Artykuły

Komisarze mówią pani Reding

Komisarz Viviane Reding, odpowiedzialna w Komisji za wymiar sprawiedliwości i prawa obywatelskie, poniosła dotkliwą porażkę. Jej od dawna zapowiadany projekt wprowadzenia obowiązku zagwarantowania 40 proc. miejsc dla kobiet w zarządach przedsiębiorstw, nie zyskał akceptacji jej kolegów, ale i koleżanek, z Komisji. Polityka równości płci jest w Unii Europejskiej traktowana serio, nawet jeśli trzeba tu odróżnić między aspiracjami a faktycznym udziałem kobiet w instancjach kierowniczych. Niedawno ilustracją tego problemu było odrzucenie kandydatury Yves’a Merscha, prezesa banku centralnego Luksemburga, na stanowisko członka zarządu Europejskiego Banku Centralnego. Zarząd liczy 6 członków, jedno miejsce aktualnie wakuje, a 5 pozostałych zajmują mężczyźni. Ta okoliczność sprawiła, że Mersch był bez szans. Komisja spraw gospodarczych Parlamentu Europejskiego odrzuciła kandydaturę Merscha, chociaż nikt nie kwestionował jego kompetencji. „Le Monde” przytacza słowa deputowanej Sylvie Goulard z grupy liberałów i demokratów: „Czynimy rozróżnienie między osobą [kandydata] a zasadami. Nic panu nie zarzucamy (...). Ale nie jest akceptowalne, aby zarząd [EBC] składał się wyłącznie z mężczyzn aż do roku 2018?” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/10/23/representation-des-femmes-blocage-au-directoire-de-la-bce_1779514_3234.html). Na tym tle lepiej widać sens propozycji komisarz Reding, ale i racje większości Komisji. „Les Echos” zwracają uwagę, że przeciw propozycji pani Reding wypowiedziało się kilka pań komisarzy, skądinąd kobiet energicznych i bez kompleksów: Catherine Ashton (komisarz do spraw stosunków zagranicznych), Cecilia Malmström (komisarz do spraw wewnętrznych), Connie Hedegard (komisarz do spraw walki ze zmianami klimatu), Neelie Kroes (komisarz do spraw cyfryzacji). Vivian Reding uważa jednak, że aby dokonać w tej dziedzinie istotnych zmian, potrzebna jest wola polityczna. Oto jej słowa: „(...) jeśli mamy dzisiaj 1/3 kobiet-komisarzy europejskich, to dlatego, że José Manuel Barroso zabiegał u państw członkowskich o to by wystawiały kandydatury kobiet. Bez woli politycznej nie będzie zmian”. „Les Echos” piszą, że pani komisarz zmieniła język uzasadniający jej rewolucję, unikając ostatnio słowa „kwota”: „Projekt optował przede wszystkim za tym, aby uczynić obowiązkową procedurę selekcji, wedle której w przypadku dwojga kandydatów o jednakowych kompetencjach wybierać raczej kobietę niż mężczyznę” (http://www.lesechos.fr/entreprises-secteurs/finance-marches/actu/0202344523056-bruxelles-bloque-le-projet-de-quotas-de-femmes-dans-les-conseils-d-administration-503357.php). Nie udało się. Pani Reding będzie musiała przeredagować swój projekt, zanim w połowie listopada znowu przedstawi go do akceptacji Komisji.

Blog Bogusława Sonika, 6. listopada 2012

Dyrektywa o efektywności energetycznej

W czerwcu zakończyły się negocjacje Parlamentu Europejskiego z państwami członkowskimi na temat szczegółów dyrektywy o efektywności energetycznej. Rządy – jak zawsze w takich wypadkach – zabiegały o zredukowanie rygorów i uzyskały pewne poluzowania. 11 września PE uchwalił dyrektywę po tych redukcjach, a 4 października Rada UE ostatecznie ją zatwierdziła – co kończy proces legislacyjny. Dyrektywa wchodzi w życie, na poziomie unijnym, z końcem tego roku, zaś na poziomie państw członkowskich z końcem roku przyszłego. Najbardziej sumarycznym celem dyrektywy jest zredukowanie do 2020 roku zużycia energii w Unii Europejskiej o 20 proc. (niezależnie od tej dyrektywy UE zakłada osiągnięcie do tego roku 20-proc. udziału energii odnawialnej w całej produkcji energetycznej oraz redukcję CO2 o 20 proc.) Jednak „zieloni” w PE i inni zwolennicy konsekwentnych działań proekologicznych obawiają się, że wobec wspomnianego poluzowania rygorów osiągnięcie planowanego celu nie będzie możliwe. Na przykład początkowo planowano, że renowacja budynków publicznych (3 proc. parku nieruchomości każdego roku) pod względem izolacji termicznej dotyczyć będzie obiektów państwowych, mieszkań socjalnych oraz obiektów będących własnością samorządu terytorialnego. Ostatecznie – pod presją rządów – zgodzono się, że obowiązkowa renowacja będzie dotyczyć tylko budynków państwowych. To nie jedyne tego rodzaju wyłączenie. Stąd obawy. Pisze o nich „Euractiv.com”: „Godząc się na złagodzenia wobec państw członkowskich, Unia ryzykuje, że nie osiągnie planowanego celu w roku 2020. Claude Turmes, deputowany do PE z frakcji „zielonych”i zarazem sprawozdawca projektu, uważa, że oszczędności energii nie przekroczą 15 proc. Komisja Europejska będzie więc, jego zdaniem, musiała powziąć jakieś >>dodatkowe decyzje<< [aby wypełnić planowane 20 proc. redukcji]” (http://www.euractiv.fr/eurodeputes-adoptent-directive-efficacite-energetique-article). Jeszcze przed przyjęciem dyrektywy przez Radę Europejską na stronach radia France Info ukazała się analiza jasno ukazująca wyzwania stojące w tej materii przed Unią. Czytamy tam: „Stawka jest wysoka. W zeszłym roku 27 państw Unii importowało łącznie nośniki energii (głównie gaz i ropę) za kwotę 480 mld euro. (...) Dyrektywa na temat efektywności energetycznej pozwoli stopniowo ograniczyć naszą zależność, ponieważ zobowiązuje ona państwa do konsekwentnych oszczędności. Mieliśmy już uregulowania prawne z obligatoryjnymi dyspozycjami dla państw w zakresie zmian klimatycznych [redukcja CO2] oraz w zakresie energii odnawialnej, ale brakowało jak dotąd regulacji w zakresie oszczędzania energii. (...) Wynegocjowane po zaciętej walce porozumienie [Parlamentu z rządami państw członkowskich] pozwoli obniżyć unijny import surowców energetycznych z równowartości 1700 milionów ton ropy do 1560 milionów ton w roku 2020, co przyniesie miliardy euro oszczędności. A przede wszystkim, jak wyjaśnia Claude Turmes, >>będzie to pobudzać gospodarkę europejską i pozwoli stworzyć miliony nowych miejsc pracy” (http://www.franceinfo.fr/europe/l-europe-au-quotidien/la-nouvelle-directive-sur-l-efficacite-energetique-allie-rigueur-et-vertu-753073-2012-09-30).

