Artykuły

Szczyt G8 z kryzysem w strefie euro w tle

Zakończony w sobotę (19 maja) spotkanie na szczycie przywódców 8 najbogatszych państw świata został zdominowany przez problemy strefy euro. Z pewnością wpłynęło na to pogorszenie sytuacji w Grecji – niemożność utworzenia rządu po wyborach z 6 maja, zapowiedź nowych wyborów (17 czerwca) i dość wyraźna już perspektywa zwycięstwa w nich partii odrzucających, wdrażany obecnie, plan oszczędnościowy. To są okoliczności, które pozwalały dowartościować główne hasło nowego prezydenta Francji, François Hollande’a: „stymulować wzrost gospodarczy”. Jeszcze przed szczytem „Les Echos” pisały: „>>Jest uprawnione ze strony Amerykanów, niepokoić się sytuacją gospodarczą w Europie<<, przyznaje się w otoczeniu francuskiego prezydenta, zarazem wyrażając opinię, że szczyt G8 powinien doprowadzić do >>mocnego międzynarodowego consensusu co do konieczności stymulowania światowego wzrostu gospodarczego<<. W związku z tym Pałac Elizejski odnotowuje z satysfakcją niedawne oświadczenia amerykańskiego sekretarza skarbu, Timothy Geithnera, opowiadającego się za >>nową dyskusją na temat wzrostu gospodarczego w Europie<<” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/france/actu/0202067509806-g8-hollande-veut-rassurer-obama-sur-la-zone-euro-324491.php).Już po szczycie „Le Monde” uważa, że Hollande’owi udało się na szczycie skoncentrować uwagę na jego własnym przesłaniu. Dziennik cytuje słowa nowego prezydenta: „Pierwszy strategiczny kierunek działania, który chciałem wytyczyć, choć nie byłem w tym sam, to było postawienie problemu wzrostu gospodarczego w centrum naszych dyskusji (...) wydaje się oczywiste, że wzrost był wielkim tematem tego G8”. Paryska popołudniówka zwraca uwagę, że pani kanclerz Merkel, mimo wiadomego powszechnie sporu z Hollandem w okresie przed jego zwycięstwem w wyborach, teraz, kolejny raz, łagodzi różnice. „Le Monde”: „Pani Merkel (...) zaprzeczyła jakimkolwiek różnicom pomiędzy Paryżem a Berlinem w tej dziedzinie. >>Istotny przekaz tego szczytu jest taki, że konsolidacja budżetowa i wzrost gospodarczy są dwiema stronami tego samego medalu<< - powiedziała”. W podobnym tonie wypowiadał się gospodarz spotkania, prezydent Barack Obama (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/05/19/il-n-y-aura-pas-de-croissance-sans-confiance-estime-hollande_1704265_3234.html).Jednak prawdziwym motorem debat w Camp David była sytuacja w Grecji. „Les Echos” informują, że według badania przeprowadzonego przez holding finansowy JP Morgan, wyjście Grecji ze strefy euro oznaczałoby dla międzynarodowego systemu finansowego bezpośrednią stratę dochodzącą do 400 mld euro.

Blog Bogusława Sonika, 22 maja 2012

Grecja - kryzys - federalizm?

Zgodnie z przewidywaniami konsultacje w Atenach prowadzone przez prezydenta Karolusa Papouliasa nie uratowały kraju przed koniecznością powtórzenia wyborów. Co one przyniosą? Albo ponowny pat, albo przewagę radykalnie lewicowej partii Syriza. Czyli zakwestionowanie planu oszczędnościowego, a przecież na nim stoi porozumienie z wierzycielami Grecji.Tak więc problem grecki znowu się zaostrza, o czym najwymowniej przekonują nas rosnące kursy franka, euro i dolara do złotego. Oczywiście nie tylko my mamy problem, mają go także duże gospodarki najbardziej wpływowych państw unijnych - Niemiec i Francji nie wyłączając. W „Le Monde” wywiad z Danielem Cohn-Bendidem, współprzewodniczącym frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim. Niegdysiejszy „Czerwony Danny” złości się na enuncjacje niektórych polityków europejskich, zwolenników cięć oszczędnościowych (jak Wolfgang Schäuble) zapowiadające możliwość wyjścia Grecji ze strefy euro. Jego zdaniem taka polityka prowadziłaby w ślepą uliczkę. Cohn-Bendid: „Straszenie Greków jest bez sensu. Nie można im powiedzieć, że nie ma alternatywy, jeśli nie zagłosują, jak należy. Trzeba znaleźć wyjście z sytuacji razem z nimi, nie po to, żeby opuścili euro, lecz żeby dotrzymali powziętych zobowiązań. Powinniśmy nawiązać dyskusję z PASOK i Nową Demokracją oraz dwoma formacjami dysydenckimi wywodzącymi się nich. Te ostatnie zakwestionowały porozumienie z wierzycielami. Ale z tymi czterema partiami musimy znaleźć sposób dogadania się tak, ażeby wypracować bardziej socjalny kalendarz [oszczędności], ażeby on towarzyszył realizowaniu memorandum, nawet jeśli byłoby ono nieco poluzowane. Trzeba to zrobić przed wyborami, bo inaczej nic się nie zmieni, jedynie przez używanie metody Coué [czyli autosugestii]. (...) Grecka scena polityczna zawaliła się. Chodzi o to, żeby dać Grekom sygnał nadziei. Jeśli zostawimy ich samych sobie, zaryzykujemy wojskowy zamach stanu” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/05/10/si-on-laisse-les-grecs-se-debrouiller-seuls-on-risque-un-coup-d-etat-militaire-previent-daniel-cohn-bendit_1699248_3234.html).Niemal równocześnie z wywiadem z Cohn-Bendidem pojawił się apel kilkudziesięciu europejskich osobistości o ratowanie strefy euro przez reformy typu federalistycznego. Inicjatorem apelu jest były doradca François Mitterranda – Jacques Attali, a wśród sygnatariuszy sporo figur ważnych na europejskiej szachownicy. Główna myśl analizy: praprzyczyną kryzysu jest zbudowanie unii monetarnej bez odpowiadających jej unii gospodarczej, fiskalnej i budżetowej. Główny wniosek: ratunkiem jest federalizm. Lektura obowiązkowa, zarówno dla zwolenników, jak i dla przeciwników proponowanych tu rozwiązań: http://www.eurofederation.eu/

Blog Bogusława Sonika, 17 maja 2012

Grecja: w stronę nowych wyborów. Czy w stronę opuszczenia...

