blog

Komisja nalega na płacę minimalną w Unii

Dzisiaj (18 kwietnia) Komisja Europejska miała ogłosić dokument w sprawie płacy minimalnej. Komisja ma – z inicjatywy komisarza odpowiedzialnego za sprawy socjalne, László Andora, zaproponować wprowadzenie płacy minimalnej w tych państwach członkowskich, w których jej nie ma oraz podniesienie jej poziomu tam, gdzie jest najniższy. Komisja opiera swoją propozycje na dwóch założeniach. Po pierwsze, że posiadanie pracy (nawet stałego zatrudnienia) nie gwarantuje już godnego poziomu życia. Wedle statystyk, na jakie powołuje się Komisja, 8 proc. zatrudnionych w Unii żyje poniżej progu ubóstwa, a sytuacja makroekonomiczna skłania przedsiębiorstwa do ciągłej pogoni za obniżaniem kosztów pracy, w tym także samej płacy. Po drugie, że niski poziom zarobków (niska płaca minimalna lub jej brak implikuje relatywnie niskie płace w ogóle) uderza w popyt wewnętrzny, a to z kolei we wzrost gospodarczy.Propozycja Komisji skierowana jest przede wszystkim do Niemiec. Pisze o tym „Euractiv.com”: „(...) niemała liczba krajów nie zna pojęcia płacy minimalnej. To przede wszystkim przypadek Niemiec, Włoch, Austrii i krajów skandynawskich. O ile można otrzymać swego rodzaju płacę minimalną we Włoszech czy w Austrii za pomocą umów zbiorowych, to już nie w Niemczech, gdzie prawie jedna trzecia pracowników nie ma do tego prawa. >>Prawdziwy problem stanowią Niemcy<< - przyznał pewien funkcjonariusz UE zastrzegając anonimowość” (http://www.euractiv.com/fr/node/512194).Komisja nie ogranicza się, zresztą, do tych dwóch zaleceń. Wedle jej planu trzeba dążyć do obniżenia bezrobocia w sytuacji, gdy – paradoksalnie – kilka milionów miejsc pracy w Unii wakuje. Jak to zrobić? Zwiększając mobilność pracowników, zmniejszając obciążenia socjalne przedsiębiorstw (poza płacą, rzecz jasna, bo tę generalnie trzeba podnieść). Co się tyczy mobilności pracowników, „Les Echos” piszą tak: „>>Wolny przepływ pracowników sprzyja zatrudnieniu<< - głosi Komisja i zaleca otwarcie rynków pracy dla Rumunów i Bułgarów. Francja i osiem innych krajów postanowiły utrzymać restrykcje w zakresie swobodnego przepływu pracowników z tych dwóch krajów do 2014 roku. Wszędzie w Europie ruchy skrajnej prawicy bija na alarm z powodu >>pracowników ze Wschodu<< podczas gdy rozszerzenie Unii z 2004 r. generalnie nie zmieniło sytuacji pod tym względem. W roku 2010 Francja przyjmowała u siebie 2,1 proc. migrantów z innych krajów europejskich, podczas gdy w 2003 r. było ich 1,9 proc.”.Jeśli zaś chodzi o propozycję przeniesienia części obciążeń socjalnych przedsiębiorstw w stronę podatków pośrednich (od konsumpcji, od zanieczyszczania środowiska i od nieruchomości), „Les Echos” zwracają uwagę, że podatek od konsumpcji, tzw. VAT socjalny jest kamyczkiem do ogródka socjalistycznego kandydata na prezydenta François Hollande’a, przeciwnego takiemu rozwiązaniu (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202013758804-bruxelles-defend-les-vertus-des-salaires-minimums-dans-l-union-europeenne-313217.php).

Blog Bogusława Sonika, 18 kwietnia 2012

Komisja nalega na płacę minimalną w Unii

Dzisiaj (18 kwietnia) Komisja Europejska miała ogłosić dokument w sprawie płacy minimalnej. Komisja ma – z inicjatywy komisarza odpowiedzialnego za sprawy socjalne, László Andora, zaproponować wprowadzenie płacy minimalnej w tych państwach członkowskich, w których jej nie ma oraz podniesienie jej poziomu tam, gdzie jest najniższy. Komisja opiera swoją propozycje na dwóch założeniach. Po pierwsze, że posiadanie pracy (nawet stałego zatrudnienia) nie gwarantuje już godnego poziomu życia. Wedle statystyk, na jakie powołuje się Komisja, 8 proc. zatrudnionych w Unii żyje poniżej progu ubóstwa, a sytuacja makroekonomiczna skłania przedsiębiorstwa do ciągłej pogoni za obniżaniem kosztów pracy, w tym także samej płacy. Po drugie, że niski poziom zarobków (niska płaca minimalna lub jej brak implikuje relatywnie niskie płace w ogóle) uderza w popyt wewnętrzny, a to z kolei we wzrost gospodarczy. Propozycja Komisji skierowana jest przede wszystkim do Niemiec. Pisze o tym „Euractiv.com”: „(...) niemała liczba krajów nie zna pojęcia płacy minimalnej. To przede wszystkim przypadek Niemiec, Włoch, Austrii i krajów skandynawskich. O ile można otrzymać swego rodzaju płacę minimalną we Włoszech czy w Austrii za pomocą umów zbiorowych, to już nie w Niemczech, gdzie prawie jedna trzecia pracowników nie ma do tego prawa. >>Prawdziwy problem stanowią Niemcy<< - przyznał pewien funkcjonariusz UE zastrzegając anonimowość” (http://www.euractiv.com/fr/node/512194). Komisja nie ogranicza się, zresztą, do tych dwóch zaleceń. Wedle jej planu trzeba dążyć do obniżenia bezrobocia w sytuacji, gdy – paradoksalnie – kilka milionów miejsc pracy w Unii wakuje. Jak to zrobić? Zwiększając mobilność pracowników, zmniejszając obciążenia socjalne przedsiębiorstw (poza płacą, rzecz jasna, bo tę generalnie trzeba podnieść). Co się tyczy mobilności pracowników, „Les Echos” piszą tak: „>>Wolny przepływ pracowników sprzyja zatrudnieniu<< - głosi Komisja i zaleca otwarcie rynków pracy dla Rumunów i Bułgarów. Francja i osiem innych krajów postanowiły utrzymać restrykcje w zakresie swobodnego przepływu pracowników z tych dwóch krajów do 2014 roku. Wszędzie w Europie ruchy skrajnej prawicy bija na alarm z powodu >>pracowników ze Wschodu<< podczas gdy rozszerzenie Unii z 2004 r. generalnie nie zmieniło sytuacji pod tym względem. W roku 2010 Francja przyjmowała u siebie 2,1 proc. migrantów z innych krajów europejskich, podczas gdy w 2003 r. było ich 1,9 proc.”. Jeśli zaś chodzi o propozycję przeniesienia części obciążeń socjalnych przedsiębiorstw w stronę podatków pośrednich (od konsumpcji, od zanieczyszczania środowiska i od nieruchomości), „Les Echos” zwracają uwagę, że podatek od konsumpcji, tzw. VAT socjalny jest kamyczkiem do ogródka socjalistycznego kandydata na prezydenta François Hollande’a, przeciwnego takiemu rozwiązaniu (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202013758804-bruxelles-defend-les-vertus-des-salaires-minimums-dans-l-union-europeenne-313217.php).