Blog Bogusława Sonika, 10. października 2012

Francja: traktat, który dzieli i łączy

We francuskim Zgromadzeniu Narodowym trwają prace nad paktem budżetowym. Pakt – przypomnijmy – podpisany przez 25 z 27 państw członkowskich UE (wyłamały się Wielka Brytania i Czechy) 2 marca br. ustanawia limit deficytu budżetów narodowych na poziomie 0,5 PKB i przewiduje automatyczne sankcje za jego przekroczenie. Pakt dotyczy obowiązkowo państw-członków strefy euro. Jego akceptacja przez pozostałe państwa (np.Polskę) oznacza ich zamiar przyczynienia się do uporządkowania gospodarki strefy euro w perspektywie przystąpienia tych krajów do strefy. Największe kontrowersje pakt wywołał w czasie kampanii prezydenckiej we Francji, a rzutowały one na debatę wokół niego w całej Unii. I poniekąd rzutują do dzisiaj, kiedy zmieniła się większość rządząca we Francji. Problem polega na tym, że François Hollande jako pretendent do Pałacu Elizejskiego uczynił z paktu – gwałtownie go krytykując - bat na swojego przeciwnika, Nicolasa Sarkozy’ego, dziś natomiast jako prezydent nawołuje do jego ratyfikacji. W kampanii Hollande zwalczał pakt powiadając, że narzuca on Francji, i Unii w ogóle, drastyczne oszczędności, które zduszą wzrost gospodarczy i będą rujnujące dla obywateli. Dlatego Hollande zapowiadał, że w przypadku zwycięstwa w wyborach doprowadzi do renegocjowania paktu tak, iżby był ona także narzędziem nakręcania koniunktury. Ale po zwycięstwie Hollande uzyskał w Brukseli zaledwie wspólną deklarację szefów państw i rządów, o przeznaczeniu kwoty 130 mld euro na prorozwojowe inwestycje, sam pakt pozostał – oczywiście – niezmieniony, bo też na tym etapie (szereg państw dokonało już wtedy jego ratyfikacji) jego renegocjowanie nie było możliwe. Teraz Hollande usilnie zabiega o ratyfikowanie paktu przez Zgromadzenie Narodowe, gdzie większość ma lewica, która wyniosła go do władzy. A zatem cała trudność dla nowego prezydenta polega teraz na tym, żeby przedstawić ten sam pakt budżetowy jako zupełnie inny traktat niż ten podpisany przez Sarkozy’ego. Zaś w obliczu niechętnej paktowi postawy części większości parlamentarnej (przede wszystkim Zielonych), trzeba się będzie odwołać do głosów prawicy. A to jest kłopot i prestiżowy, i polityczny. „Les Echos” zwracają uwagę, że ogromna większość prawicy parlamentarnej poprze pakt i cytuje byłego premiera Francois Fillona, który zapowiedział, że podpisze traktat „obydwoma rękami, ponieważ jest on niezbędny dla ratowania euro. Jest to słowo w słowo ten traktat, który wynegocjowaliśmy razem z Nicolasem Sarkozym”( http://www.lesechos.fr/economie-politique/politique/actu/0202299202384-traite-budgetaire-l-ump-pointe-les-renoncements-de-hollande-367907.php). W tej sytuacji socjalistyczna większość dokonuje parlamentarnej ekwilibrystyki. W toku debaty premier Jean-Marc Ayrault przekonywał – wbrew oczywistości – że pakt nie ogranicza swobody Francji w decydowaniu o swoim budżecie. Tę ekwilibrystykę zauważa „Le Nouvel Observateur”, skądinąd pismo bliskie Partii Socjalistycznej: „Pakt budżetowy będzie przyjęty także głosami prawicy? No i co z tego? Nie szkodzi, to żaden dramat! W obecnym położeniu rząd ma wszystko do wygrania, jeśli weźmie odpowiedzialność za to przekroczenie linii podziałów politycznych w imię nadrzędnego, ponadpartyjnego interesu narodowego (...). To najbardziej klarowny sygnał, jaki może wysłać swojej krnąbrnej większości.” (http://leplus.nouvelobs.com/contribution/639204-traite-budgetaire-europeen-l-insupportable-majorite-decomplexee-face-a-ayrault.html).

Blog Bogusława Sonika, 9. października 2012

Na kryzys Europy - więcej Europy

Współprzewodniczący frakcji zielonych w Parlamencie Europejskim, Daniel Cohn-Bendid, oraz przewodniczący frakcji liberałów, Guy Verhofstadt wydali właśnie książkę-manifest federalistyczny zatytułowaną „Debout l’Europe!”, co można przetłumaczyć jako „Powstań Europo!”. Cohn-Bendid i Verhofstadt powiadają: dotychczasowe metody reform instytucjonalnych mające na celu wprowadzić do Unii metodę wspólnotową, kosztem metody międzyrządowej, nie sprawdziły się, ponieważ koniec końców zawsze inicjatywę przejmowały państwa. Teraz trzeba trzymać się ściśle ścieżki demokratycznej i parlamentarnej, oprzeć się na federalistycznym nurcie w europejskiej opinii publicznej, stworzyć UE jako federację i wreszcie mając z głowy debatę o instytucjach, zająć się tworzeniem wspólnej europejskiej polityki. Bo w ostatecznym rachunku chodzi o to – mówi Cohn-Bendid w rozmowie z radiem „France Inter” – żeby Europa odzyskała znaczący głos w świecie (globalizacja, rynki wschodzące), w którym jej znaczenie systematycznie zanika. A jeśli Europa ma mieć znaczący głos, to musi mieć wspólną politykę, to zaś wymaga wspólnych instytucji. W wywiadzie dla „Lepoint.fr” tłumaczy mechanikę procesu federalizacji, jak ją sobie wyobraża: „Proponujemy, żeby w czasie najbliższych wyborów [w 2014 r.] do Parlamentu Europejskiego [zarazem] wybrać przewodniczącego Komisji, podczas gdy do tej pory jest on wybierany przez szefów państw i rządów. Po tych wyborach stworzona zostanie konstytuanta, która opracuje europejską konstytucję, a następnie odbędzie się europejskie referendum. Rezultatem będzie zbudowanie federalnej Unii” (http://www.lepoint.fr/politique/daniel-cohn-bendit-debout-l-europe-02-10-2012-1512338_20.php). Kierunek myślenia Cohn-Bendida i Verhofstadta podtrzymuje „Mediapart.fr”, w którym czytamy: „Pokazują oni [autorzy „Debout l’Europe!”] do jakiego stopnia jest szaleństwem wierzyć, że Europa może być sumą państw narodowych w świecie zglobalizowanym. (...) W rzeczy samej autorzy wyjaśniają nam, że świat się zmienił, że musimy wspólnie posuwać się do przodu, jeśli chcemy kontynuować postęp. Ekologiczny deputowany przypomina, że >>państwo narodowe było postępem wobec feudalizmu, konstrukcja ponad-narodowa jest postępem wobec państwa narodowego. Teraz chodzi o stworzenie subkontynentalnej konstrukcji politycznej<< (http://www.lepoint.fr/politique/daniel-cohn-bendit-debout-l-europe-02-10-2012-1512338_20.php). „La Tribune” zauważa, że książka-manifest dwóch popularnych eurodeputowanych ma szansę być poważnym punktem odniesienia w debacie, bo ukazuje się w szczególnym momencie: tuż przed szczytem UE poświęconym kwestiom instytucjonalnym (http://www.latribune.fr/actualites/economie/union-europeenne/20121002trib000722479/la-croisade-federaliste-d-un-liberal-belge-et-d-un-ecologiste-franco-allemand.html).

