”] do jakiego stopnia jest szaleństwem wierzyć, że Europa może być sumą państw narodowych w świecie zglobalizowanym. (...) W rzeczy samej autorzy wyjaśniają nam, że świat się zmienił, że musimy wspólnie posuwać się do przodu, jeśli chcemy kontynuować postęp. Ekologiczny deputowany przypomina, że >>państwo narodowe było postępem wobec feudalizmu, konstrukcja ponad-narodowa jest postępem wobec państwa narodowego. Teraz chodzi o stworzenie subkontynentalnej konstrukcji politycznej<< (http://www.lepoint.fr/politique/daniel-cohn-bendit-debout-l-europe-02-10-2012-1512338_20.php). „La Tribune” zauważa, że książka-manifest dwóch popularnych eurodeputowanych ma szansę być poważnym punktem odniesienia w debacie, bo ukazuje się w szczególnym momencie: tuż przed szczytem UE poświęconym kwestiom instytucjonalnym (http://www.latribune.fr/actualites/economie/union-europeenne/20121002trib000722479/la-croisade-federaliste-d-un-liberal-belge-et-d-un-ecologiste-franco-allemand.html).

Blog Bogusława Sonika, 9. października 2012

Grecja - czy da się załatać worek bez dna?

Już przed ubiegłotygodniowymi demonstracjami w Atenach w prasie pojawiły się informacje, że plan pomocowy dla Grecji znowu nie działa tak, jak planowano i że – jedno z dwojga – trzeba będzie albo kolejny raz dosypać pieniędzy do greckiego, najwyraźniej dziurawego worka, albo pogodzić się z konsekwencjami niewypłacalności Grecji. „Jest coraz mniej prawdopodobne, że Grecja będzie mogła poradzić sobie bez nowej restrukturyzacji długu w stosunku do EBC” – zaczynają swój artykuł „Les Echos”. Następnie dziennik wylicza kolejne sygnały, które padły w ostatnich dniach ze strony greckich oficjeli: minister finansów Christos Staikouras powiedział, że trzeba przeanalizować możliwość przesunięcia wykupu 28 miliardów euro w greckich obligacjach posiadanych przez banki centralne strefy euro; tenże sam minister zasugerował, że w latach 2015 i 2016 Grecja będzie musiała pożyczyć więcej niż 10,6 mld euro, ile przewiduje obecny plan pomocowy; w końcu inny minister, Yannis Stournaras, powiedział, że Grecja będzie potrzebować dodatkowych 13-15 mld euro w celu sfinansowania wydłużenia o dwa lata reform strukturalnych. Konkluzja „Les Echos”: „Wszystkie te wypowiedzi podcinają oficjalne stanowisko rządu greckiego, wedle którego Grecja prosi swoich wierzycieli o dodatkowe dwa lata na uporządkowanie finansów publicznych, ale nie o dodatkowe pieniądze. To wypowiedzi, które potwierdzają obawy wyrażone w poniedziałek [24 września] przez Christine Lagarde [sekretarz generalną MFW]. >>Biorąc pod uwagę ogromne opóźnienie w procesie prywatyzacji oraz ograniczone wpływy podatkowe, powstaje problem finansowania [Grecji]<< - powiedziała ona w czasie konferencji w Waszyngtonie” (La Grèce évoque la restructurations des titres de sa dette détenus par la BCE, 26.09.2012). W podobnym duchu pisze „Le Figaro”. Wspominając berlińskie spotkanie pani kanclerz Merkel z Christine Lagadre w ubiegłym tygodniu, dziennik wskazuje, że dwaj najwięksi wierzyciele Grecji mają poważny problem z kolejnym sięgnięciem do kieszeni. „Ze strony niemieckiej w ogóle to niechęć do dosypywania pieniędzy do wiadra bez dna, a dla Angeli Merkel w szczególności to groźba rozłamów w jej koalicji przy okazji kolejnego głosowania w Bundestagu jako przygrywka przed kampanią wyborczą w przyszłym roku. Ze strony MFW to statutowa niemożność pożyczania państwu, który nie dotrzymuje zobowiązań. A w dodatku daje się odczuć zniecierpliwienie USA i rynków wschodzących z powodu połykania przez Euroland największej części środków pomocowych, na które składa się 188 państw członkowskich”. Ostatecznie jednak problem jest większy niż tylko finanse: „Wobec gwałtownego zwiększenia się kosztów [ratowania Grecji], hasła których trzymała się od lata pani kanclerz i jej partnerzy – wspólna moneta jest niepodzielna, Grecja pozostanie w strefie euro – mogą znowu zostać postawione pod znakiem zapytania” (La Grèce fait de nouveau déchanter l’Europe, 26.09.2012).