Wybory parlamentarne w Grecji, odbywające się w dniu drugiej tury francuskich wyborów prezydenckich, przyniosły takie rozdrobnienie parlamentu, że nie ma sposobu na znalezienie jakiejkolwiek większości parlamentarnej. Powierzenie misji sformowania rządu kolejno trzem największym partiom (Nowej Demokracji Antonisa Samarasa, partii Syriza Alexisa Tsiprasa oraz PASOK-owi Evangelosa Vanizelosa) zakończyło się, zgodne z przewidywaniami, potrójnym niepowodzeniem. Wiele wskazuje, że zapowiedziane na niedzielę (13 maja) spotkanie ostatniej szansy liderów tych trzech partii u prezydenta Karolusa Papouliasa także nie przyniesie sukcesu. A wtedy będą nowe wybory.„L’Express” szkicuje polityczne portrety liderów sześciu najważniejszych partii (http://www.lexpress.fr/actualite/monde/europe/grece-les-visages-de-la-crise-politique_1113394.html). Scena polityczna jest nie tylko rozdrobniona, jest także głęboko podzielona. Wynika stąd, że nowe wybory mogą nie zwiększyć znacząco szans na wyjście z kryzysu politycznego.A, jak wiemy, kryzys polityczny w Grecji nastąpił na tle kryzysu gospodarczego bez precedensu. Unia przyszła Grecji z pomocą, ale pod warunkiem wdrożenia przez Ateny drastycznego planu oszczędnościowego. I właśnie o stosunek do tego planu toczyła się wśród Greków zażarta debata podczas kampanii wyborczej. Zwycięzcą (relatywnym) wyborów okazał się przywódca radykalnie lewicowej partii Syriza Alexis Tsipras. Jego sylwetkę kreśli „Le Monde”. Wyłania się z tego obrazu przywódca polityczny o rysach populisty i radykała, opowiadający się za odrzuceniem kuracji gospodarczej wymuszonej przez UE i MFW. Dziennik cytuje słowa Tsiprasa, skierowane do jego wyborców: „Poprzez wasze głosy wyborcy greccy dali mandat nowej erze dla naszego kraju, w której solidarność i sprawiedliwość zastąpią barbarzyńskie środki planu ratunkowego” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/05/08/grece-alexis-tsipras-le-deuxieme-homme_1698029_3214.html). Pytanie, jak pogodzić ewidentny bunt wyborców, z koniecznością ratowania gospodarki to kwadratura koła. Jej rozwiązaniem byłoby, być może, wyjście Grecji ze strefy euro, o czym mówi się coraz głośniej. Na dowód przytoczmy głos osobistości miarodajnej dla tych polityków europejskich, którzy stoją na stanowisku: nie ma sojalu bez naprawienia finansów publicznych. Wolfgang Schäuble, niemiecki minister finansów udzielił kilka dni temu wywiadu niemieckiej gazecie „Reinische Post”, który narobił dużo hałasu. Streszczają go „Les Echos”: „Podczas kiedy Grecja wchodzi w nowa fazę turbulencji politycznych i ekonomicznych, powraca kwestia jej przyszłości w strefie euro. (...) niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble uważa, że strefa euro może przetrzymać wyjście Grecji”. Dalej gazeta przytacza słowa niemieckiego ministra, którymi uzasadnił te opinię: „Wiele nauczyliśmy się przez ostatnie dwa lata i stworzyliśmy mechanizmy ochronne. Niebezpieczeństwo rozlania się kryzysu na inne kraje strefy stało się mniejsze, a strefa jako całość stała się bardziej odporna” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202057475521-pour-schauble-la-zone-euro-peut-supporter-une-sortie-de-la-grece-322300.php).

Blog Bogusława Sonika, 14 maja 2012

Unia po zwycięstwie Hollande'a

François Hollande zostanie następcą Nicolasa Sarozy’ego jako prezydent Francji, co nie jest wielkim zaskoczeniem. Raczej, w świetle bardzo niekorzystnych przedwyborczych sondaży dla ustępującego prezydenta, zaskoczeniem są niewielkie rozmiary jego porażki.Zwycięstwo Hollande’a odbiło się szerokim echem w Europie i być może spowoduje efekt domina w postaci sukcesów wyborczych partii socjalistycznych w innych krajach. Rezonans zwycięstwa Hollande’a na dziś jest wielki z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że rola Francji w Unii jest szczególna, po drugie dlatego, że prezydent-elekt złożył w czasie kampanii wyborczej pewną liczbę propozycji odnoszących się do gospodarczego wymiaru działania Unii. Najważniejszą z nich był postulat renegocjowania paktu budżetowego, narzucającego państwom-sygnatariuszom dyscyplinę ich krajowych budżetów.Pierwszym przeciwnikiem tych postulatów – i to przeciwnikiem wagi ciężkiej – są, naturalnie, Niemcy. Pisze o tym „Le Figaro”: „Pani kanclerz potwierdziła w ten poniedziałek, że chce postawić granice woli François Hollande’a uzupełnienia paktu budżetowego o postanowienia mające ożywić wzrost gospodarczy. >>Pakt budżetowy nie jest negocjowalny. (...) Nie można wszystkiego renegocjować po każdych wyborach<<, w przeciwnym razie >>Unia nie mogłaby funkcjonować<<, oceniła Angela Merkel podczas konferencji prasowej” (http://www.lefigaro.fr/conjoncture/2012/05/07/20002-20120507ARTFIG00581-merkel-s-oppose-a-hollande-sur-le-pacte-budgetaire.php). Dziennik dodaje, że pani kanclerz nie sprzeciwia się opracowaniu i podpisaniu osobnego paktu na rzecz wzrostu.Obawy konserwatystów po wyborze Hollande’a łagodzi Jacques Attali w „L’Express”. Dawny doradca prezydenta Mitterranda uważa, że dwa najważniejsze przekonania polityczne Hollande’a to sprawiedliwość społeczna i integracja Unii Europejskiej. Attali tłumaczy, że domaganie się korekty paktu budżetowego w istocie nie jest groźne, bo Hollande jest zwolennikiem Europy federalnej, więc nie zrobi niczego, co by podważało tę perspektywę. W konkluzji Jacques Attali pisze: „Testem dla jego prezydenckiego mandatu będzie znalezienie spójności pomiędzy trzema koniecznościami: redukcji długu publicznego, sprawiedliwości społecznej i integracji europejskiej. Jeśli mu się nie uda, w 2017 r. waluta euro nie będzie istnieć, a nasz poziom życia obniży się o jedną trzecią. Jeśli osiągnie sukces (a wierzę, że może go osiągnąć), Francja za 5 lat będzie w awangardzie budowy Europy federalnej, o której wszelako nikt nie ośmielił się mówić w tej kampanii. Nie pierwszy raz François Hollande zaskoczyłby nas” (http://www.lexpress.fr/actualite/politique/francois-hollande-ou-la-preuve-par-l-europe-par-jacques-attali_1111798.html).