Blog Bogusław Sonik, 18 kwietnia 2012

Hiszpania (znowu) niepokoi Unię

Po przyjęciu rygorystycznych planów stabilizacji finansów publicznych przez nowy rząd hiszpański, rynki finansowe na pewien czas „odpuściły” presję na Hiszpanię. Emisje jej obligacji rządowych na początku roku zakończyły się umiarkowanym sukcesem. Tymczasem teraz doszło znowu do gwałtownego podwyższenia oprocentowania tych obligacji (refinansowanie długu hiszpańskiego stało się droższe). To niepokoi Hiszpanów, ale także – co oczywiste – strefę euro, ciągle podminowaną niepewną sytuacją makroekonomiczną na południu Europy.Powody ponownego pogorszenia warunków refinansowania długu hiszpańskiego stara się wyjaśnić belgijski kanał telewizyjny RTBF na swojej stronie internetowej splotem dwóch czynników: złych prognoz makroekonomicznych na ten i następny rok (deficyt budżetowy, recesja gospodarcza i rekordowe bezrobocie) oraz drastycznych oszczędności w wydatkach publicznych. Ten splot sprawia, że wierzyciele przestają ufać w możliwości spłaty kredytów i podwyższają ich oprocentowanie (http://www.rtbf.be/info/economie/detail_l-espagne-de-nouveau-victime-de-ses-taux?id=7746506).Z kolei „Les Echos” zauważają, że Komisja Europejska wysyła właśnie do Madrytu swoich przedstawicieli, aby zbadali sytuację ekonomiczną Hiszpanii przed zaplanowanym na koniec czerwca posiedzeniem ministrów finansów Unii tzw. Ecofin. Niby jest to rutynowa procedura, podobne misje były już w marcu wysłane do Wielkiej Brytanii i do Francji, będą wysłane do kolejnych krajów. Ale pytanie, dlaczego skierowanie misji akurat do Hiszpanii budzi takie zainteresowanie mediów (i analityków finansowych) jest - oczywiście - zasadne. Bez dwóch zdań sytuacja Hiszpanii budzi w Unii większy niepokój niż – powiedzmy – sytuacja w Holandii. „Les Echos”: „(...) Bruksela wyraziła wobec Madrytu zadowolenie z powodu jego oszczędnościowego planu budżetu na rok 2012, ale podkreśliła brak decyzji odnoszących się do regionów autonomicznych, które rozhulały swoje deficyty w 2011 roku”. To krytyka szczegółowa. Zaś ogólnie Bruksela żywi obawy „co do zdolności [tego] kraju do wypełnienia jego zobowiązań w zakresie redukcji deficytu” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202007871558-espagne-l-europe-envoie-une-mission-pour-auditer-les-comptes-311892.php?xtor=AL-4003-%5BChoix_de_la_redaction%5D-%5BEspagne%20:%).Dodajmy, że Madryt już raz poluzował swoje zapowiedzi redukcji deficytu. Dlatego teraz Bruksela obawia się, czy tym razem to, co obiecane na papierze, będzie dotrzymane w rzeczywistości.

Blog Bogusława Sonika, 13 kwietnia 2012

Skuteczność energetyczna Unii

We wtorek 10 kwietnia rozpoczęły się konsultacje pomiędzy Komisją, Radą i Parlamentem Europejskim na temat ostatecznego kształtu dyrektywy na temat skuteczności energetycznej. Przed rokiem ambitny plan stworzenia takiej dyrektywy przedstawili wspólnie: duńska komisarz do spraw ochrony klimatu, Connie Hedegaard oraz komisarz do spraw energii, Günther Oettinger. Podstawowym parametrem tego planu był zamiar redukcji o 80 – 95 proc. emisji gazów cieplarnianych do roku 2050 (biorąc za podstawę rok 1990). Żeby zmniejszyć wysokość emisji gazów cieplarnianych bez zmniejszania zatrudnienia, konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw, a w końcu bez podcinania (i tak bardzo marnego) wzrostu gospodarczego, jedynym wyjściem jest zwiększenie skuteczności zużywanej energii. Chodzi o to, żeby jednostka zużywanej w Unii energii produkowała więcej, a nawet dużo więcej dóbr niż do tej pory – wtedy Unia będzie bardziej ekologiczna, a nie mniej konkurencyjna. Wtedy będzie też mniej zależna od importu surowców energetycznych, które nie tylko są drogie i coraz droższe, ale zarazem ich dostawy bywają obciążone ryzykiem politycznym (np. dostawy rosyjskiego gazu do krajów Europy Środkowej, albo dostawy irańskiej ropy do krajów Europy Zachodniej). Biorąc to wszystko pod uwagę Komisja rozpoczęła prace nad europejską dyrektywą na temat skuteczności energetycznej. Dziś po intensywnych konsultacjach z państwami członkowskimi w ramach prac Rady Europejskiej widać, że osiągnięcie ambitnych zamierzeń będzie bardzo trudne. Pisze o tym „Euractiv.com”: „Rządy odrzuciły pomysł, aby dostosowywać się do środków przymusowych i osłabiły podstawowe regulacje dyrektywy. Jednak Dania [która aktualnie przewodniczy pracom Rady] zaakceptowała ten [słaby] mandat po to, żeby rozpocząć negocjacje i przyspieszyć mechanizm decyzyjny przed 1 lipca, czyli przed datą przekazania prezydencji Cyprowi. Dzisiejsze [wtorkowe] negocjacje oznaczają – wedle opinii luksemburskiego eurodeputowanego Claude’a Turmesa, odpowiedzialnego za te negocjacje z ramienia Parlamentu Europejskiego - początek >>prawdziwej walki<<. Prezydencja duńska będzie usiłowała znaleźć złoty środek pomiędzy dwoma celami: zawrzeć zgodę w ciągu najbliższych miesięcy i zarazem przekonać państwa członkowskie, aby zgodziły się przyjąć środki przymusowe” (http://www.euractiv.com/fr/energie-efficacite/phase-finale-des-gociations-sur-la-directive-relative-lefficacit-nerg-tique-news-).Na czym polega problem z rozwadnianiem przez państwa pierwotnych założeń tej dyrektywy pokazuje na przykładzie Francji artykuł w branżowym piśmie poświęconym budownictwu „Le Moniteur”. Dodajmy jeszcze, że budownictwo jest jednym z największych „pożeraczy” energii, a zatem oszczędności energetyczne poczynione w tym sektorze mają istotny wpływ na ogólne zużycie energii. „Le Moniteur”: „Energia najtańsza i najmniej zatruwająca środowisko to ta, której się nie zużywa. To wyznanie ekologicznej wiary, wielokrotnie powtarzane i potwierdzane we Francji (...) staje dzisiaj przed szansą uzyskania wymiaru europejskiego dzięki projektowi dyrektywy na temat skuteczności energetycznej (...)”. Lecz – dodaje zaraz tygodnik – „stanowisko rządu wobec projektu wywołuje zdziwienie, a liczba zaproponowanych poprawek niepokoi.” Wśród tych poprawek są np.: zniesienie długoterminowego planu renowacji budynków publicznych (chodziło w nim głównie o poprawienie ich energooszczędności), czy wyłączenie samorządu terytorialnego z obowiązku odnawiania tychże budynków publicznych. W rezultacie – jak czytamy – aktualne „stanowisko Francji prowadziłoby do znaczącego obniżenia ambitnych planów dyrektywy” (http://www.lemoniteur.fr/201-management/article/point-de-vue/17352979-directive-efficacite-energetique-la-france-va-t-elle-enfin-passer-de-la-parole-aux-actes).W takiej sytuacji – a stanowisko Francji nie jest przecież wyjątkiem – jeszcze raz staje kwestia polityki wspólnotowej i polityki międzyrządowej Unii.