Blog Bogusława Sonika, 8. października 2012

Niemcy: zdrowy człowiek Europy

Nie ulega wątpliwości, że Niemcy są liderem Unii. Nie tylko ze względu na potencjał, ale też ze względu na realną siłę swojej gospodarki, która pozostaje ciągle w relatywnie dobrej kondycji. Niemcy są jednym z – zaledwie – trzech państw unijnych (Niemcy, Holandia, Finlandia), którym udało się zachować ocenę AAA agencji ratingowych. Ministrowie finansów tych trzech krajów spotkali się niedawno, by dyskutować o zasadach, jakie ich zdaniem powinny obowiązywać w bezpośredniej pomocy finansowej dla banków, która ma być udzielana w ramach mechanizmu ratunkowego (MES). Pisze o tym „Agence Europe”: „Wymienione we wspólnej deklaracji te zasady są następujące: 1) musi zostać ustanowiony skuteczny jednolity mechanizm nadzoru bankowego pod egidą Europejskiego Banku Centralnego; 2) dla uruchomienia pomocy dla konkretnego państwa konieczna jest [formalna] decyzja MES, podobnie jak opracowanie planu reform gospodarczych dla tego państwa; 3) MES będzie odpowiedzialny za trudności, które wystąpią w ramach nowego jednolitego nadzoru bankowego, ale za te odziedziczone po starym systemie odpowiedzialność będą ponosić władze narodowe; 4) dokapitalizowanie powinno się dokonywać na podstawie realnej wartości istniejących aktywów; 5) banki [podlegające dokapitalizowaniu] powinny najpierw same znajdować nowy kapitał na rynku, następnie powinny być wykorzystane narodowe mechanizmy ratunkowe, a dopiero na ostatnim miejscu mechanizm MES” (MES, 3 pays AAA précisent les principes de la recapitalisation bancaire,26.09.2012). Jak z tego widać, są to warunki stawiane przez bogatych. Bogaci godzą się pomóc biednym, ale w taki sposób, żeby ożywić mechanizmy samo-naprawcze w tych podupadłych gospodarkach oraz żeby samemu nie zapłacić zbyt wiele. Ten problem szczególnie widoczny jest w Niemczech wobec perspektywy przyszłorocznych wyborów do Bundestagu. W tym kontekście tym bardziej staje się zrozumiała pewna powściągliwość pani kanclerz w wydawaniu pieniędzy niemieckiego podatnika na ratowanie strefy euro. Europejscy partnerzy Niemiec przynaglają je do decyzji, szczególnie w sprawie Grecji, gdzie sytuacja znowu stała się zapalna. Ale Niemcy radzą, aby z decyzjami zaczekać do raportu „trojki” (MFW, EBC, Komisja Europejska), który pierwotnie miał się ukazać w październiku, ale teraz jest zapowiadany na czas po wyborach amerykańskich na początku listopada. „Les Echos” piszą, jaka w tej sprawie jest generalna strategia Niemiec: „Pierwsza gospodarka strefy euro jest przekonana, że reformy strukturalne są najlepszą drogą wychodzenia z kryzysu. Niemcy widzą tego przykład w ich własnej niedawnej historii. >>Przed dziesięciu laty sami byliśmy chorym człowiekiem Europy, a staliśmy się jej stabilizującą kotwicą i lokomotywą jej wzrostu gospodarczego<<, przypomniała pani kanclerz (...) wobec przychylnego jej audytorium przedsiębiorców [chodzi o doroczny kongres Niemieckiej Federacji Przemysłowej (BDI), który odbył się 25 września w Berlinie]. Faktycznie przed reformami swojego poprzednika, Gerharda Schroedera, Niemcy były postrzegane jako europejska czerwona latarnia. Według Niemców byłoby nie tylko niesprawiedliwie, ale i nielogiczne, żeby inne kraje uniknęły tego wysiłku” (http://www.lesechos.fr/entreprises-secteurs/finance-marches/actu/0202288754848-appelee-a-agir-vite-l-allemagne-refuse-de-tomber-dans-la-precipitation-365701.php, 26.09.2012).