Blog Bogusława Sonika, 9 maja 2012

Unia i bojkot Ukrainy

Zapowiedziany przez wielu przywódców europejskich (w tym liderów Unii) polityczny bojkot tej części mistrzostw Europy w piłce nożnej, która odbędzie się na Ukrainie, wywołał wiele komentarzy. „Le Monde” podkreśla, że bojkot ogłoszony przez Komisję Europejską, jest dla niej ambarasujący o tyle, iż Komisja karząc Ukrainę, nie chciałaby przy tym ukarać Polski. Dziennik zwraca też uwagę na aspekt geopolityczny problemu, pisząc: „W oczywisty sposób [teraz] relacje Kijowa z Brukselą jeszcze się pogorszą. W październiku 2011 wizyta prezydenta Janukowycza w stolicy Belgii została przełożona >>na późniejszy termin<< w związku z wyrokiem wydanym na Julię Tymoszenko. Porozumienie w sprawie wolnego handlu zawarte w marcu jest [w związku z obecną sytuacją] w niebezpieczeństwie. Moskwa, która próbuje sprzyjać orientacji wschodniej Ukrainy i przekonać jej przywódców, aby zbliżyli się do unii celnej z Kazachstanem i Białorusią, spogląda na tę ewolucję [stosunków z Zachodem] przychylnym okiem” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/05/03/les-commissaires-europeens-n-iront-pas-en-ukraine-pour-l-euro_1695585_3214.html).Z kolei „Le Point” kładzie akcent na gest Julii Tymoszenko (protestacyjną głodówkę) pisząc, że okazał się on bombą podłożoną pod Euro 2012, mające być wizytówką Ukrainy, a które prawdopodobnie stanie się jej wielką międzynarodowa kompromitacją. „Le Point”: „>>Władze nie wiedzą, jak się zachować<< przyznaje źródło bliskie urzędowi prezydenta. >>Nikt się nie spodziewał, że Niemcy wywołają taki krzyk protestu<<, dodaje to źródło, a jak wiadomo nieoficjalnie Kijów widzi w Berlinie głównego inspiratora bojkotu. Zdaniem wpływowego ukraińskiego doradcy w sprawach komunikacji społecznej, opozycja wygrała tę bitwę. >>Ekipa biurokratów Janukowycza, mało doświadczona w zachodnich wojnach propagandowych, nie może dorównać skuteczności Tymoszenko, która wykorzystuje media międzynarodowe i kontakty swojej partii na w stolicach Unii Europejskiej<<, podnosi ów zastrzegający anonimowość doradca” (http://www.lepoint.fr/monde/affaire-timochenko-un-desastre-pour-l-ukraine-avant-l-euro-2012-04-05-2012-1458015_24.php).

Blog Bogusława Sonika, 6 maja 2012

Hollande - pakt budżetowy - polityka

Wynik wyborów prezydenckich we Francji zajmuje liderów Unii Europejskiej – jeszcze przed ostatecznym rozstrzygnięciem (6 maja). Najwyraźniej w tych kręgach traktuje się zwycięstwo Francois Hollande’a jako całkiem prawdopodobne. Jednym z problemów, które by się z tym wiązały, jest jego zgłoszona w kampanii wyborczej propozycja renegocjowania paktu budżetowego. Konkurent Hollande’a do Pałacu Elizejskiego, Nicolas Sarkozy, nie zostawia na tej propozycji suchej nitki. Ale i ci, którzy z Hollandem o nic nie konkurują, mają obawy o skutki tej propozycji, gdyby rzeczywiście kandydat socjalistów został prezydentem.W tym kontekście warto zwrócić uwagę na niedawną wypowiedź szefa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi’ego, który oświadczył w środę (25 kwietnia), że Unia potrzebuje teraz, po ustanowieniu reguł dyscypliny budżetowej, energicznych działań na rzecz stymulowania wzrostu gospodarczego. W tym celu należałoby, powiedział Draghi, ustanowić „pakt wzrostu”. To, naturalnie natychmiast podchwycił Hollande, jako wyraz poparcia dla swojego stanowiska. Pisze o tym „Le Nouvel Observateur” w swoim wydaniu internetowym, zwracając jednak uwagę, że pozycja nie jest identyczna z pozycją Hollande’a. Podstawowa różnica polega na tym, że Hollande domaga się renegocjowania paktu budżetowego, podczas gdy Draghi mówi, że trzeba dokończyć proces jego ratyfikacji, po czym dopiero opracować osobny akt prawny na temat stymulowania wzrostu (http://tempsreel.nouvelobs.com/economie/20120425.REU4900/francois-hollande-salue-les-propos-de-la-bce-sur-la-croissance.html)Sam Hollande niedawno uściślił swoją zapowiedź z kampanii wyborczej, ogłaszając, że zaraz po wyborze na urząd prezydenta wyśle do państw-sygnatariuszy paktu memorandum w tej sprawie. Memorandum będzie zawierać konkretne propozycje, które miałyby zostać dopisane do obecnego paktu i dopiero w takim kształcie, ratyfikowane. Najważniejszą z nich jest ustanowienie euro-obligacji. Nie jest to temat, co do którego w Unii panuje zgoda. Według „Bourcier.com” to „oznaczałoby pewnego rodzaju centralizację refinansowania długu publicznego krajów zadłużonych-członków strefy euro poprzez nowy produkt finansowy mający gwarancje całej strefy. A zatem, ci, którzy najlepiej się prowadzą [i mogą najtaniej refinansować swój dług na rynku], płaciliby więcej niż obecnie ...” (http://www.boursier.com/actualites/economie/francois-hollande-adressera-un-memorandum-aux-chefs-d-etat-pour-renegocier-le-traite-europeen-14592.html).W końcu warto odnotować, że bliski współpracownik François Hollande’a, Jean-Louis Bianco uczestniczył 26 kwietnia (w czwartek) w kolokwium w Berlinie z udziałem m.in. oraz posła do Bundestagu Johanna Wadephula z rządzącej CDU oraz sekretarza stanu w niemieckim MSZ Michaela Linka. Wymiana zdań była tu o tyle istotna, że można ją – twierdzi „Le Monde” – interpretować jako relatywnie przychylną odpowiedź Berlina na stanowisko Hollande’a w sprawie paktu budżetowego. Relatywnie przychylną, bo z czterech punktów zapowiadanego przez Hollande’a memorandum rząd niemiecki sprzeciwia się tylko euro-obligacjom. Pozostałe propozycje - podwyższenie kapitału Europejskiego Banku Inwestycyjnego, użycie wszystkich niewykorzystanych unijnych funduszy strukturalnych dla pobudzenia inwestycji oraz podatek od operacji finansowych – Angela Merkel przyjmuje. Stąd uspokajający ton paryskiego dziennika, mimo że w tekście pisze się również, że pani kanclerz twardo domaga się dokończenia procesu ratyfikacji paktu.: „W przypadku zwycięstwa François Hollande’a nie powinno dojść do zderzenia z Niemcami” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/04/27/croissance-les-reponses-de-berlin-aux-demandes-de-hollande_1692332_3214.html).