Blog Bogusława Sonika, 12 kwietnia 2012

Sarkozy - Unia - wybory

Francuskie wybory prezydenckie jakoś zahaczają o Unię, chociaż może niekoniecznie tak, jak życzyliby sobie zwolennicy ambitnego projektu prawdziwej wspólnoty Europejczyków. Była już o tym częściowo mowa w tej rubryce (por. notka z 17 marca i z 21 marca), ale ostatnio doszły nowe fakty.Prezydent-kandydat, Nicolas Sarkozy, ogłaszając 5 kwietnia swój program wyborczy zapowiedział, że Francja będzie starała się zamrozić wysokość swojej składki do budżetu Unii na lata 2014-2020 (projekt Komisji zakłada wzrost budżetu). Po wcześniejszych jego zapowiedziach (dotyczących traktatu z Schengen oraz wzajemności w ułatwieniach handlowych pomiędzy Unią a krajami spoza Unii) stanowi to już trzecią propozycję, o której w Brukseli mówi się, że nie jest wobec Unii przyjazna. Pisze o tym Euractive.com zwracając uwagę, że pomysł Sarkozy’ego wynika z konieczności znalezienia w najbliższych latach środków dla zbilansowania budżetu krajowego. Prezydent obiecał Brukseli, że od roku 2013 deficyt budżetowy Francji zejdzie poniżej 3 proc. (co, nawiasem mówiąc, zakładał już przed laty Pakt Stabilizacji i Wzrostu), a w roku 2016 będzie zrównoważony. Skąd wziąć na to pieniądze? Euractive.com: „Aby osiągnąć ten cel, prezydent-kandydat zakłada w tym roku wzrost gospodarczy 0,7 proc. PKB, 1,75 proc. w 2013 roku, i 2 proc. przez cztery kolejne lata. Te prognozy są bardziej optymistyczne od prognoz Komisji Europejskiej (0,4 proc.), MFW (0,2 proc.) czy OECD (0,3 proc.). Nicolas Sarkozy powiedział, że aby zaoszczędzić pieniądze, Francja poprosi o zamrożenie swojego udziału w budżecie UE, zachowując w ten sposób 600 mln euro rocznie. (...) Jednakże Nicolas Sarkozy nie wyjaśnił, jak byłoby możliwe z jednej strony utrzymanie budżetu wspólnej polityki rolnej [Francja jest największym jej beneficjentem] >>co do jednego euro<< , a z drugiej – zamrożenie udziału Francji w finansowaniu UE” (http://www.euractiv.com/fr/elections/rien-de-nouveau-pour-leurope-dans-la-lettre-aux-fran-ais-de-nicolas-sarkozy-news-512034). Oponenci Sarkozy’ego nie zostawili na tym pomyśle suchej nitki, co jest zrozumiałe, a o czym informuje „Le Figaro”. Najkrócej rzecz ujmując, Sarkozy proponuje „słabą Francję [aluzja do hasła wyborczego Sarkozy’ego „silna Francja”] w schyłkowej Europie”, jak to ujął szef kampanii Françoisa Hollande’a, Pierre Moscovici (http://elections.lefigaro.fr/flash-presidentielle/2012/04/06/97006-20120406FILWWW00594-la-facture-salee-de-sarkozy-ps.php). Ale nie tylko oponenci zwracają uwagę na słabości tej propozycji. „Le Figaro” wyjaśnia, że od kwoty 19 mld euro, ile wynosi składka francuska, trzeba odjąć 4,5 mld, które Francja w imieniu Unii ściąga pod postacią ceł i podatków europejskich, oraz 13 mld, które otrzymuje od Unii, w tym głównie z tytułu wspólnej polityki rolnej. Dalej prawicowy, bądź co bądź, „Le Figaro” pisze już od siebie: „Ale w tym czasie kryzysu koncept solidarności pomiędzy dwudziestu siedmioma krajami członkowskimi jest tematem o tyleż bardziej delikatnym, że niektóre mechanizmy korygujące (...) raczej mają taki skutek, że sprzyjają metodzie ratuj się, kto może” (http://elections.lefigaro.fr/presidentielle-2012/2012/04/05/01039-20120405ARTFIG01015-sarkozy-projette-le-gel-de-la-contribution-francaise-a-l-ue.php).Taka, zdaje się, jest brutalna prawda o Unii w kryzysie.

Blog Bogusława Sonika, 10 kwietnia 2012

Kryzys: Hiszpania niepokoi, Portugalia daje nadzieję

Na potrzeby propagandy politycznej mówi się obecnie często (np. w kampanii wyborczej prezydenta-kandydata Nicolasa Sarkozy’ego), że problem długu suwerennego (i czającego się za nim kryzysu gospodarczego) w Unii jest już częściowo opanowany. A przynajmniej, że proces naprawczy rozpoczął się i sprawy są postawione na dobrym torze. To prawda, że okres paniki minął (przynajmniej na razie), oprocentowanie obligacji rządowych krajów w największych tarapatach finansowych spadło, niekiedy (Włochy) spektakularnie, ale do prawdziwego uzdrowienia sytuacji jest jeszcze daleko.Obecnie, po dramatycznych kłopotach Irlandii, Grecji, Włoch i Portugalii, gdzie podjęto reformy, które zaczęły przynosić pierwsze dobre owoce, największym zmartwieniem Brukseli jest Hiszpania. Pisze o tym „Le Monde” w artykule z zeszłego tygodnia, a więc jeszcze sprzed strajku generalnego z 29 marca i sprzed prezentacji przez rząd hiszpański ostatecznego projektu budżetu, co nastąpiło w miniony piątek, 30 marca. Przejęcie władzy przez prawicowy rząd Mariano Rayoya z początku uspokoiło sytuację, ale już niedługo potem zaczęły się kłopoty, które z powrotem nadszarpnęły wiarygodnością inwestycyjną Hiszpanii i znowu wystawiły ją na niebezpieczeństwo ataków spekulacyjnych. Pierwszym takim, niesprzyjającym zaufaniu inwestorów, sygnałem było korekta deficytu budżetowego za 2011 r.: zamiast spodziewanych 6 proc. wyniósł on ostatecznie aż 8,5 proc. Drugim sygnałem – tym razem już bezpośrednio obciążającym nowy rząd - była zmiana projekcji deficytu budżetowego na rok bieżący: zamiast zapowiadanych 4.4 proc., aż 5,8 proc. – co, jak pamiętamy, nastąpiło tuż po podpisaniu paktu budżetowego. Zrobiło to fatalne wrażenie i odtąd Bruksela (która ostatecznie nieco ugięła się przed Madrytem godząc się na deficyt 5,3 proc.) bacznie przygląda się analizom jej sytuacji gospodarczej. „Le Monde” zwraca uwagę na problem niebagatelnego udziału autonomicznych prowincji w hiszpańskim długu publicznym: „Pomiędzy rokiem 2007 a 2011 dług 17 autonomicznych wspólnot terytorialnych został pomnożony przez 2,3 i wynosi obecnie 13,1 PKB [cały dług publiczny Hiszpanii wynosi 68 proc. PKB]. >>Przychody fiskalne regionów opierają się w znacznym stopniu na podatkach od nieruchomości. Zatem przychody gwałtownie zmalały wraz z załamaniem się [tego] rynku<< - wyjaśnia Danielle Schweisguth z Observatoir francais des conjonctures économiques (OFCE). (...) Właśnie przeprowadzana jest reforma mająca celu drastyczne zredukowanie deficytów dozwolonych przez wspólnoty autonomiczne. Pozostaje kwestia politycznego wsparcia na poziomie lokalnym: o ile większość regionów jest pod kontrolą prawicy, to nie udało jej się zwyciężyć w Andaluzji, najludniejszym regionie, w ostatnią niedzielę 25 marca” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/03/28/pourquoi-l-espagne-inquiete-tant-la-zone-euro_1676807_3214.html).Na pocieszenie Brukseli inne tendencje dają się zauważyć w Portugalii, o czym możemy przeczytać w Euractive.com. Komisja Europejska w ogłoszonym wczoraj (3 marca) raporcie ocenia, że jeśli Portugalia dalej będzie tak dobrze wywiązywać się z powziętych zobowiązań, będzie potrafiła wrócić na rynki w roku 2013, tak jak to było przewidziane w programie naprawczym z 2011 roku (http://www.euractiv.com/fr/services-financiers/le-portugal-est-sur-la-bonne-voie-pas-besoin-dun-second-renflouement-news-511954).