Blog Bogusława Sonika, 9. października 2012

Grecja - czy da się załatać worek bez dna?

Już przed ubiegłotygodniowymi demonstracjami w Atenach w prasie pojawiły się informacje, że plan pomocowy dla Grecji znowu nie działa tak, jak planowano i że – jedno z dwojga – trzeba będzie albo kolejny raz dosypać pieniędzy do greckiego, najwyraźniej dziurawego worka, albo pogodzić się z konsekwencjami niewypłacalności Grecji. „Jest coraz mniej prawdopodobne, że Grecja będzie mogła poradzić sobie bez nowej restrukturyzacji długu w stosunku do EBC” – zaczynają swój artykuł „Les Echos”. Następnie dziennik wylicza kolejne sygnały, które padły w ostatnich dniach ze strony greckich oficjeli: minister finansów Christos Staikouras powiedział, że trzeba przeanalizować możliwość przesunięcia wykupu 28 miliardów euro w greckich obligacjach posiadanych przez banki centralne strefy euro; tenże sam minister zasugerował, że w latach 2015 i 2016 Grecja będzie musiała pożyczyć więcej niż 10,6 mld euro, ile przewiduje obecny plan pomocowy; w końcu inny minister, Yannis Stournaras, powiedział, że Grecja będzie potrzebować dodatkowych 13-15 mld euro w celu sfinansowania wydłużenia o dwa lata reform strukturalnych. Konkluzja „Les Echos”: „Wszystkie te wypowiedzi podcinają oficjalne stanowisko rządu greckiego, wedle którego Grecja prosi swoich wierzycieli o dodatkowe dwa lata na uporządkowanie finansów publicznych, ale nie o dodatkowe pieniądze. To wypowiedzi, które potwierdzają obawy wyrażone w poniedziałek [24 września] przez Christine Lagarde [sekretarz generalną MFW]. >>Biorąc pod uwagę ogromne opóźnienie w procesie prywatyzacji oraz ograniczone wpływy podatkowe, powstaje problem finansowania [Grecji]<< - powiedziała ona w czasie konferencji w Waszyngtonie” (La Grèce évoque la restructurations des titres de sa dette détenus par la BCE, 26.09.2012). W podobnym duchu pisze „Le Figaro”. Wspominając berlińskie spotkanie pani kanclerz Merkel z Christine Lagadre w ubiegłym tygodniu, dziennik wskazuje, że dwaj najwięksi wierzyciele Grecji mają poważny problem z kolejnym sięgnięciem do kieszeni. „Ze strony niemieckiej w ogóle to niechęć do dosypywania pieniędzy do wiadra bez dna, a dla Angeli Merkel w szczególności to groźba rozłamów w jej koalicji przy okazji kolejnego głosowania w Bundestagu jako przygrywka przed kampanią wyborczą w przyszłym roku. Ze strony MFW to statutowa niemożność pożyczania państwu, który nie dotrzymuje zobowiązań. A w dodatku daje się odczuć zniecierpliwienie USA i rynków wschodzących z powodu połykania przez Euroland największej części środków pomocowych, na które składa się 188 państw członkowskich”. Ostatecznie jednak problem jest większy niż tylko finanse: „Wobec gwałtownego zwiększenia się kosztów [ratowania Grecji], hasła których trzymała się od lata pani kanclerz i jej partnerzy – wspólna moneta jest niepodzielna, Grecja pozostanie w strefie euro – mogą znowu zostać postawione pod znakiem zapytania” (La Grèce fait de nouveau déchanter l’Europe, 26.09.2012).