Blog Bogusława Sonika, 2 maja 2012

Kryzys polityczny w Holandii, niepewność we Francji

Upadek rządu holenderskiego stał się nowym powodem do zmartwień dla zwolenników projektu europejskiego. Z dwóch racji. Po pierwsze, z powodu skomplikowania sytuacji gospodarczej w strefie euro. Po drugie, z powodu roli, jaką w tym kryzysie odegrała radykalna prawica Geerta Wildersa.Upadek rządu w następstwie niemożności porozumienia się partnerów koalicyjnych co do oszczędności budżetowych jest groźnym memento dla strefy euro, w sytuacji gdy niedawno podpisano pakt budżetowy. Dodatkowym aspektem jest to, że Holandia długo wydawała się ekonomicznym prymusem, i długo udzielała innym lekcji odpowiedzialnego zachowania. I oto teraz, kiedy jej przewidywany deficyt na przyszły rok (4,5 proc. PKB) znacznie przekroczył dopuszczalny limit (3 proc.) i kiedy trzeba przykładnie zacisnąć pasa, okazuje się, że takiej operacji nie da się – z powodów politycznych - przeprowadzić. Rola Partii na rzecz Wolności Geerta Wildersa w wywołaniu kryzysu też daje do myślenia. Lider holenderskich populistów nie zgodził się na 14 mld euro cięć budżetowych wysuwając argument, że byłyby one zbyt kosztowne dla podatników. Zapewne jednak raczej kierował się kalkulacją polityczną, wedle której wobec wzrostu poparcia swojej partii i skrajnie lewicowej Partii Socjalistycznej nowe wybory wykreują dla niego rolę arbitra w polityce holenderskiej (np. taką rolę spełnił już teraz doprowadzając do upadku rządu).Na wydarzenia w Hadze nerwowo zareagowały rynki: spadek indeksów akcji i (w mniejszym stopniu) obligacji był w poniedziałek (23 kwietnia) powszechny. Opisuje tę reakcję szczegółowo tygodnik „L’Express” (http://www.lexpress.fr/actualites/1/actualite/entre-election-en-france-et-crise-aux-pays-bas-les-marches-s-affolent_1107339.html).Dziennik „Les Echos” wyjaśnia zaś makroekonomiczne przyczyny załamania: „Gospodarka holenderska znalazła się w kleszczach pomiędzy spowolnieniem handlu światowego – podczas gdy eksport jest motorem wzrostu, a anemiczną konsumpcją wewnętrzną – podczas gdy wydatki gospodarstw domowych wypracowują [w Holandii] 45 proc. PKB. To rozjechanie się wskaźników faktycznie pogrążyło gospodarkę Holandii w recesji. Aby ratować sytuację pakiet decyzji [premiera] Marka Rutte’a przewidywał kurację odchudzającą w wysokości 14 mld. euro po to, aby zmniejszyć przyszłoroczny deficyt do 2,8 proc.”( http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202026897319-les-pays-bas-en-mauvaise-posture-pour-affronter-une-crise-politique-315778.php).Sytuacja w Holandii nie jest jedynym zmartwieniem zwolenników projektu europejskiego. Także wynik pierwszej tury wyborów we Francji jest dla nich niepokojący. Jedni martwią się prawdopodobną nerwową reakcją inwestorów na wiadomość o ewentualnym ostatecznym zwycięstwie Françoisa Hollande’a 6 maja. Inni z kolei obawiają się skutków zadomowienia się na dobre na francuskiej scenie politycznej Marine Le Pen i jej Frontu Narodowego. „Le Monde” przytacza cały szereg krytycznych reakcji liderów politycznych w Brukseli i Strasburgu na niedzielny sukces liderki skrajnej prawicy, którzy podkreślają mocno antyeuropejski charakter programu tej partii (http://www.lemonde.fr/election-presidentielle-2012/article/2012/04/24/bruxelles-s-inquiete-de-la-montee-d-un-populisme-anti-europeen_1690393_1471069.html)

Blog Bogusława Sonika, 27 kwietnia 2012

Co z tym wzrostem, Unio?

Unia martwi się o wzrost gospodarczy. Martwią się na przykład deputowani do Parlamentu Europejskiego, którzy na ten temat debatowali na środowym (18 kwietnia) posiedzeniu. Mają rację, bo według najnowszych prognoz w tym roku PKB w strefie euro skurczy się o 0,3 proc, a w przyszłym nastąpi wzrost zaledwie o 0,9 proc. (http://www.latribune.fr/actualites/economie/international/20120417trib000693989/le-fmi-retrouve-un-peu-d-optimisme-pour-la-croissance-mondiale.html). Bezpośrednim powodem powrotu obaw jest sytuacja gospodarcza Hiszpanii, a najważniejszym objawem choroby wzrost oprocentowania hiszpańskich obligacji. Powodem pośrednim, ale bardzo poważnym, negatywne dla wzrostu skutki przywracania równowagi budżetowej – która to polityka zyskała dodatkowy argument w postaci podpisanego na początku marca tzw. paktu budżetowego. Powiada się dość powszechnie, że drastyczne oszczędności opóźnią wychodzenie z recesji – nie bez racji. Pisze o tym dziennik „Les Echos” zwracając uwagę, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie jest zadowolony ze sposobu przywracania tej równowagi w Unii. MFW obawia się, że Francja, Włochy i Hiszpania nie zdołają wypełnić przyjętych zobowiązań w zakresie ścinania deficytu i będą musiały przyjąć dodatkowe plany oszczędnościowe. Dziennik akcentuje niedawne oświadczenie rządu włoskiego, który wycofał się ze zobowiązania powrotu do równowagi budżetowej w roku 2013, przesuwając ten cel o 1 rok. Wszystkie te sygnały tworzą klimat niepewności i obaw. „Les Echos”: „Obawa przed rozprzestrzenieniem się kryzysu długu suwerennego ustępuje miejsca obawie przed rozprzestrzenieniem się recesji, z powodu drastycznych decyzji, które muszą przedsięwziąć dwie wielkie gospodarki południowej Europy [Hiszpania i Włochy] dla ratowania ich finansów publicznych. W rzeczywistości, kto by nie został zwycięzcą wyborów prezydenckich we Francji, będzie musiał energicznie gardłować za wzmocnieniem strony wzrostowej w programach europejskich. Bo zwiększa się przepaść pomiędzy Europą Północną (szczególnie Niemcami), która już nie odczuwa żadnych skutków kryzysu, i wydaje jej się, że jest na kryzys odporna, bo w razie czego uruchomi MES [system stabilizacji finansowej, wchodzący w życie 1 lipca], a Europą Południową, w której decyzje oszczędnościowe przyspieszają, na krótką metę, recesję” (Croissance: l’Europe à court d’idées sur la relance de l’économie, 19.04.2012). Podobne obawy wyraża, nawet bardziej otwarcie, George Soros, amerykański miliarder i filantrop węgierskiego pochodzenia. W wywiadzie dla „Le Monde” mówi bardzo krytycznie o polityce Unii wobec kryzysu. Nie podważając polityki przywracania równowagi finansów publicznych, Soros powiada, że jest ona niedostateczna, ponieważ prowadzi do recesji. Nadto wymienia Niemcy jako najbardziej odpowiedzialne za doprowadzenie do obecnej sytuacji. Soros: ”Problem leży w Niemczech, ponieważ [ich] opinia publiczna ma zaufanie do Bundesbanku. Niemiecki bank centralny jest przykładem jednego z największych sukcesów tego kraju, ponieważ umożliwił mu posiadanie silnej waluty [w przeszłości]. [Dzisiaj] Bundesbank dominuje politykę europejską, ale prowadzi działania dobre dla Niemiec, nie dla Europy. Ponieważ Niemcy są krajem kwitnącym, są z tego powodu beneficjentem kryzysu euro, niskiego kursu euro w stosunku do siły swojej gospodarki, niskich stóp procentowych dla kredytowania swojego długu” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/04/18/pour-george-soros-les-dirigeants-europeens-menent-l-europe-a-sa-perte_1687103_3234.html).