Blog Bogusława Sonika, 5 kwietnia 2012

MES: jak wysoka ta zapora?

Dzisiaj zbierają się w Kopenhadze ministrowie finansów strefy euro, żeby zdecydować o wysokości zasobów finansowych mechanizmu MES/ESM (Méchanisme Européen de Stabilité/ European Stability Mechanism). Mechanizm ten, zwany potocznie zaporą ogniową, jest instytucjonalnym następcą FESF/EFSF (Fonds européen de stabilité financière / European Financial Stability Facility) – powstałego w maju 2010 jako jedna z decyzji powziętych przez Unię w ramach ratowania Grecji, ale i – a może przede wszystkim – z intencją uniemożliwienia rozszerzenia się kryzysu długu suwerennego na inne państwa strefy euro i na inne państwa Unii w ogóle.MES jest rodzajem rezerwy finansowej uruchamianej na wypadek, kiedy państwo dotknięte kryzysem długu suwerennego nie potrafi samo zaradzić temu kłopotowi. W skrócie chodzi o to, żeby w przypadku powtórzenia się sytuacji, w jakiej jesienią zeszłego roku znalazła się Grecja, nie zwoływać już kolejnych „szczytów ostatniej szansy”, ale po prostu uruchomić tę rezerwę dla wykupienia części długu takiego państwa. Z tym, że uruchomienie tej rezerwy traktowane jest jako ostateczność: zasadniczo skuteczność MES ma polegać ma na odstraszaniu ataków spekulacyjnych. Dlatego mówi się, że MES jest w świecie ponadnarodowych finansów czymś takim jak broń nuklearna w świecie geostrategicznej równowagi militarnej: im bardziej potencjalny agresor wierzy, że broniący się użyje broni nuklearnej, tym mniej skłonny jest przystąpić do rzeczywistego ataku. Wysokość zasobów finansowych MES byłaby, zatem, czymś na kształt siły rażenia bomby atomowej. Stąd decyzja o wysokości jego zasobów ma znaczenie podstawowe dla jego późniejszej skuteczności.MES, będący częścią paktu budżetowego, ma wejść w życie 1 lipca tego roku, dlatego ministrowie powinni dziś – po kilku miesiącach przeciągania liny – rzecz ostatecznie załatwić. Strony sporu opowiadają się za kapitałem od 500 miliardów do 1 biliona euro, przy czym największym oponentem wysokiego kapitału są Niemcy, które ostatnio zgodziły się jednak na kwotę 700 mld . Przed kilkoma dniami szef frakcji liberałów w Parlamencie Europejskim, Guy Verhofstadt, opowiedział się za kapitałem 1 biliona euro. Jego wypowiedź przytaczały „Les Echos”: „Strefa euro musi się wyposażyć w prawdziwą zaporę ogniową, a nie w zwykłą gaśnicę. (...) W tym stadium [kryzysu finansowego] nawet połączenie dwóch funduszy [MES i FES] byłoby niewystarczające dla zapewnienia naszej obrony, szczególnie gdyby duży kraj europejski, jak Hiszpania, stanął wobec problemu niewypłacalności” (http://www.lesechos.fr/entreprises-secteurs/finance-marches/actu/afp-00434979-pare-feu-de-la-zone-euro-insuffisant-selon-le-chef-des-eurodeputes-liberaux-306263.php).Bardziej szczegółowo omawia spór o wysokość kapitału MES „Le Figaro” streszczając konferencję prasową sekretarza generalnego OCDE w miniony wtorek w Brukseli. Otóż Anguel Guriia powiedział: „Z rynkami sprawa jest prosta, musicie zawsze zaoferować im więcej, niż one oczekują, żeby nie miały żadnych wątpliwości co do waszej zdolności i/lub ochoty do działania”. Dalej następuje komentarz „Le Figaro”: „Sekretarz generalny OCDE może powiedzieć głośno to, co Olli Rehn, europejski komisarz do spraw ekonomicznych i finansowych, jedynie myśli, bo OCDE zależy mniej od Niemiec niż od Stanów Zjednoczonych, pierwszego udziałowca tej organizacji. Angel Guriia zaleca również Europejskiemu Bankowi Centralnemu odważniejszą politykę monetarną poprzez skupywanie bez obaw długów państwowych na rynku wtórnym po, ażeby skontrować ataki spekulacyjne. W tej sprawie OCDE powtarza postulat amerykański, ale także francuski – oba te kraje chciałyby, aby statut EBC pozwalał na dodrukowywanie pieniędzy, jak to czynią FED w Stanach Zjednoczonych i Bank Anglii” (http://www.lefigaro.fr/conjoncture/2012/03/27/20002-20120327ARTFIG00668-zone-euro-un-pare-feu-a-1000milliards-d-euros-ocde.php).