Blog Bogusława Sonika, 5. października 2012

Schengen: Bułgaria raczej tak, Rumunia ciągle nie

Od momentu przystąpienia Bułgarii i Rumunii do UE, czyli od 2007 roku, sprawa ich dopuszczenia do strefy Schengen była zawsze rozpatrywana łącznie. Działo się tak dlatego, że postępy obu krajów w spełnianiu kryteriów akcesji były podobne – znaczy mierne. Sytuacja zmieniła się, odkąd wiosną tego roku Rumunia weszła w konflikt z Komisją Europejską. Próba destytucji przez centro-lewicową koalicję urzędującego prezydenta Basescu wywołała ostrą reakcję Brukseli, wymuszającą respektowanie demokratycznych procedur. Prezydent Basescu pozostał na stanowisku, ale Komisja jak gdyby straciła serce dla tego kandydata do Shengen. W efekcie doszło do – jak pisze „Courrier International” - rozdzielenia „przypadku Bułgaria” od „przypadku Rumunia”. „Bułgaria wejdzie sama do strefy Schengen, bez Rumunii, podczas gdy wnioski obu państw w tej sprawie były zawsze od 2007 r. rozpatrywane łącznie? (...) >>Jesteście gotowi do Schengen<< podsumowuje popularny dziennik bułgarski >>Standard<<, po wizycie w Sofii przewodniczącego Komisji Europejskiej 31 sierpnia. José Manuel Barroso stwierdził, że >>problem przyjęcia Bułgarii do przestrzeni Schengen powinien zostać rozstrzygnięty na korzyść południowego sąsiada Rumunii, ponieważ to on wypełnia kryteria<<” (http://www.courrierinternational.com/chronique/2012/09/03/la-bulgarie-pourrait-griller-la-politesse-a-la-roumanie). Innymi słowy Barroso powiedział: Bułgaria - tak, Rumunia – nie. Do sprawy nawiązuje „Agence Europe” pisząc o raporcie Komisji Europejskiej na temat sytuacji w Bułgarii i w Rumunii. „Co się tyczy Rumunii, Komisja wskazała (...), że państwo to ciągle nie potrafi w całości przyswoić sobie zasad funkcjonowania demokracji, a nawet ich zrozumieć. Jeśli chodzi o Bułgarię, Komisja wskazała palcem na poważny problem zorganizowanej przestępczości”. Jakkolwiek problem zorganizowanej przestępczości nie jest błahy, waga zarzutu skierowanego do Rumunii jest, w oczywisty sposób, większa. Stąd nie dziwią dalsze wnioski Komisji. Po wyliczeniu konkretnych uchybień w dziedzinie przestrzegania prawa w obu krajach, Komisja na koniec wraca do imponderabiliów: „W kwestii rumuńskiej Komisja przypomina >>w świetle niedawnych wydarzeń<< [aluzja do próby destytucji prezydenta Basescu] fundamentalne wartości, na których opiera się Unia. (...) Państwa członkowskie oczekują >>z zainteresowaniem na konkretne decyzje [rządu rumuńskiego], które zostaną powzięte<< przed przyszłym raportem Komisji spodziewanym jesienią. (...) Jeśli chodzi o wysiłki Bułgarii [dla poprawienia stanu praworządności], to będą one analizowane dopiero w 2013 roku” (Le Conseil valide les rapports CVM pour la Roumanie et la Bulgarie, 25.09.2012). Wniosek: Bułgaria będzie musiała jeszcze trochę poczekać, a Rumunia będzie musiała poczekać odpowiednio dłużej.

Blog Bogusława Sonika, 1. października 2012