Blog Bogusława Sonika, 23. kwietnia 2012

Co z tym wzrostem, Unio?

Unia martwi się o wzrost gospodarczy. Martwią się na przykład deputowani do Parlamentu Europejskiego, którzy na ten temat debatowali na środowym (18 kwietnia) posiedzeniu. Mają rację, bo według najnowszych prognoz w tym roku PKB w strefie euro skurczy się o 0,3 proc, a w przyszłym nastąpi wzrost zaledwie o 0,9 proc. (http://www.latribune.fr/actualites/economie/international/20120417trib000693989/le-fmi-retrouve-un-peu-d-optimisme-pour-la-croissance-mondiale.html).Bezpośrednim powodem powrotu obaw jest sytuacja gospodarcza Hiszpanii, a najważniejszym objawem choroby wzrost oprocentowania hiszpańskich obligacji. Powodem pośrednim, ale bardzo poważnym, negatywne dla wzrostu skutki przywracania równowagi budżetowej – która to polityka zyskała dodatkowy argument w postaci podpisanego na początku marca tzw. paktu budżetowego. Powiada się dość powszechnie, że drastyczne oszczędności opóźnią wychodzenie z recesji – nie bez racji. Pisze o tym dziennik „Les Echos” zwracając uwagę, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie jest zadowolony ze sposobu przywracania tej równowagi w Unii. MFW obawia się, że Francja, Włochy i Hiszpania nie zdołają wypełnić przyjętych zobowiązań w zakresie ścinania deficytu i będą musiały przyjąć dodatkowe plany oszczędnościowe. Dziennik akcentuje niedawne oświadczenie rządu włoskiego, który wycofał się ze zobowiązania powrotu do równowagi budżetowej w roku 2013, przesuwając ten cel o 1 rok. Wszystkie te sygnały tworzą klimat niepewności i obaw. „Les Echos”: „Obawa przed rozprzestrzenieniem się kryzysu długu suwerennego ustępuje miejsca obawie przed rozprzestrzenieniem się recesji, z powodu drastycznych decyzji, które muszą przedsięwziąć dwie wielkie gospodarki południowej Europy [Hiszpania i Włochy] dla ratowania ich finansów publicznych. W rzeczywistości, kto by nie został zwycięzcą wyborów prezydenckich we Francji, będzie musiał energicznie gardłować za wzmocnieniem strony wzrostowej w programach europejskich. Bo zwiększa się przepaść pomiędzy Europą Północną (szczególnie Niemcami), która już nie odczuwa żadnych skutków kryzysu, i wydaje jej się, że jest na kryzys odporna, bo w razie czego uruchomi MES [system stabilizacji finansowej, wchodzący w życie 1 lipca], a Europą Południową, w której decyzje oszczędnościowe przyspieszają, na krótką metę, recesję” (Croissance: l’Europe à court d’idées sur la relance de l’économie, 19.04.2012).Podobne obawy wyraża, nawet bardziej otwarcie, George Soros, amerykański miliarder i filantrop węgierskiego pochodzenia. W wywiadzie dla „Le Monde” mówi bardzo krytycznie o polityce Unii wobec kryzysu. Nie podważając polityki przywracania równowagi finansów publicznych, Soros powiada, że jest ona niedostateczna, ponieważ prowadzi do recesji. Nadto wymienia Niemcy jako najbardziej odpowiedzialne za doprowadzenie do obecnej sytuacji. Soros: ”Problem leży w Niemczech, ponieważ [ich] opinia publiczna ma zaufanie do Bundesbanku. Niemiecki bank centralny jest przykładem jednego z największych sukcesów tego kraju, ponieważ umożliwił mu posiadanie silnej waluty [w przeszłości]. [Dzisiaj] Bundesbank dominuje politykę europejską, ale prowadzi działania dobre dla Niemiec, nie dla Europy. Ponieważ Niemcy są krajem kwitnącym, są z tego powodu beneficjentem kryzysu euro, niskiego kursu euro w stosunku do siły swojej gospodarki, niskich stóp procentowych dla kredytowania swojego długu” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/04/18/pour-george-soros-les-dirigeants-europeens-menent-l-europe-a-sa-perte_1687103_3234.html).

Blog Bogusława Sonika, 23 kwietnia 2012

Komisja nalega na płacę minimalną w Unii

Dzisiaj (18 kwietnia) Komisja Europejska miała ogłosić dokument w sprawie płacy minimalnej. Komisja ma – z inicjatywy komisarza odpowiedzialnego za sprawy socjalne, László Andora, zaproponować wprowadzenie płacy minimalnej w tych państwach członkowskich, w których jej nie ma oraz podniesienie jej poziomu tam, gdzie jest najniższy. Komisja opiera swoją propozycje na dwóch założeniach. Po pierwsze, że posiadanie pracy (nawet stałego zatrudnienia) nie gwarantuje już godnego poziomu życia. Wedle statystyk, na jakie powołuje się Komisja, 8 proc. zatrudnionych w Unii żyje poniżej progu ubóstwa, a sytuacja makroekonomiczna skłania przedsiębiorstwa do ciągłej pogoni za obniżaniem kosztów pracy, w tym także samej płacy. Po drugie, że niski poziom zarobków (niska płaca minimalna lub jej brak implikuje relatywnie niskie płace w ogóle) uderza w popyt wewnętrzny, a to z kolei we wzrost gospodarczy.Propozycja Komisji skierowana jest przede wszystkim do Niemiec. Pisze o tym „Euractiv.com”: „(...) niemała liczba krajów nie zna pojęcia płacy minimalnej. To przede wszystkim przypadek Niemiec, Włoch, Austrii i krajów skandynawskich. O ile można otrzymać swego rodzaju płacę minimalną we Włoszech czy w Austrii za pomocą umów zbiorowych, to już nie w Niemczech, gdzie prawie jedna trzecia pracowników nie ma do tego prawa. >>Prawdziwy problem stanowią Niemcy<< - przyznał pewien funkcjonariusz UE zastrzegając anonimowość” (http://www.euractiv.com/fr/node/512194).Komisja nie ogranicza się, zresztą, do tych dwóch zaleceń. Wedle jej planu trzeba dążyć do obniżenia bezrobocia w sytuacji, gdy – paradoksalnie – kilka milionów miejsc pracy w Unii wakuje. Jak to zrobić? Zwiększając mobilność pracowników, zmniejszając obciążenia socjalne przedsiębiorstw (poza płacą, rzecz jasna, bo tę generalnie trzeba podnieść). Co się tyczy mobilności pracowników, „Les Echos” piszą tak: „>>Wolny przepływ pracowników sprzyja zatrudnieniu<< - głosi Komisja i zaleca otwarcie rynków pracy dla Rumunów i Bułgarów. Francja i osiem innych krajów postanowiły utrzymać restrykcje w zakresie swobodnego przepływu pracowników z tych dwóch krajów do 2014 roku. Wszędzie w Europie ruchy skrajnej prawicy bija na alarm z powodu >>pracowników ze Wschodu<< podczas gdy rozszerzenie Unii z 2004 r. generalnie nie zmieniło sytuacji pod tym względem. W roku 2010 Francja przyjmowała u siebie 2,1 proc. migrantów z innych krajów europejskich, podczas gdy w 2003 r. było ich 1,9 proc.”.Jeśli zaś chodzi o propozycję przeniesienia części obciążeń socjalnych przedsiębiorstw w stronę podatków pośrednich (od konsumpcji, od zanieczyszczania środowiska i od nieruchomości), „Les Echos” zwracają uwagę, że podatek od konsumpcji, tzw. VAT socjalny jest kamyczkiem do ogródka socjalistycznego kandydata na prezydenta François Hollande’a, przeciwnego takiemu rozwiązaniu (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202013758804-bruxelles-defend-les-vertus-des-salaires-minimums-dans-l-union-europeenne-313217.php).