Blog Bogusława Sonika, 2 kwietnia 2012

Polska - Francja - spór o Unię

 Polski minister spraw zagranicznych wystąpił w zeszłym tygodniu na konferencji zorganizowanej w Paryżu przez European Council of Foreign Relations, Fundację Gulbenkian oraz redakcję dziennika „Le Monde”. Minister wygłosił przemówienie, które zostało – trafnie – zakwalifikowane jako kontra do idei integracji europejskiej lansowanej od pewnego czasu przez Francję. Główne tezy wystąpienia ministra Sikorskiego zawierają się tych słowach: „Niektórzy politycy chcieliby zamknąć się w wąskim, mini-unijnym gronie, inni uważają, że Unia Europejska postawiła sobie zbyt ambitne cele. Tak czy inaczej, chodzi im o wyhamowanie integracji europejskiej. Wierzymy, że w obliczu przeciwności powinniśmy się zjednoczyć i właściwie wykorzystać ten moment. (...) Trudne czasy wymagają nadzwyczajnych środków. Głębsza integracja stanowi rozsądny krok naprzód, i mój kraj ją popiera. Ale głębsza integracja nie może prowadzić do powstania Europy dwóch prędkości. Imperatyw bliższej współpracy państw strefy euro nie może stać się narzędziem demontażu Unii Europejskiej. Proces decyzyjny w ramach tej grupy nie może prowadzić do stopniowego podkopywania procesu decyzyjnego w ramach Unii 27 państw członkowskich. Ujmę to bardziej jednoznacznie: Polska mówi „nie” instytucjonalizacji nowego „trzonu” i nowej peryferii” w Europie”(http://www.msz.gov.pl/files/docs/komunikaty/20120322PARYZ/wystapienie_min_pl.pdf).Rzeczywiście minister powiedział jasno, o co chodzi Polsce. Na tyle jasno, że zostało to zauważone w Europie. I tak w artykule otwierającym dzisiejsze wydanie Biuletynu „Agence Europe” Ferdinando Riccardi pisze o zasadniczej różnicy zdań pomiędzy Polską a Francją. Autor zestawia ze sobą paryskie wystąpienie polskiego ministra z przemówieniem prezydenta Sarkozy’ego wygłoszonym tego samego dnia w Strasburgu. Prezydent-kandydat (wystąpienie było częścią kampanii wyborczej) mówił tam o Unii Europejskiej jako o trzech kręgach: krąg pierwszy to strefa euro, krąg drugi to strefa Schengen, wreszcie krąg trzeci to 27 ( a w przyszłości więcej) państw członkowskich Unii. Różnica jest widoczna gołym okiem i Riccardi też ją widzi. Oto jego komentarz: „Pan Sarkozy był może zbyt zdecydowany [w swoim opisie]. Ale Europa dwóch (albo więcej) prędkości jest nieunikniona, zważywszy opozycję Brytyjczyków wobec postępów integracji oraz wobec ewentualnej wzmocnionej współpracy [chodzi o tryb współpracy niektórych członków UE, na co zezwala traktat lizboński] tych państw, które nie chcą odstąpić od pewnych pomysłów [integracyjnych], co do których jednomyślność wydaje się niemożliwa” (Europe à plusieurs vitesses, contrôle des dépenses, session parlementaire vide, 28.03.2012).Riccardi locuta, causa finita?

Blog Bogusława Sonika, 29 marca 2012

Handel - Unia - konkurencja

Komisja Europejska przyjęła przed kilku dniami projekt dyrektywy dotyczącej nielojalnej konkurencji handlowej krajów trzecich. Jest on efektem pracy dwóch unijnych komisarzy: Michela Barniera (rynek wewnętrzny) i Karela De Guchta (handel). Przede wszystkim jednak jest reakcją Unii na nienormalną sytuację w jej stosunkach handlowych z partnerami zewnętrznymi.Unia od początku opierała te stosunki na zasadzie wolnego handlu licząc - jak się okazało: naiwnie – na wzajemność swoich partnerów. Tymczasem partnerzy nielojalnie wykorzystywali i do dzisiaj wykorzystują tę postawę Unii, interpretując ją po swojemu jako okazję zrobienia dobrego interesu bez wzajemności. I tak, Unia dziś szacuje, że w efekcie tego nierównoprawnego traktowania (zamknięcia rynków krajów trzecich dla produktów i usług europejskich) przedsiębiorstwa pochodzące z UE tracą rocznie ok. 12 mld. euro. Owo nierównoprawne traktowanie cechuje zarówno państwa wysoko rozwinięte (Stany Zjednoczone, Japonię i Kanadę), które zamykają swoje rynki dla partnerów europejskich do poziomu odpowiednio: 32, 28 i 16 proc. ich zamówień publicznych, jak i krajów szybko rozwijających się (tzw. rynków wschodzących) czyli Brazylii, Chin, Indii i Rosji, które całkowicie zamykają swoje rynki dla przedsiębiorstw europejskich.W tej sytuacji powstał projekt dyrektywy. Jego założenia są – według biuletynu „Agence Europe” – następujące: „Z jednej strony europejski nadzór nad przetargami będzie mógł poprosić Komisję Europejską o zamknięcie określonego rynku publicznego dla dóbr i usług pochodzących z kraju trzeciego, który stosuje praktyki protekcjonistyczne w tym sektorze, ale tylko dla projektów o wartości powyżej 5 mln euro. (...) Z drugiej strony jeśli kraj trzeci stosuje powtarzające się praktyki dyskryminacyjne w stosunku do przedsiębiorstw europejskich w sektorze zamówień publicznych, temu krajowi będzie można zamknąć dostęp do rynków publicznych w 27 krajach członkowskich UE” (Commerce: marchés publics, un mécanisme pour favoriser la réciprocité, 21.03.2012). Innymi słowy restrykcje europejskie na wypadek nielojalnej konkurencji mogą dokonywać się na poziomie unijnym i na poziome krajów członkowskich Unii. Jakkolwiek projekt dyrektywy stara się godzić interesy handlowe Unii z zasadą wolności handlu, i tak wzbudził kontrowersje w łonie Komisji. Jej najbardziej liberalni członkowie - Brytyjka Catherine Ashton, Holenderka Neelie Kroes, Szwedka Cecilia Malmström i Czech Stefan Füle – wypowiedzieli się przeciwko projektowi w obawie, że jego wprowadzenie w życie, będzie uznane za protekcjonizm i wywoła retorsje handlowe ze strony krajów, których będzie dotyczyć. Tymczasem komentatorzy zwracają uwagę – o czym pisaliśmy już w tym serwisie – że propozycja Nicolasa Sarkozy’ego (jako kandydata na prezydenta) odnosząca się do nielojalnej konkurencji została złożona w momencie, kiedy Komisja Europejska kończyła już prace nad dyrektywą. Dla przypomnienia: artykuł z „Le Monde” sprzed dwóch tygodni (http://www.lemonde.fr/election-presidentielle-2012/article/2012/03/12/buy-european-act-et-reciprocite-des-propositions-deja-en-gestation-a-bruxelles_1656315_1471069.html). Ot, polityka.

Blog Bogusława Sonika, 26 marca 2012

Hollande: nadzieja Francji nadzieją Europy?