Blog Bogusława Sonika, 8. października 2012

Niemcy: zdrowy człowiek Europy

Nie ulega wątpliwości, że Niemcy są liderem Unii. Nie tylko ze względu na potencjał, ale też ze względu na realną siłę swojej gospodarki, która pozostaje ciągle w relatywnie dobrej kondycji. Niemcy są jednym z – zaledwie – trzech państw unijnych (Niemcy, Holandia, Finlandia), którym udało się zachować ocenę AAA agencji ratingowych. Ministrowie finansów tych trzech krajów spotkali się niedawno, by dyskutować o zasadach, jakie ich zdaniem powinny obowiązywać w bezpośredniej pomocy finansowej dla banków, która ma być udzielana w ramach mechanizmu ratunkowego (MES). Pisze o tym „Agence Europe”: „Wymienione we wspólnej deklaracji te zasady są następujące: 1) musi zostać ustanowiony skuteczny jednolity mechanizm nadzoru bankowego pod egidą Europejskiego Banku Centralnego; 2) dla uruchomienia pomocy dla konkretnego państwa konieczna jest [formalna] decyzja MES, podobnie jak opracowanie planu reform gospodarczych dla tego państwa; 3) MES będzie odpowiedzialny za trudności, które wystąpią w ramach nowego jednolitego nadzoru bankowego, ale za te odziedziczone po starym systemie odpowiedzialność będą ponosić władze narodowe; 4) dokapitalizowanie powinno się dokonywać na podstawie realnej wartości istniejących aktywów; 5) banki [podlegające dokapitalizowaniu] powinny najpierw same znajdować nowy kapitał na rynku, następnie powinny być wykorzystane narodowe mechanizmy ratunkowe, a dopiero na ostatnim miejscu mechanizm MES” (MES, 3 pays AAA précisent les principes de la recapitalisation bancaire,26.09.2012). Jak z tego widać, są to warunki stawiane przez bogatych. Bogaci godzą się pomóc biednym, ale w taki sposób, żeby ożywić mechanizmy samo-naprawcze w tych podupadłych gospodarkach oraz żeby samemu nie zapłacić zbyt wiele. Ten problem szczególnie widoczny jest w Niemczech wobec perspektywy przyszłorocznych wyborów do Bundestagu. W tym kontekście tym bardziej staje się zrozumiała pewna powściągliwość pani kanclerz w wydawaniu pieniędzy niemieckiego podatnika na ratowanie strefy euro. Europejscy partnerzy Niemiec przynaglają je do decyzji, szczególnie w sprawie Grecji, gdzie sytuacja znowu stała się zapalna. Ale Niemcy radzą, aby z decyzjami zaczekać do raportu „trojki” (MFW, EBC, Komisja Europejska), który pierwotnie miał się ukazać w październiku, ale teraz jest zapowiadany na czas po wyborach amerykańskich na początku listopada. „Les Echos” piszą, jaka w tej sprawie jest generalna strategia Niemiec: „Pierwsza gospodarka strefy euro jest przekonana, że reformy strukturalne są najlepszą drogą wychodzenia z kryzysu. Niemcy widzą tego przykład w ich własnej niedawnej historii. >>Przed dziesięciu laty sami byliśmy chorym człowiekiem Europy, a staliśmy się jej stabilizującą kotwicą i lokomotywą jej wzrostu gospodarczego<<, przypomniała pani kanclerz (...) wobec przychylnego jej audytorium przedsiębiorców [chodzi o doroczny kongres Niemieckiej Federacji Przemysłowej (BDI), który odbył się 25 września w Berlinie]. Faktycznie przed reformami swojego poprzednika, Gerharda Schroedera, Niemcy były postrzegane jako europejska czerwona latarnia. Według Niemców byłoby nie tylko niesprawiedliwie, ale i nielogiczne, żeby inne kraje uniknęły tego wysiłku” (http://www.lesechos.fr/entreprises-secteurs/finance-marches/actu/0202288754848-appelee-a-agir-vite-l-allemagne-refuse-de-tomber-dans-la-precipitation-365701.php, 26.09.2012).

Blog Bogusława Sonika, 5. października 2012

Schengen: Bułgaria raczej tak, Rumunia ciągle nie

Od momentu przystąpienia Bułgarii i Rumunii do UE, czyli od 2007 roku, sprawa ich dopuszczenia do strefy Schengen była zawsze rozpatrywana łącznie. Działo się tak dlatego, że postępy obu krajów w spełnianiu kryteriów akcesji były podobne – znaczy mierne. Sytuacja zmieniła się, odkąd wiosną tego roku Rumunia weszła w konflikt z Komisją Europejską. Próba destytucji przez centro-lewicową koalicję urzędującego prezydenta Basescu wywołała ostrą reakcję Brukseli, wymuszającą respektowanie demokratycznych procedur. Prezydent Basescu pozostał na stanowisku, ale Komisja jak gdyby straciła serce dla tego kandydata do Shengen. W efekcie doszło do – jak pisze „Courrier International” - rozdzielenia „przypadku Bułgaria” od „przypadku Rumunia”. „Bułgaria wejdzie sama do strefy Schengen, bez Rumunii, podczas gdy wnioski obu państw w tej sprawie były zawsze od 2007 r. rozpatrywane łącznie? (...) >>Jesteście gotowi do Schengen<< podsumowuje popularny dziennik bułgarski >>Standard<<, po wizycie w Sofii przewodniczącego Komisji Europejskiej 31 sierpnia. José Manuel Barroso stwierdził, że >>problem przyjęcia Bułgarii do przestrzeni Schengen powinien zostać rozstrzygnięty na korzyść południowego sąsiada Rumunii, ponieważ to on wypełnia kryteria<<” (http://www.courrierinternational.com/chronique/2012/09/03/la-bulgarie-pourrait-griller-la-politesse-a-la-roumanie). Innymi słowy Barroso powiedział: Bułgaria - tak, Rumunia – nie. Do sprawy nawiązuje „Agence Europe” pisząc o raporcie Komisji Europejskiej na temat sytuacji w Bułgarii i w Rumunii. „Co się tyczy Rumunii, Komisja wskazała (...), że państwo to ciągle nie potrafi w całości przyswoić sobie zasad funkcjonowania demokracji, a nawet ich zrozumieć. Jeśli chodzi o Bułgarię, Komisja wskazała palcem na poważny problem zorganizowanej przestępczości”. Jakkolwiek problem zorganizowanej przestępczości nie jest błahy, waga zarzutu skierowanego do Rumunii jest, w oczywisty sposób, większa. Stąd nie dziwią dalsze wnioski Komisji. Po wyliczeniu konkretnych uchybień w dziedzinie przestrzegania prawa w obu krajach, Komisja na koniec wraca do imponderabiliów: „W kwestii rumuńskiej Komisja przypomina >>w świetle niedawnych wydarzeń<< [aluzja do próby destytucji prezydenta Basescu] fundamentalne wartości, na których opiera się Unia. (...) Państwa członkowskie oczekują >>z zainteresowaniem na konkretne decyzje [rządu rumuńskiego], które zostaną powzięte<< przed przyszłym raportem Komisji spodziewanym jesienią. (...) Jeśli chodzi o wysiłki Bułgarii [dla poprawienia stanu praworządności], to będą one analizowane dopiero w 2013 roku” (Le Conseil valide les rapports CVM pour la Roumanie et la Bulgarie, 25.09.2012). Wniosek: Bułgaria będzie musiała jeszcze trochę poczekać, a Rumunia będzie musiała poczekać odpowiednio dłużej.