Blog Bogusława Sonika, 18 kwietnia 2012

Komisja nalega na płacę minimalną w Unii

Dzisiaj (18 kwietnia) Komisja Europejska miała ogłosić dokument w sprawie płacy minimalnej. Komisja ma – z inicjatywy komisarza odpowiedzialnego za sprawy socjalne, László Andora, zaproponować wprowadzenie płacy minimalnej w tych państwach członkowskich, w których jej nie ma oraz podniesienie jej poziomu tam, gdzie jest najniższy. Komisja opiera swoją propozycje na dwóch założeniach. Po pierwsze, że posiadanie pracy (nawet stałego zatrudnienia) nie gwarantuje już godnego poziomu życia. Wedle statystyk, na jakie powołuje się Komisja, 8 proc. zatrudnionych w Unii żyje poniżej progu ubóstwa, a sytuacja makroekonomiczna skłania przedsiębiorstwa do ciągłej pogoni za obniżaniem kosztów pracy, w tym także samej płacy. Po drugie, że niski poziom zarobków (niska płaca minimalna lub jej brak implikuje relatywnie niskie płace w ogóle) uderza w popyt wewnętrzny, a to z kolei we wzrost gospodarczy. Propozycja Komisji skierowana jest przede wszystkim do Niemiec. Pisze o tym „Euractiv.com”: „(...) niemała liczba krajów nie zna pojęcia płacy minimalnej. To przede wszystkim przypadek Niemiec, Włoch, Austrii i krajów skandynawskich. O ile można otrzymać swego rodzaju płacę minimalną we Włoszech czy w Austrii za pomocą umów zbiorowych, to już nie w Niemczech, gdzie prawie jedna trzecia pracowników nie ma do tego prawa. >>Prawdziwy problem stanowią Niemcy<< - przyznał pewien funkcjonariusz UE zastrzegając anonimowość” (http://www.euractiv.com/fr/node/512194). Komisja nie ogranicza się, zresztą, do tych dwóch zaleceń. Wedle jej planu trzeba dążyć do obniżenia bezrobocia w sytuacji, gdy – paradoksalnie – kilka milionów miejsc pracy w Unii wakuje. Jak to zrobić? Zwiększając mobilność pracowników, zmniejszając obciążenia socjalne przedsiębiorstw (poza płacą, rzecz jasna, bo tę generalnie trzeba podnieść). Co się tyczy mobilności pracowników, „Les Echos” piszą tak: „>>Wolny przepływ pracowników sprzyja zatrudnieniu<< - głosi Komisja i zaleca otwarcie rynków pracy dla Rumunów i Bułgarów. Francja i osiem innych krajów postanowiły utrzymać restrykcje w zakresie swobodnego przepływu pracowników z tych dwóch krajów do 2014 roku. Wszędzie w Europie ruchy skrajnej prawicy bija na alarm z powodu >>pracowników ze Wschodu<< podczas gdy rozszerzenie Unii z 2004 r. generalnie nie zmieniło sytuacji pod tym względem. W roku 2010 Francja przyjmowała u siebie 2,1 proc. migrantów z innych krajów europejskich, podczas gdy w 2003 r. było ich 1,9 proc.”. Jeśli zaś chodzi o propozycję przeniesienia części obciążeń socjalnych przedsiębiorstw w stronę podatków pośrednich (od konsumpcji, od zanieczyszczania środowiska i od nieruchomości), „Les Echos” zwracają uwagę, że podatek od konsumpcji, tzw. VAT socjalny jest kamyczkiem do ogródka socjalistycznego kandydata na prezydenta François Hollande’a, przeciwnego takiemu rozwiązaniu (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202013758804-bruxelles-defend-les-vertus-des-salaires-minimums-dans-l-union-europeenne-313217.php).

Blog Bogusław Sonik, 18 kwietnia 2012

Hiszpania (znowu) niepokoi Unię

Po przyjęciu rygorystycznych planów stabilizacji finansów publicznych przez nowy rząd hiszpański, rynki finansowe na pewien czas „odpuściły” presję na Hiszpanię. Emisje jej obligacji rządowych na początku roku zakończyły się umiarkowanym sukcesem. Tymczasem teraz doszło znowu do gwałtownego podwyższenia oprocentowania tych obligacji (refinansowanie długu hiszpańskiego stało się droższe). To niepokoi Hiszpanów, ale także – co oczywiste – strefę euro, ciągle podminowaną niepewną sytuacją makroekonomiczną na południu Europy.Powody ponownego pogorszenia warunków refinansowania długu hiszpańskiego stara się wyjaśnić belgijski kanał telewizyjny RTBF na swojej stronie internetowej splotem dwóch czynników: złych prognoz makroekonomicznych na ten i następny rok (deficyt budżetowy, recesja gospodarcza i rekordowe bezrobocie) oraz drastycznych oszczędności w wydatkach publicznych. Ten splot sprawia, że wierzyciele przestają ufać w możliwości spłaty kredytów i podwyższają ich oprocentowanie (http://www.rtbf.be/info/economie/detail_l-espagne-de-nouveau-victime-de-ses-taux?id=7746506).Z kolei „Les Echos” zauważają, że Komisja Europejska wysyła właśnie do Madrytu swoich przedstawicieli, aby zbadali sytuację ekonomiczną Hiszpanii przed zaplanowanym na koniec czerwca posiedzeniem ministrów finansów Unii tzw. Ecofin. Niby jest to rutynowa procedura, podobne misje były już w marcu wysłane do Wielkiej Brytanii i do Francji, będą wysłane do kolejnych krajów. Ale pytanie, dlaczego skierowanie misji akurat do Hiszpanii budzi takie zainteresowanie mediów (i analityków finansowych) jest - oczywiście - zasadne. Bez dwóch zdań sytuacja Hiszpanii budzi w Unii większy niepokój niż – powiedzmy – sytuacja w Holandii. „Les Echos”: „(...) Bruksela wyraziła wobec Madrytu zadowolenie z powodu jego oszczędnościowego planu budżetu na rok 2012, ale podkreśliła brak decyzji odnoszących się do regionów autonomicznych, które rozhulały swoje deficyty w 2011 roku”. To krytyka szczegółowa. Zaś ogólnie Bruksela żywi obawy „co do zdolności [tego] kraju do wypełnienia jego zobowiązań w zakresie redukcji deficytu” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202007871558-espagne-l-europe-envoie-une-mission-pour-auditer-les-comptes-311892.php?xtor=AL-4003-%5BChoix_de_la_redaction%5D-%5BEspagne%20:%).Dodajmy, że Madryt już raz poluzował swoje zapowiedzi redukcji deficytu. Dlatego teraz Bruksela obawia się, czy tym razem to, co obiecane na papierze, będzie dotrzymane w rzeczywistości.