François Hollande, który do niedawna wyraźnie dominował w sondażach przed wyborami prezydenckimi we Francji, teraz jakby dostał zadyszki. Jego główny rywal, urzędujący prezydent Nicolas Sarkozy zaczyna przeganiać go w sondażach. Ich rywalizacja wykroczyła poza ramy francuskie. Poparcie dla Sarkozy’ego ogłosiła kanclerz Angela Merkel, co wywołało głośne protesty. Za jeszcze bardziej kontrowersyjne uznano gesty kilku prawicowych przywódców europejskich (których partie należą do PPE, tak jak partia Nicolasa Sarkozy’ego), aby w czasie zagranicznych wizyt Françoisa Hollande’a nie udzielać mu audiencji. Bronią Hollande’a na ten prawicowy front odmowy miał być – i chyba był – wielki meeting w Paryżu w miniony weekend udziałem przywódców europejskich socjalistów i socjaldemokratów.Zapowiadał to spotkanie przed kilkoma dniami tygodnik „L’Express”: „Oficjalnie zaplanowane od dawna, spotkanie to >>wypadło w odpowiednim czasie<<, przyznają ludzie z ekipy Hollanda. Regularnie obśmiewany przez prawicę, za jego niedostateczne kompetencje w dziedzinie spraw międzynarodowych, socjalistyczny kandydat chce pokazać, że nie jest izolowany na scenie międzynarodowej, i że jego pomysł renegocjacji paktu budżetowego nie jest ani głupi, ani nie do zrealizowania. Wreszcie Holland chce odzyskać kontrolę nad tematem obficie wykorzystywanym przez Nicolasa Sarkozy’ego podczas meetingu w Villepinte [chodzi o akcenty anty-unijne w tym wystąpieniu Sarkozy’ego]” (http://www.lexpress.fr/actualite/politique/hollande-et-les-socialistes-europeens-une-rencontre-qui-tombe-bien_1094541.html).Po paryskim spotkaniu europejskich socjalistów komentował je biuletyn „Agence Europe”. W Paryżu kandydat socjalistów obarczył konserwatystów odpowiedzialnością za kryzys, mówiąc: „Ten kryzys jest kryzysem nieokiełznanego liberalizmu i systematycznego unikania interwencjonizmu gospodarczego. Zamiast paktu stabilizacyjnego [Hollande ma tu na myśli pakt budżetowy, podpisany 2 marca], który równie dobrze można byłoby nazwać paktem oszczędnościowym, ja proponuję pakt odpowiedzialności, dobrego zarządzania i wzrostu (...) i renegocjuję go nie tylko w interesie Francji, ale w interesie całej Europy”. Perspektywa zarysowana przez Hollande’a zyskała poparcie jego gości. Najważniejszy z nich – przewodniczący SPD, Sigmar Gabriel – powiedział: „Apel o międzynarodową solidarność został rzucony w Paryżu. Sami nie możemy zagwarantować bezpieczeństwa naszym narodom. (...) [ale] Z François Hollandem najpierw naprawimy Francję, potem Niemcy, a potem Europę” (Avenir de l’Europe: Hollande, cette crise est celle des conservateurs, 20.03.2012).Wybory w Niemczech są planowane na jesień przyszłego roku.

Blog Bogusława Sonika, 21 marca 2012

Wyborcze obietnice - traktat - Unia

W państwach członkowskich Unii szykują się wybory: najbliższe w kwietniu w Grecji oraz na przełomie kwietnia i maja we Francji, a w przyszłym roku w Niemczech i we Włoszech. Gdy chodzi o wybory greckie, w Brukseli i Strasburgu silnie obecny jest strach, czy nie wywrócą one z takim trudem osiągniętego porozumienia wierzycieli z greckim rządem co do reform strukturalnych i budżetowych oszczędności.Gdy chodzi o Francję, mamy – jak się zdaje – do czynienia demagogicznymi zagraniami obu głównych kandydatów do prezydentury: socjalisty François’a Hollanda i prawicowca Nicolasa Sarkozy’ego. Ten pierwszy zasłynął niedawno wysunięciem hasła renegocjacji paktu budżetowego, podpisanego przez przywódców europejskich 2 marca. Wśród podpisujących był także prezydent Sarkozy – konkurent Hollanda i być może to tłumaczy jego gest. Hasło renegocjacji paktu wywołało lawinę komentarzy, zwykle nieprzychylnych Hollandowi. Bardzo specyficzną (w stosunku do dotychczasowych obyczajów politycznych w Europie) reakcją na to hasło było porozumienie szeregu prawicowych przywódców europejskich, by nie spotykać się z Hollandem w czasie jego wizyt w stolicach europejskich. Także w Brukseli Holland nie ma ostatnio najlepszej prasy. Pisze o tym „Le Monde”: „W razie zwycięstwa pierwszy szczyt [europejski] prezydenta Hollanda, w czerwcu, będzie decydujący dla znalezienie porozumienia z Angelą Merkel (...) Jednak nie czekając do tego terminu niektóre państwa, takie jak Portugalia czy kraje bałtyckie, mogłyby już ratyfikować projekt, zamykając w ten sposób drogę do jego prawdziwej renegocjacji” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/03/16/bruxelles-attend-de-pied-ferme-le-futur-president_1670567_3214.html).To prawda, że wystarczy ratyfikowanie traktatu przez 12 państw, aby wszedł on w życie, więc François Holland może nie zdążyć spełnić swojej obietnicy. Ale pod warunkiem, że traktat nie napotka po drodze na poważne kłopoty. Tymczasem o kłopotach z ratyfikacją w Irlandii, Holandii, a nawet w Niemczech (po ewentualnej przegranej chadeków w Nadrenii-Północnej Westfalii, co w perspektywie osłabiłoby ich szanse w przyszłorocznych wyborach federalnych), pisze Euractiv (http://www.euractiv.fr/pacte-budgetaire-secoue-vents-contraires-scene-politique-article).Z kolei dwie demagogiczne obietnice Nicolasa Sarkozy’ego prześwietla Fernando Riccardi w biuletynie Agence Europe. Pisze on, że zarówno sprawa zmian w zarządzaniu strefą Schengen (umożliwiających szybkie reagowanie na sytuacje kryzysowe), jak i sprawa obrony Unii przed nielojalną konkurencją handlową, są już od pewnego czasu negocjowane w Unii. I ostateczne decyzje w tych sprawach są bliskie. (Ne pas confondre analyse politique et bataille électorale, 16.03.2012).

Blog Bogusława Sonika, 17 marca 2012

Hiszpania: poluzowanie i obietnica poprawy i co dalej?