Blog Bogusława Sonika, 1. października 2012

Francja-Niemcy: pakt budżetowy i przywództwo Unii

Na początku października francuskie Zgromadzenie Narodowe, a po nim Senat, będą głosować nad ratyfikacją paktu budżetowego. „La Tribune” sprzed kilku dni pisze, że ambicją rządu francuskiego jest, ażeby za paktem głosowała cała lewica. Dziś już wiemy, że tak nie będzie – do czego jeszcze wrócimy – ale warto przytoczyć wywód dziennika w tej kwestii, bo pokazuje on cele i strategię europejską francuskich socjalistów. „La Tribune” zauważa, że o ile taktyka europejska pani Merkel polega na ciągłym przypominaniu, że jej pro-europejskie nastawienie ma w Niemczech wielu wrogów, nie tylko wśród opozycyjnych socjaldemokratów, ale i wśród sojuszników z FDP, a nawet w szeregach jej własnej partii, o tyle taktyka francuskiego premiera jest odwrotna. „Teoretycznie Jean-Marc Ayrault (...) mógłby, oczywiście, posłużyć się Zielonymi, którzy odrzucają głosowanie za paktem, tak, żeby odegrali rolę podobną do tej, jaką odgrywają w Niemczech liberałowie, tzn. krnąbrnego koalicjanta, który uniemożliwia zbyt duże ustępstwa [na rzecz Unii]. Mógłby z nich uczynić alibi dla swojej nieustępliwości [w stosunku do Niemiec]. Musi jednak realistycznie wyjść z konstatacji, że pozycja Paryża w europejskim układzie sił nie pozwala mu na razie na stawianie warunków co do kształtu mechanizmu wynegocjowanego przed dojściem socjalistów do władzy. Aby odzyskać właściwą pozycję w stosunku do Niemiec oraz do innych państw, które nie podzielają jego poglądów ekonomicznych, rząd Ayrault nie ma w rzeczywistości innego wyboru jak tylko uzyskanie od francuskiego parlamentu masowego poparcia dla Prezydenta Republiki [który nawołuje do ratyfikacji] (...). Przyjmując taką taktykę szef rządu pokazuje się nie tylko jako mniej cyniczny niż jego niemiecka partnerka, ale także zastawiania na przeciwników traktatu pułapkę. Głosowanie na >>nie<<, mówi im, to osłabianie Hollande’a, a zatem wzmacnianie Merkel, a to oznacza zmniejszanie szans na wpływ [Francji] na strategię wychodzenia z kryzysu dyktowaną przez Niemcy” (http://www.latribune.fr/actualites/economie/union-europeenne/20120920trib000720422/pourquoi-il-est-important-pour-hollande-que-les-deputes-de-gauche-votent-tous-le-traite.html). W dalszym planie strategia francuskiego premiera byłaby przygrywką do planów przejęcia rządów w Unii, po wyborach 2014 roku, przez socjaldemokratów – konkluduje dziennik. Tymczasem ta strategia sypie się. Jak pisze „L’Express”, nie tylko partia Europe-Ecologie-Les Verts, czyli francuscy Zieloni, już ogłosiła, że jej deputowani zagłosują przeciw, ale nawet część polityków Partii Socjalistycznej zgłasza obiekcje i zapowiada, że nie poprze w tej sprawie rządu. Tym bardziej rząd nie może tu liczyć na Front Lewicy i na komunistów. Pozostaje mu skorzystać z poparcia opozycyjnych UMP i UDI, co jest wyjściem politycznie mało komfortowym. Opozycja bowiem chętnie przypomni, że pakt jest dziełem Nicolasa Sarkozy’ego, a François Hollande wbrew zapowiedziom w kampanii wyborczej nie doprowadził do jego renegocjowania, co miało być dla socjalistów warunkiem sine qua non, a - jak widać - nie jest (http://www.lexpress.fr/actualite/politique/traite-europeen-qui-est-pour-qui-est-contre_1148356.html).

Blog Bogusława Sonika, 27. września 2012

Trybunał w Karlsruhe i przyszłość Unii

Orzeczenie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego było w Unii oczekiwane z niezwykłym zainteresowaniem. Stąd i liczne komentarze po wyroku przychylnym dla uczestnictwa Niemiec w pakcie budżetowym i w Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym. „Europolitique” objaśnia sens orzeczenia trybunału w Karlsruhe. Kwalifikuje ono ustawy ratyfikujące pakt budżetowy o EMS jako zgodnie z niemiecką konstytucją. „EMS, który w przyszłości ma zastąpić istniejący od dwóch lat Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej, jest wyposażony w 500 mld euro kapitału pożyczkowego, z czego największa część pochodzi od Niemiec, jako największej gospodarki w strefie euro. EMS miał wejść w życie na początku lipca, ale nie mógł ruszyć przed ostatecznym zaakceptowaniem przez [wszystkie] państwa członkowskie (państwa mają 90-procentiwy udział w jego kapitale), stąd niemożliwość obejścia Niemiec [które go ratyfikowały w czerwcu, ale potem wpłynęła skarga do Trybunału Konstytucyjnego]. Jeśli zaś chodzi o pakt budżetowy, który obowiązuje 25 z 27 państw członkowskich UE do większej dyscypliny budżetowej [0,5 proc. PKB od 2018 roku] i przewiduje sankcje za złamanie tych zobowiązań, ma on wejść w życie 1 stycznia 2013, o ile tylko zaaprobuje go co najmniej 12 z 17 państw-członków strefy euro”. Ogólna ocena decyzji z Karlsruhe przez „Europolitique” jest następująca: „To dla strefy euro jak wyjęcie potężnego kolca ze stopy” (http://www.europolitique.info/economie-monnaie/la-justice-allemande-valide-le-sauvetage-de-l-euro-art342789-26.html). „La Tribune” pisze, że warunki, pod jakimi niemiecki sąd konstytucyjny uznał ustawy ratyfikujące EMS, stanowią rodzaj prawa veta dla Niemiec. Rzecz polega na tym, że sędziowie nakazali, aby każdorazowe podwyższenie kapitału EMS uzyskało zgodę przedstawiciela Niemiec, ta zaś jest możliwa tylko w przypadku wcześniejszej zgody Bundestagu. Dziennik konkluduje: „To ulga dla ogółu przywódców europejskich, ponieważ brak zgody Trybunału dla udziału Niemiec w EMS zablokowałby całą europejską antykryzysową strategię” (http://www.latribune.fr/actualites/economie/union-europeenne/20120912trib000719077/la-cour-de-karlsruhe-valide-le-mes-et-le-pacte-budgetaire.html). Poczucie ulgi jest dominujące. Jean-Claude Juncker, szef Eurogrupy juz zapowiedział zwołanie na 8 października Rady Dyrektorów EMS.