Blog Bogusława Sonika, 13 kwietnia 2012

Skuteczność energetyczna Unii

We wtorek 10 kwietnia rozpoczęły się konsultacje pomiędzy Komisją, Radą i Parlamentem Europejskim na temat ostatecznego kształtu dyrektywy na temat skuteczności energetycznej. Przed rokiem ambitny plan stworzenia takiej dyrektywy przedstawili wspólnie: duńska komisarz do spraw ochrony klimatu, Connie Hedegaard oraz komisarz do spraw energii, Günther Oettinger. Podstawowym parametrem tego planu był zamiar redukcji o 80 – 95 proc. emisji gazów cieplarnianych do roku 2050 (biorąc za podstawę rok 1990). Żeby zmniejszyć wysokość emisji gazów cieplarnianych bez zmniejszania zatrudnienia, konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw, a w końcu bez podcinania (i tak bardzo marnego) wzrostu gospodarczego, jedynym wyjściem jest zwiększenie skuteczności zużywanej energii. Chodzi o to, żeby jednostka zużywanej w Unii energii produkowała więcej, a nawet dużo więcej dóbr niż do tej pory – wtedy Unia będzie bardziej ekologiczna, a nie mniej konkurencyjna. Wtedy będzie też mniej zależna od importu surowców energetycznych, które nie tylko są drogie i coraz droższe, ale zarazem ich dostawy bywają obciążone ryzykiem politycznym (np. dostawy rosyjskiego gazu do krajów Europy Środkowej, albo dostawy irańskiej ropy do krajów Europy Zachodniej). Biorąc to wszystko pod uwagę Komisja rozpoczęła prace nad europejską dyrektywą na temat skuteczności energetycznej. Dziś po intensywnych konsultacjach z państwami członkowskimi w ramach prac Rady Europejskiej widać, że osiągnięcie ambitnych zamierzeń będzie bardzo trudne. Pisze o tym „Euractiv.com”: „Rządy odrzuciły pomysł, aby dostosowywać się do środków przymusowych i osłabiły podstawowe regulacje dyrektywy. Jednak Dania [która aktualnie przewodniczy pracom Rady] zaakceptowała ten [słaby] mandat po to, żeby rozpocząć negocjacje i przyspieszyć mechanizm decyzyjny przed 1 lipca, czyli przed datą przekazania prezydencji Cyprowi. Dzisiejsze [wtorkowe] negocjacje oznaczają – wedle opinii luksemburskiego eurodeputowanego Claude’a Turmesa, odpowiedzialnego za te negocjacje z ramienia Parlamentu Europejskiego - początek >>prawdziwej walki<<. Prezydencja duńska będzie usiłowała znaleźć złoty środek pomiędzy dwoma celami: zawrzeć zgodę w ciągu najbliższych miesięcy i zarazem przekonać państwa członkowskie, aby zgodziły się przyjąć środki przymusowe” (http://www.euractiv.com/fr/energie-efficacite/phase-finale-des-gociations-sur-la-directive-relative-lefficacit-nerg-tique-news-).Na czym polega problem z rozwadnianiem przez państwa pierwotnych założeń tej dyrektywy pokazuje na przykładzie Francji artykuł w branżowym piśmie poświęconym budownictwu „Le Moniteur”. Dodajmy jeszcze, że budownictwo jest jednym z największych „pożeraczy” energii, a zatem oszczędności energetyczne poczynione w tym sektorze mają istotny wpływ na ogólne zużycie energii. „Le Moniteur”: „Energia najtańsza i najmniej zatruwająca środowisko to ta, której się nie zużywa. To wyznanie ekologicznej wiary, wielokrotnie powtarzane i potwierdzane we Francji (...) staje dzisiaj przed szansą uzyskania wymiaru europejskiego dzięki projektowi dyrektywy na temat skuteczności energetycznej (...)”. Lecz – dodaje zaraz tygodnik – „stanowisko rządu wobec projektu wywołuje zdziwienie, a liczba zaproponowanych poprawek niepokoi.” Wśród tych poprawek są np.: zniesienie długoterminowego planu renowacji budynków publicznych (chodziło w nim głównie o poprawienie ich energooszczędności), czy wyłączenie samorządu terytorialnego z obowiązku odnawiania tychże budynków publicznych. W rezultacie – jak czytamy – aktualne „stanowisko Francji prowadziłoby do znaczącego obniżenia ambitnych planów dyrektywy” (http://www.lemoniteur.fr/201-management/article/point-de-vue/17352979-directive-efficacite-energetique-la-france-va-t-elle-enfin-passer-de-la-parole-aux-actes).W takiej sytuacji – a stanowisko Francji nie jest przecież wyjątkiem – jeszcze raz staje kwestia polityki wspólnotowej i polityki międzyrządowej Unii.