Przedwczoraj (12 marca) ministrowie finansów strefy euro zgodzili się nieco popuścić cugli rygorów budżetowych w stosunku do Hiszpanii. Powiedzmy najpierw o liczbach. W związku z kryzysem długu suwerennego i z rysującym się już wtedy (w jesieni 2010) na horyzoncie początkiem recesji, w ramach ogólnoeuropejskiej polityki ograniczania deficytów zgodzono się na linii Bruksela – Madryt, że hiszpański deficyt budżetowy na rok 2012 wyniesie 4,4 proc. Wymagało to – oczywiście – poważnych cięć wydatków publicznych w 2012 roku, bowiem w roku poprzednim deficyt miał wynosić (to szacunki z końca 2011 r.) 6,1 proc. Jak wiemy, pod koniec grudnia w Hiszpanii zmienił się rząd. Prawicowy gabinet Mariano Rajoya wziął się do pracy, ale rychło doszedł do wniosku, że nie da rady aż tak bardzo zdusić deficytu. Od kilku tygodni krążyły pogłoski, że Hiszpania będzie domagała się rozluźnienia pętli, a w końcu to stanowisko rządu hiszpańskiego stało się oficjalne. Kilka dni temu pisał o tym dziennik „Les Echos”: „Nikt nie wyobrażał sobie miłego i dyskretnego Mariano Rajayo w roli buntownika. A jednak wystąpił on w tym charakterze w piątek [chodzi o piątek, 2 marca] na zakończenie posiedzenia Rady Europejskiej. Odwołując się do >>suwerennej decyzji<< szef rządu hiszpańskiego zadeklarował, że jego kraj zredukuje deficyt budżetowy w 2012 roku do 5,8, zamiast uzgodnionego wcześniej z Brukselą poziomu 4,4 proc. A stało się to zaledwie kilka godzin po podpisaniu nowego traktatu na temat dyscypliny budżetowej! Okoliczności czasu nie mogły być gorsze”. Dziennik pisze o niewygodnej pozycji Madrytu naciskanego z zewnątrz, z Brukseli, na redukcję deficytu, oraz z wewnątrz, przez związki zawodowe i autonomiczne regiony, na jego podwyższenie. Rząd hiszpański głośno powołał się jednak na inne argumenty: cel 4,4 proc. został wyznaczony przez rząd premiera Zapatero w zupełnie innym otoczeniu makroekonomicznym, bowiem w owym czasie planowano wyższy wzrost gospodarczy i niższy deficyt, niż to się faktycznie okazało po kilku tygodniach nowego roku, gdy spłynęły wszystkie dane statystyczne. Hiszpanie powołali się też na zaskakująco pochlebną opinię agencji Fitch: „Realistyczny cel deficytu budżetowego nie oznaczałby osłabienia zaangażowania rządu hiszpańskiego na rzecz konsolidacji budżetowej” http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/dossier/0201699066506/0201930541085-l-espagne-defie-bruxelles-en-assouplissant-unilateralement-son-objectif-de-deficit-298203.php.Upór Hiszpanów opłacał się im, bo oto ministrowie finansów euro-grupy ustąpili, godząc się na deficyt w wysokości 5,5. Pisze o tym „Le Monde” informując, że Hiszpania zgodziła się z kolei, żeby w roku następnym, czyli 2013, deficyt mieścił się w granicy 3 proc., czyli tyle, ile wymaga pakt stabilizacji i wzrostu. Czy to nowe założenie jest realistyczne? „Le Monde”: „Wielu ekonomistów oceniało, że (...) domaganie się od Hiszpanii zmniejszenia deficytu o połowę, do poziomu 4,4 proc., było nierealistyczne i groziło pogrążeniem kraju w głębokiej recesji jak w Grecji. Obecnie problem, wedle tych ekonomistów przedstawia się tak, że Madryt prawdopodobnie nie będzie potrafił dotrzymać obietnicy deficytu w wysokości 3 proc. w roku 2013” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/03/13/l-eurogroupe-relache-la-pression-sur-madrid_1657122_3234.html). Jak to wszystko rokuje?

Blog Bogusława Sonika, 14 marca 2012

Szczyt europejski: powiało (lekko) optymizmem

Zakończone wczoraj w Brukseli spotkanie przywódców państw i rządów Unii Europejskiej upływa pod znakiem uspokojenia sytuacji Grecji i – co za tym idzie – w strefie euro i w Unii w ogóle. Przyznanie Serbii statusu państwa kandydackiego, przedłużenie na kolejną, 2,5-letnią kadencję, mandatu Hermana Van Rompuy’a jako przewodniczącego Rady Europejskiej oraz podpisanie paktu budżetowego– to są newsy efektowne, ale krótkotrwałe. Uspokojenie wybuchowej dotąd sytuacji Grecji jest może mniej spektakularne, ale z pewnością ważniejsze. „Agence Europe” pisze po pierwszym dniu szczytu o generalnym zadowoleniu ministrów finansów strefy euro z wysiłków poczynionych ostatnio przez Grecję, co czyni drugi plan pomocy realnym. Ale dodaje, że efektywne wejście w życie tego planu zależy od stopnia uczestnictwa w nim banków prywatnych. Przypomnijmy, że plan zakłada, oprócz pomocy ze środków publicznych w wysokości 130 mld euro, także redukcję długu greckiego w wysokości 107 mld, na co – w zasadzie przystali w lutym wierzyciele prywatni, ale ostateczna decyzja należy do każdej instytucji finansowej osobno. Tak więc: „To dopiero po upewnieniu się o dostatecznym poziomie uczestnictwa wierzycieli prywatnych w tej restrukturyzacji [ministrowie finansów strefy euro] zdecydują formalnie o wypłaceniu pierwszej transzy pomocy po, aby uniknąć pod koniec marca bankructwa Grecji. Nowe posiedzenie Eurogrupy w celu oceny sytuacji odbędzie się 9 marca” (Conseil Européen: 2ème sauvetage grec, l'Eurogroupe satisfait mais…, 02.03.2012). Problem kryzysu greckiego na tle problemu kryzysu europejskiego w kontekście tego posiedzenia Rady Europejskiej tak podsumowują na swojej stronie internetowej „Les Echos”: „W każdym razie demon bankructwa Grecji, która powinna zwrócić wierzycielom 14,5 mld euro 20 marca, oddala się. Jeśli do tego dodamy zespół nowych reguł zarządzania gospodarczego, w które wyposażyła się strefa euro od początku kryzysu, nowe reguły finansowania podjęte przez Centralny Bank Europejski, plan dokapitalizowania banków europejskich, podpisanie nowego traktatu o stabilizacji budżetowej, to zobaczymy, że Unia Europejska zbudowała od października pewną liczbę przekonywających instrumentów, aby pokazać światu wolę przezwyciężenia kryzysu. Teraz musi znaleźć drogi prowadzące do wzrostu gospodarczego, ale nie szafującego groszem publicznym. I to jest prawdziwe wyzwanie polityczne, polegające na wyborze pomiędzy zaletami różnych modeli ekonomicznych (niemieckiego, brytyjskiego, skandynawskiego, etc)” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0201928016405-l-europe-confiante-dans-la-finalisation-du-plan-de-secours-a-la-grece-297348.php, 02.03.2012).