Blog Bogusława Sonika, 26. września 2012

Kryzys i federalizm

W dniu, w którym niemiecki Trybunał Konstytucyjny zgodził się na udział Niemiec w pakcie budżetowym i w Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym, przewodniczący Komisji Europejskiej wygłaszał doroczne orędzie o stanie Unii. Zbieżność, nie wiadomo, czy przypadkowa, ale na pewno symboliczna. José Manuel Barroso zaapelował w swym przemówieniu o reformy instytucjonalne, które miałyby prowadzić w perspektywie do stworzenia federacji państw narodowych, co implikowałoby konieczność wypracowania i zatwierdzenia nowego traktatu. W innych warunkach tego rodzaju wizja europejskiego przyspieszenia byłaby, być może, podchwycona z entuzjazmem – przynajmniej przez większościowe partie w PE. Teraz, w warunkach kryzysu, jest inaczej. Piszą o tym „Les Echos”: „To ambitne przemówienie zostało przyjęte z rezerwą w wielkiej, futurystycznej, sali Parlamentu w Strasburgu. Rozgorączkowane przez trzy lata kryzysu obie główne formacje oczekują >>najpierw znalezienia rozwiązań dla dzisiejszych problemów<<, jak to powiedział Hannes Swoboda, lider socjalistów. >>Jestem za zmianą traktatu na średnią i na długą metę, ale teraz trzeba przede wszystkim konkretnych działań<<, podkreślił Joseph Daul, szef konserwatywnej EPL. >>Jestem zakłopotany i uważam, że to jest mowa niemiecko-niemiecka, którą José Manuel Barroso podtrzymał, aby przejąć inicjatywę<<, uważa Alain Lamassoure z EPL. Rzeczywiście Angela Merkel nie tak dawno wyłożyła ideę nowego traktatu. W Paryżu nie ma jednak podobnego apetytu na coś, co się tu nazywa >>ucieczką do przodu<<. >>Reformy instytucjonalne nie są priorytetem. W pewnym momencie będą przydatne, ale trzeba je dobrze przygotować i zadbać o to, aby opinia publiczna odnalazła jakieś minimum zaufania dla projektu europejskiego<<, mówi się w otoczeniu Pałacu Elizejskiego” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202263861934-barroso-propose-un-nouveau-traite-europeen-361603.php). Nietrudno dostrzec w tej ostatniej opinii echo europejskich perturbacji z traktatami w ostatnich latach. Także na portalu „Europolitique” czytamy, że propozycja Barroso nie zachwyciła: „Federacja państw narodowych, nie, nie, to znowu to samo [co mamy], to Rada Europejska [czyli obecny ustrój UE]<<, oświadczył Guy Verhofstadt [szef liberałów w PE], podkreślając, że przywódcy europejscy nie potrafili jak dotąd znaleźć odpowiedzi na kryzys. >>Nie potrzebujemy dla Europy przyszłości nacjonalistycznej, ani narodowej<<. Potrzebujemy >>dla Europy przyszłości post-narodowej, federalnej Unii europejskich obywateli<<, powiedział Verhofstadt z naciskiem” (http://www.europolitique.info/institutions/une-f-d-ration-d-tats-nations-barroso-peine-convaincre-art342820-32.html). Jak więc widać, o ile dla chadeków i socjalistów wizja Barroso jest zbyt ambitna, dla liberałów jest zbyt zachowawcza.

Blog Bogusława Sonika, 24. września 2012

Euro nad przepaścią

Tym razem to już chyba serio. Jacques Sapir, ekonomista o uznanej renomie (prawda, że politycznie związany ze skrajną lewicą) publikuje na łamach „Le Monde” tekst nie pozostawiający wspólnej walucie europejskiej złudzeń. W sytuacji, w jakiej znalazła się dziś strefa euro, jedynym racjonalnym rozwiązaniem jest powrót jej członków do walut narodowych – taka jest główna myśl tego artykułu. „Przywódcy europejscy nabrali przekonania, że ten kryzys jest związany z zadłużeniem, co powoduje problemy (one są faktem) z płynnością finansową. Stąd proponowane rozwiązanie: oddłużenie przez ostrą kurację oszczędnościową. Ale polityka oszczędnościowa powoduje załamanie się wpływów podatkowych, co widoczne jest w przypadku Grecji, Hiszpanii i Włoch, a to z kolei pogłębia deficyt budżetowy i dług publiczny. Kryzys zadłużenia jest tylko bezpośrednią konsekwencją kryzysu konkurencyjności wewnętrznej i zewnętrznej, wynikającej z istnienia wspólnej waluty euro. Różnice w konkurencyjności nie przestają pogłębiać się w ostatnich latach. Dzisiaj prowadziłyby one [gdyby chcieć wyrównać bilanse handlowe pomiędzy Niemcami a ich partnerami] do natychmiastowych cięć płac rzędu 20 proc. we Francji, znacznie większych w Hiszpanii i we Włoszech, już nie mówiąc o Grecji i Portugalii. Z braku takich cięć kraje, których dotyczy ten problem, są skazane na powiększanie się ich deficytu handlowego i na zamykanie całych gałęzi przemysłu” (http://www.lemonde.fr/idees/article/2012/09/03/il-est-urgent-de-dissoudre-la-zone-euro_1754265_3232.html). Możliwe są – pisze dalej Sapir – trzy rozwiązania. Pierwsze to znaczne podwyższenie płac w Niemczech, co jest nierealne. Drugie to obniżenie płac w krajach zadłużonych – co się stopniowo dzieje, ale towarzyszą temu protesty społeczne. Trzecie rozwiązanie jest najmniej kosztowne i najskuteczniejsze: dewaluacja waluty w krajach zadłużonych. Teraz nie da się tego zrobić z powodu istnienia wspólnej waluty dla niekonkurencyjnej Grecji i dla nad-konkurencyjnych Niemiec. Trzeba więc porzucić euro. Tymczasem inna trudność dla strefy euro może powstać w przyszłą środę (12 września), kiedy to niemiecki Trybunał Konstytucyjny ma rozstrzygnąć o zgodności z konstytucją paktu budżetowego i Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. Jeśli decyzja trybunału z Karlsruhe byłaby negatywna, byłby to cios dla operacji ratowania euro. Pisze o tym „Le Parisien”: „Od dwóch lat niemiecki sąd konstytucyjny, dbający o zagwarantowanie praw parlamentu niemieckiego w dziedzinie polityki europejskiej, wypowiadał się już kilkakrotnie w kwestii pomocy gospodarczej w ramach UE, systematycznie nakazując włączenie do tego procesu niemieckich deputowanych” (http://www.leparisien.fr/flash-actualite-economie/la-zone-euro-attend-avec-inquietude-une-decision-de-la-justice-allemande-03-09-2012-2148403.php).

Blog Bogusława Sonika, 7. września 2012

Rumunia: zagrożona demokracja?