Blog Bogusława Sonika, 12 kwietnia 2012

Sarkozy - Unia - wybory

Francuskie wybory prezydenckie jakoś zahaczają o Unię, chociaż może niekoniecznie tak, jak życzyliby sobie zwolennicy ambitnego projektu prawdziwej wspólnoty Europejczyków. Była już o tym częściowo mowa w tej rubryce (por. notka z 17 marca i z 21 marca), ale ostatnio doszły nowe fakty.Prezydent-kandydat, Nicolas Sarkozy, ogłaszając 5 kwietnia swój program wyborczy zapowiedział, że Francja będzie starała się zamrozić wysokość swojej składki do budżetu Unii na lata 2014-2020 (projekt Komisji zakłada wzrost budżetu). Po wcześniejszych jego zapowiedziach (dotyczących traktatu z Schengen oraz wzajemności w ułatwieniach handlowych pomiędzy Unią a krajami spoza Unii) stanowi to już trzecią propozycję, o której w Brukseli mówi się, że nie jest wobec Unii przyjazna. Pisze o tym Euractive.com zwracając uwagę, że pomysł Sarkozy’ego wynika z konieczności znalezienia w najbliższych latach środków dla zbilansowania budżetu krajowego. Prezydent obiecał Brukseli, że od roku 2013 deficyt budżetowy Francji zejdzie poniżej 3 proc. (co, nawiasem mówiąc, zakładał już przed laty Pakt Stabilizacji i Wzrostu), a w roku 2016 będzie zrównoważony. Skąd wziąć na to pieniądze? Euractive.com: „Aby osiągnąć ten cel, prezydent-kandydat zakłada w tym roku wzrost gospodarczy 0,7 proc. PKB, 1,75 proc. w 2013 roku, i 2 proc. przez cztery kolejne lata. Te prognozy są bardziej optymistyczne od prognoz Komisji Europejskiej (0,4 proc.), MFW (0,2 proc.) czy OECD (0,3 proc.). Nicolas Sarkozy powiedział, że aby zaoszczędzić pieniądze, Francja poprosi o zamrożenie swojego udziału w budżecie UE, zachowując w ten sposób 600 mln euro rocznie. (...) Jednakże Nicolas Sarkozy nie wyjaśnił, jak byłoby możliwe z jednej strony utrzymanie budżetu wspólnej polityki rolnej [Francja jest największym jej beneficjentem] >>co do jednego euro<< , a z drugiej – zamrożenie udziału Francji w finansowaniu UE” (http://www.euractiv.com/fr/elections/rien-de-nouveau-pour-leurope-dans-la-lettre-aux-fran-ais-de-nicolas-sarkozy-news-512034). Oponenci Sarkozy’ego nie zostawili na tym pomyśle suchej nitki, co jest zrozumiałe, a o czym informuje „Le Figaro”. Najkrócej rzecz ujmując, Sarkozy proponuje „słabą Francję [aluzja do hasła wyborczego Sarkozy’ego „silna Francja”] w schyłkowej Europie”, jak to ujął szef kampanii Françoisa Hollande’a, Pierre Moscovici (http://elections.lefigaro.fr/flash-presidentielle/2012/04/06/97006-20120406FILWWW00594-la-facture-salee-de-sarkozy-ps.php). Ale nie tylko oponenci zwracają uwagę na słabości tej propozycji. „Le Figaro” wyjaśnia, że od kwoty 19 mld euro, ile wynosi składka francuska, trzeba odjąć 4,5 mld, które Francja w imieniu Unii ściąga pod postacią ceł i podatków europejskich, oraz 13 mld, które otrzymuje od Unii, w tym głównie z tytułu wspólnej polityki rolnej. Dalej prawicowy, bądź co bądź, „Le Figaro” pisze już od siebie: „Ale w tym czasie kryzysu koncept solidarności pomiędzy dwudziestu siedmioma krajami członkowskimi jest tematem o tyleż bardziej delikatnym, że niektóre mechanizmy korygujące (...) raczej mają taki skutek, że sprzyjają metodzie ratuj się, kto może” (http://elections.lefigaro.fr/presidentielle-2012/2012/04/05/01039-20120405ARTFIG01015-sarkozy-projette-le-gel-de-la-contribution-francaise-a-l-ue.php).Taka, zdaje się, jest brutalna prawda o Unii w kryzysie.

Blog Bogusława Sonika, 10 kwietnia 2012

Kryzys: Hiszpania niepokoi, Portugalia daje nadzieję

Na potrzeby propagandy politycznej mówi się obecnie często (np. w kampanii wyborczej prezydenta-kandydata Nicolasa Sarkozy’ego), że problem długu suwerennego (i czającego się za nim kryzysu gospodarczego) w Unii jest już częściowo opanowany. A przynajmniej, że proces naprawczy rozpoczął się i sprawy są postawione na dobrym torze. To prawda, że okres paniki minął (przynajmniej na razie), oprocentowanie obligacji rządowych krajów w największych tarapatach finansowych spadło, niekiedy (Włochy) spektakularnie, ale do prawdziwego uzdrowienia sytuacji jest jeszcze daleko.Obecnie, po dramatycznych kłopotach Irlandii, Grecji, Włoch i Portugalii, gdzie podjęto reformy, które zaczęły przynosić pierwsze dobre owoce, największym zmartwieniem Brukseli jest Hiszpania. Pisze o tym „Le Monde” w artykule z zeszłego tygodnia, a więc jeszcze sprzed strajku generalnego z 29 marca i sprzed prezentacji przez rząd hiszpański ostatecznego projektu budżetu, co nastąpiło w miniony piątek, 30 marca. Przejęcie władzy przez prawicowy rząd Mariano Rayoya z początku uspokoiło sytuację, ale już niedługo potem zaczęły się kłopoty, które z powrotem nadszarpnęły wiarygodnością inwestycyjną Hiszpanii i znowu wystawiły ją na niebezpieczeństwo ataków spekulacyjnych. Pierwszym takim, niesprzyjającym zaufaniu inwestorów, sygnałem było korekta deficytu budżetowego za 2011 r.: zamiast spodziewanych 6 proc. wyniósł on ostatecznie aż 8,5 proc. Drugim sygnałem – tym razem już bezpośrednio obciążającym nowy rząd - była zmiana projekcji deficytu budżetowego na rok bieżący: zamiast zapowiadanych 4.4 proc., aż 5,8 proc. – co, jak pamiętamy, nastąpiło tuż po podpisaniu paktu budżetowego. Zrobiło to fatalne wrażenie i odtąd Bruksela (która ostatecznie nieco ugięła się przed Madrytem godząc się na deficyt 5,3 proc.) bacznie przygląda się analizom jej sytuacji gospodarczej. „Le Monde” zwraca uwagę na problem niebagatelnego udziału autonomicznych prowincji w hiszpańskim długu publicznym: „Pomiędzy rokiem 2007 a 2011 dług 17 autonomicznych wspólnot terytorialnych został pomnożony przez 2,3 i wynosi obecnie 13,1 PKB [cały dług publiczny Hiszpanii wynosi 68 proc. PKB]. >>Przychody fiskalne regionów opierają się w znacznym stopniu na podatkach od nieruchomości. Zatem przychody gwałtownie zmalały wraz z załamaniem się [tego] rynku<< - wyjaśnia Danielle Schweisguth z Observatoir francais des conjonctures économiques (OFCE). (...) Właśnie przeprowadzana jest reforma mająca celu drastyczne zredukowanie deficytów dozwolonych przez wspólnoty autonomiczne. Pozostaje kwestia politycznego wsparcia na poziomie lokalnym: o ile większość regionów jest pod kontrolą prawicy, to nie udało jej się zwyciężyć w Andaluzji, najludniejszym regionie, w ostatnią niedzielę 25 marca” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/03/28/pourquoi-l-espagne-inquiete-tant-la-zone-euro_1676807_3214.html).Na pocieszenie Brukseli inne tendencje dają się zauważyć w Portugalii, o czym możemy przeczytać w Euractive.com. Komisja Europejska w ogłoszonym wczoraj (3 marca) raporcie ocenia, że jeśli Portugalia dalej będzie tak dobrze wywiązywać się z powziętych zobowiązań, będzie potrafiła wrócić na rynki w roku 2013, tak jak to było przewidziane w programie naprawczym z 2011 roku (http://www.euractiv.com/fr/services-financiers/le-portugal-est-sur-la-bonne-voie-pas-besoin-dun-second-renflouement-news-511954).

Blog Bogusława Sonika, 5 kwietnia 2012