BogusławSonik.blog.interia.pl, 3 marca 2012

Strefa euro: lepiej, ale jeszcze nie dobrze

Pod koniec roku była – jak wszyscy pamiętamy – panika, Jacques Attali wieszczył w listopadzie możliwy upadek euro do Bożego Narodzenia. Tak się nie stało. Kolejne operacje emisji papierów dłużnych krajów o poważnie nadszarpniętej reputacji, jak Włochy, Hiszpania czy Francja pokazały, mimo wszystko, że rynki finansowe odzyskują do nich zaufanie. Czytamy o tym w „Les Echos”: „To wielkie wyzwanie roku 2012. Państwa strefy euro powinny w tym roku wyemitować papiery dłużne średnio- i długoterminowe o wartości ok. 800 mld euro. To, co wydawało się poza zasięgiem ich możliwości pod koniec ubiegłego roku, teraz wydaje się możliwe. Państwa członkowskie zrealizowały już prawie jedną czwartą ich rocznego planu emisji”. Najbardziej zaawansowane są tu Hiszpania, Belgia i Francja. Stwierdzenie, że państwa strefy euro szybko sprzedają swoje obligacje oznacza tyle, że sprzedają je dobrze, czyli po dużo niższej cenie wykupu, niż to przewidywano w krytycznych tygodniach u schyłku minionego roku. Stało się tak mimo, że na początku roku nie brakowało pesymistycznych sygnałów z rynków: 13 stycznia agencja Starndard & Poors obniżyła notę 8 państw członkowskich strefy euro, a z kolei 27 stycznia obniżkę noty dla 5 państw ogłosiła agencja Fitch. Mimo to udało się odwrócić niekorzystną tendencję. Jak? Między innymi dzięki działaniom Europejskiego Banku Centralnego: „Zalewając banki centralne [strefy euro] trzyletnimi niskooprocentowanymi kredytami w grudniu a potem w lutym, EBC niemal unicestwił jedną z największych obaw rynków: obawę bankructwa banków, które miałoby następstwa systemowe. Długoterminowe pożyczki z EBC umożliwiły kupno obligacji włoskich i hiszpańskich przez włoskie i hiszpańskie banki”. (La zone euro a bouclé avec succés un quart de ses émissions de dette de 2012, 06.03.2012) Ta operacja EBC ma także skutki pośrednie. Na przykład Francja skorzystała na ogólnej poprawie optymizmu inwestorów. W rezultacie 10-letnie obligacje francuskie sprzedawane były średnio od początku roku po cenie 3,11 proc., czyli dużo niższej niż przewidywano na przełomie roku. Ten jasny obraz nie jest jednak pozbawiony cieni. Jednym z nich jest problem długu greckiego. Jutro upływa termin zgłaszania się prywatnych wierzycieli Grecji do programu redukcji jej długu o – bagatela! - 107 mld euro. Niepokój w tej sprawie jest juz wyraźnie odczuwalny, np. na giełdach papierów wartościowych. Innym zmartwieniem, które także przekłada się na mniejszy entuzjazm inwestorów, a w konsekwencji może zagrozić wychodzeniu strefy euro z kryzysu długów suwerennych jest zapowiedź referendum w Irlandii w sprawie przyjęcia paktu budżetowego. Mówiąc bardziej precyzyjnie chodzi o obawę, że pakt zostanie w referendum odrzucony, ponieważ nie cieszy się on dobrą opinią Irlandczyków, a w ostatnich latach (w 2000 - traktat nicejski, w 2008 – traktat lizboński) Irlandczycy mówili już projektom zmian instytucjonalnych w Unii swoje „nie”. Pisze o tym „Le Figaro”. Dziennik przytacza słowa Matta Robinssona z agencji Moody’s: „To dyskwalifikowałoby Irlandię w jej staraniach o przystąpienie do Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego, od którego będzie ona zależeć, przynajmniej częściowo, z chwilą gdy w przyszłym roku wygaśnie program [pomocy finansowej] MFW” (Zone euro: le référendum irlandais inquiète les marchées, 06.03.2012).

Blog Bogusława Sonika, 3 marca 2012

MES: spór o podwyższenie kapitału

Po uzgodnieniu drugiego planu pomocowego dla Grecji, Unia ma teraz przed sobą inne trudne zadanie: wzmocnienie mechanizmu finansowego przeciwdziałającego atakom spekulacyjnym na długi suwerenne poszczególnych państw. Wszyscy pamiętają panikę na rynkach finansowych i gwałtowne wzrosty kosztów wykupu obligacji greckich, hiszpańskich, portugalskich czy włoskich jesienią ubiegłego roku. Jesienią właśnie ustanowiono system FESF - Fond Européen de Stabilité Financière (eng.: EFSF – European Financial Stability Facility), którego nominalna wysokość wynosi 250 mld euro, ale w momencie największej paniki postanowiono zastąpić go mechanizmem mającym działać bardziej skutecznie i dysponować większym kapitałem: 500 mld euro. Ten nowy mechanizm to MES – Méchanisme Européen de Stabilité (eng.: Eurepean Stability Mechanism). W końcu narodziła się idea, by bardziej skuteczny mechanizm MES dysponował kapitałem będącym sumą obu tych kwót, czyli razem: 750 mld euro. Sprawa miała zostać postanowiona w czasie najbliższego szczytu przywódców państw i rządów UE w najbliższy czwartek i piątek (2 i 3 marca). Miała zostać, ale ...Ale już w biuletynie Agence Europe sprzed kilku dni można było przeczytać, że jest z tym problem: podwyższeniu kapitału MES sprzeciwiają się Niemcy („Euro: augmentation du pare-feu européen, l'Allemagne seule contre tous”, 24.02.2012). W miarę zbliżania się daty szczytu obawy narastały. „Les Echos” przytoczyły argumenty, jakie Niemcy wykładają na stół w tym sporze: „(...) Berlin wyjaśnia, że wzmocnienie tej europejskiej zapory ogniowej wysłałoby rynkom niepokojący sygnał: taki, że rządy strefy euro przewidują pogorszenie sytuacji gospodarczej . Co więcej rząd kanclerz Merkel uważa, że zbyt mocny mechanizm [stabilizacji finansowej] osłabiłby w krajach objętych kryzysem skłonność do szybkiego przeprowadzenia reform strukturalnych. To jest rozumowanie, które było już zaprezentowane w kwestii euro-obligacji. W końcu urząd kanclerski zauważa, że warunki finansowania Włoch i Hiszpanii znacznie się poprawiły” (Crise: les Européenes se donnent jusqu’en mars pour renforcer leur défense financière, 27.02.).Tego samego dnia „Libération” przytaczała argumenty zwolenników silniejszego MES: „Stawka jest poważna. Bo od decyzji wzmocnienia lub nie zapory ogniowej zależy pozyskanie nowych środków finansowych od państw szybko rozwijających się [jak Indie, Chiny czy Brazylia] dla MFW, który z kolei zasiliłby nimi Europę. Na koniec kryzysu trzeba będzie jeszcze poczekać” (Crise: l’Allemagne pour un „pare-feu” à minima, 27.02.).Wielu komentatorów zwracało uwagę, że poza racjami fundamentalnymi, Angela Merkel może mieć także na względzie racje wiążące się z aktualną koniunkturą polityczną w Niemczech. Wprawdzie w miniony poniedziałek pani kanclerz z łatwością wygrała w Bundestagu głosowanie w sprawie akceptacji europejskiego planu pomocowego dla Grecji, ale – jak zwraca uwagę dzisiejszy „Le Monde” - dokonało się to jednak w okolicznościach dosyć szczególnych. Pani kanclerz brakło głosów jej własnej koalicji CDU/CSU – FDP (Les députés allemands votent le plan d'aide à la Grèce, mais la majorité se divise, 29.02.2012). Można więc powiedzieć, że Angela Merkel nie tyle wygrała to głosowanie, ile zawdzięcza sukces niemieckim konsensualnym obyczajom parlamentarnym. A to jest ostrzeżenie przed przyszłorocznymi wyborami. W końcu dzisiaj wieczorem dowiadujemy się, że presja Niemiec przyniosła efekty: nie będzie planowanego wcześniej szczytu przywódców strefy Euro, po szczycie całej Unii. A nie będzie go, bo decyzja w kwestii podwyższenia kapitału MES nie zostanie podjęta na tym szczycie (http://finances.sympatico.ca/nouvelles/contentposting_afp/annulation_du_sommet_de_la_zone_euro_prevu_vendredi_a_la_fin_du_sommet_ue/1c45b080).

Blog Bogusława Sonika, 1 marca 2012