Próba odsunięcia przed upływem kadencji prezydenta jest w państwie demokratycznym czymś wyjątkowym i raczej niezbyt szczęśliwym rozwiązaniem ustrojowym. Taka próba nastąpiła właśnie w Rumunii i nie powiodła się. Usunięty od władzy przed miesiącem przez większość parlamentarną prezydent Traian Basescu obronił się w referendum. Wcześniej rządowi nie powiodła się próba zmiany konstytucji - zmiany która pozwoliłaby odwołać głowę państwa przy frekwencji mniejszej niż 50 proc. Nie udało się to dzięki skutecznym naciskom Unii Europejskiej. Premier, Victor Ponta, musiał tłumaczyć się ze swoich zamierzeń przed Komisja Europejską, a z części z nich zrezygnować. Ten przykład pokazuje, że sytuacja w Rumunii jest pod lupą Unii. I tłumaczy zainteresowanie Brukseli, a także stolic europejskich tą sytuacją. Kolejne etapy przesilenia politycznego w Rumunii w ostatnich miesiącach przypomina „Le Monde”. Włącznie z ostatnim akordem: tylko 46 proc. uprawnionych do głosowania wzięło udział w niedzielnym referendum, więc mimo, że miażdżąca większość spośród nich opowiedziała się za destytucją prezydenta, ten zostanie przywrócony na urząd. Wszelako to nie kończy problemu. Jak pisze „Le Monde”, nie należy się spodziewać nagłego przypływu kultury politycznej w obu wrogich obozach politycznych, a zatem trudności są jeszcze przed nami. W konkluzji czytamy: „Wobec powiększających się obaw co do zdolności Rumunii do pełnego przyjęcia europejskich wartości i kryteriów, Bruksela i państwa członkowskie muszą koniecznie wzmóc presję na Rumunię, jak to miało miejsce w przypadku Węgier, ażeby przywołać jej klasę polityczną do porządku” (L’UE et le casse-tête de la politique roumaine, 31.07.2012). Mocno powiedziane. Wydaje się, że bliższa prawdy o Rumuni i Węgrzech (a w domyśle o byłej Europie Środkowej, od niedawna w Unii, nie dojrzałej jeszcze do demokracji) jest debata we „France24”. Jej uczestnicy, nie potępiając przecież Komisji za ostrzeżenia skierowane pod adresem Budapesztu i Bukaresztu, starają się rozróżniać pomiędzy słowami a czynami; podkreślają znaczenie komunistycznej przeszłości (np. zwracają uwagę, że Victor Ponta, nazywany na Zachodzie politykiem socjalistycznym, jest w istocie spadkobiercą partii komunistycznej) i zwracają uwagę na rolę kultury politycznej i społeczeństwa obywatelskiego dla funkcjonowania mechanizmów demokratycznych. Wato obejrzeć: http://www.france24.com/fr/20120731-debat-roumanie-traian-basescu-hongrie-viktor-orban-union-europeenne-partie1. Ciekawą analizę sytuacji w Rumunii daje „Le Figaro”. Zachowując krytyczny dystans do obu stron konfliktu dziennik, mimo to, konkluduje: „Jego [prezydenta Basescu] silna osobowość nie powinna jednak przesłaniać prawdziwej stawki tego kryzysu: podważenia oligarchicznego systemu odziedziczonego po czasach transformacji ustrojowej, to znaczy systemu kontroli instytucji i aparatu państwa przez nową klasę przedsiębiorców, którzy wzbogacili się w niejasnych okolicznościach w momencie przejścia do gospodarki rynkowej. I trzeba przyznać, że mimo zachęt ze strony Brukseli, walka z korupcją na wielką skalę pozostawała bez efektów aż do czasu objęcia władzy przez Basescu” (http://www.lefigaro.fr/international/2012/07/29/01003-20120729ARTFIG00221-les-roumains-ont-decide-du-sort-de-leur-president.php).

Blog Bogusława Sonika, 9 sierpnia 2012

Unia: kryzys i instytucje

W miarę jak nie widać wyjścia z kryzysu euro, pojawia się coraz więcej pomysłów na reformy instytucjonalne w Unii, a w każdym razie w strefie euro. Wspólnym mianownikiem tych pomysłów jest przekonanie, że błąd konstrukcyjny unii walutowej i monetarnej polegał na tym, że wprowadzając wspólną walutę, nie wprowadzono zarazem co najmniej harmonizacji polityk gospodarczych, a najlepiej po prostu unii politycznej. Zarazem wszyscy się zgadzają, że koniecznym warunkiem unii politycznej jest istnienie, jeśli nie narodu europejskiego, to co najmniej silnej europejskiej tożsamości wszystkich uczestników UE – który to warunek w oczywisty sposób spełniony nie jest. W „Les Echos” znajdujemy streszczenie niedawnego dokumentu 17 renomowanych europejskich ekonomistów, którzy formułują swoją diagnozę obecnego kryzysu i swoje propozycje jego zażegnania. Wśród autorów tego dokumentu figurują m. in.: Erik Berglof, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (BERD), Paul de Grauwe, profesor w London School of Economics i Jean-Paul Fitoussi, profesor w paryskim Instytucie Studiów Politycznych. Autorzy tego dokumentu proponują między innymi: unię bankową i wspólny nadzór bankowy; reformę systemu finansowego, „aby lepiej służyć interesom realnej gospodarki”; kontrolę budżetów narodowych, co przewiduje pakt budżetowy, ale zarazem opowiadają się za pewnym uelastycznieniem mechanizmu przewidzianego w pakcie. „Państwa, które przechodzą silną recesję, powinny mieć możliwość skorzystania ze stymulacji budżetowej większej niż przewiduje pakt”. W końcu autorzy opowiadają się za tym, żeby EBC mógł pożyczać bezpośrednio państwom oraz żeby państwa, które łamią reguły paktu były z niego wykluczane (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202187507916-crise-de-l-euro-les-solutions-preconisees-par-17-economistes-europeens-346937.php). W tym kontekście interesujący jest artykuł w „La Tribune”, pióra Davida Benamou, przewodniczącego Axiom Alternative Investments. Autor wychodzi od podstawowej konstatacji, że kryzys euro wynika z niedokończonej konstrukcji traktatu w Maastricht, a zatem, że nie wystarczą techniczne sposoby ratowania euro, lecz potrzebne są także zasadnicze decyzje polityczne. Kluczowy fragment tekstu brzmi tak: „Wspólna waluta była ostatecznym celem traktatu z Maastricht. Trzeba podobnego symbolu i punktu docelowego dla tej nowej fazy budowania Unii. Z tego punktu widzenia jednym z symboli zakończenia budowy Europy federalnej może być stworzenie instytucji Skarbu europejskiego, wyposażonego w prawo emitowania wspólnego europejskiego długu; byłby to symbol solidarności finansowej, a zatem symbol Europy politycznej. To jest rezultat, którego można oczekiwać po konwergencji budżetowej i fiskalnej. Inne elementy mogą być dodane [do tej wizji] (...), ale to przede wszystkim w długoterminowy projekt polityczny leczący obecne problemy UE powinny się wpisywać projekty techniczne, a nie odwrotnie” (http://www.latribune.fr/opinions/tribunes/20120629trib000706429/crise-de-la-zone-euro-quand-l-histoire-se-repete.html).

Blog Bogusława Sonika, 7 sierpnia 2012

Kryzys euro: ile jeszcze zostało czasu?

Niemcy nie chcą dłużej płacić rachunków za ratowanie Grecji – pisze „Le Monde”, przytaczając wyniki niedawnych sondaży niemieckiej opinii publicznej. Oto 51 proc Niemców uważa, że ich gospodarka rozwijała by się lepiej, gdyby opierała się na marce niemieckiej, a nie na euro. Z kolei 71 proc. opowiada się za wyjściem Grecji ze strefy euro, jeśli ten kraj nie będzie dotrzymywał zobowiązań oszczędnościowych. Co więcej, wyrazy zniecierpliwienia słychać coraz częściej z ust niemieckich polityków i to nie tylko, jak dotąd, tych z koalicyjnych partii FDP i CSU, ale i z partii pani kanclerz, CDU. Oto Michael Fusch, wice-przewodniczący frakcji parlamentarnej CDU, mówi na łamach „Welt am Sonntag”: „Jeśli Ateny nie dotrzymają zobowiązań, to dosyć tego! Nie można już dawać Grecji dodatkowego czasu, ani dodatkowych pieniędzy” (Le sauvetage interminable de la Grèce met la patience de l’Allemagne à rude épreuve, 31.07.2012). Nawet niemiecki minister finansów, Wolfgang Schauble, nie zawsze mówi językiem dyplomatycznym. O ile po spotkaniu z amerykańskim sekretarzem skarbu, Tymothy Geithnerem, obaj politycy wydali komunikat w którym po pochwałach w kierunku Irlandii, Portugali, Hiszpanii i Włoch za ich wysiłki oszczędnościowe i reformatorskie, zmilczeli postawę Grecji, o tyle w wywiadzie dla „Welt am Sonntag”, niemiecki minister finansów mówi wprost, że nie istnieje już dodatkowy margines manewru dla dalszych ustępstw wobec rządu greckiego. W tej sytuacji czołowi funkcjonariusze strefy euro próbują uruchomić mechanizmy ratunkowe. W ostatnich dniach mówili o tym szef Eurogrupy, Jean-Claude Juncker i szef Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi. Chodzi z jednej strony o skorzystanie z mechanizmu ratunkowego FESF, a z drugiej o bezpośrednią interwencję EBC na rynku obligacji. Kupując obligacje najbardziej zadłużonych państw, EBC spowodowałby spadek ich oprocentowania na rynku. Jak wiadomo, te decyzje nie są oczywiste z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności. Z drugiej strony, jeśli kilka krajów Południa ma być uratowanych, być może nie ma już czasu do stracenia. W tym duchu jest napisana konkluzja w „Loractu.fr”: „Rządy [europejskie], Mario Draghi i Jean-Claude Juncker stawiają więc na wspólną akcję, żeby jak najszybciej uratować euro. Współpraca 17 rządów strefy i EBC będzie prawdopodobnie polegać na uruchomieniu funduszu pomocowego (FESF) i zgodzie na skupowanie przezeń długów państwowych na rynku. Zapowiedź tych działań następuje w nieobojętnym momencie, ale jedno jest pewne: trzeba działać szybko, aby uspokoić >>fałszywych lekarzy rynków<< [wyrażenie użyte przez Junckera na określenie panicznych reakcji rynków] i zahamować wzrost stóp procentowych dla obligacji krajów przeżywających [największe] kłopoty” (http://www.loractu.fr/france/1827-crise-de-l-euro-juncker-annonce-une-cooperation-avec-la-bce.html).

Blog Bogusława Sonika, 6 sierpnia 2012

Europa wątpi w Unię

W ostatnich dniach mieliśmy kaskadę reakcji rynków, które znowu pogorszyły humory wszystkim, którzy dobrze życzą Unii. Po poniedziałkowej zapowiedzi przez agencję Moody’s obniżenia „perspektywy ratingu” Niemiec; po środowym obniżeniu przez tę samą agencję „perspektywy ratingu” dla 17 banków niemieckich korzystających z pomocy państwa lub/i landów; wreszcie po obniżeniu, także w środę i także przez Moody’s, „perspektywy ratingu” dla europejskiego funduszu ratunkowego (FESF); ci, którzy do niedawna wierzyli, że sytuacja w strefie euro stabilizuje się, zaczęli tracić tę wiarę. Prognozy agencji ratingowych nie pozostają bez związku z realną ekonomią. W środę obligacje hiszpańskie były oprocentowane 7,6 (najwyżej od powstania strefy euro). Hiszpania wprawdzie idzie w zaparte i głosem swojego ministra gospodarki Luisa de Guindosa twierdzi, że nie prosiła i nie będzie prosić społeczności międzynarodowej o pomoc, ale obserwatorzy hiszpańskiej polityki (i gospodarki) wierzą w to coraz mniej. Pisze o tym „Le Monde”: „W oczach inwestorów europejski plan wsparcia dla banków hiszpańskich – 100 mld euro – nie wystarczy. Ich skrajny brak zaufania do zdolności Hiszpanii do spłacenia długów objawia się przez wysoką premię od ryzyka przy udzielaniu temu państwu pożyczek: ta premia jest sześciokrotnie wyższa niż w przypadku Niemiec. >>Hiszpania nie wytrzyma tego długo<< obawia się otoczenie prezydenta Francji. >>wyczuwa się panikę<<, stwierdza pewien analityk. To pogarsza jeszcze sytuację tego kraju, ponieważ wzrost stóp procentowych zwiększa ciężar długu i czyni jego spłacenie jeszcze bardziej problematycznym” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/07/24/la-situation-de-l-espagne-parait-de-plus-en-plus-intenable_1737644_3234.html#xtatc=INT-17). W podobnym tonie jest utrzymany komentarz w „Easybourse.com”: „Problem refinansowania długu hiszpańskiego, do tej pory postrzegany jako głównie bankowy, obecnie zdaje się przybierać kształt troski o funkcjonowanie struktur tego państwa. W minionym tygodniu region Walencji poprosił o pilną pomoc finansową rząd centralny w Madrycie. Co więcej, władze hiszpańskie skorygowały w dół prognozy wzrostu gospodarczego na 2013 rok (...). Poza Hiszpanią coraz gorsze są widoki dotyczące Grecji. Wierzyciele Grecji, którzy spotkali się w miniony weekend, wyrazili wątpliwości, czy Ateny będą zdolne dotrzymać przyjętych na siebie zobowiązań. Niemiecki wice-kanclerz, Philip Roesler stwierdził, że jest >>bardzo sceptyczny<< co do zdolności przywódców europejskich do uratowania Grecji” (http://www.easybourse.com/bourse/financieres/article/23468/nouveau-record-a-la-baisse-pour-les-taux-americains-allemands-et-britanniques.html).

Blog Bogusława Sonika, 26 lipca 2012