Artykuły

Bratobójcze te eurowybory

Wyborcza walka do europarlamentu rozegra się nie tylko między PO i PiS, ale także między kandydatami z jednej listy. Często to właśnie te pojedynki są najbardziej widowiskowe. Według socjologa z UJ Jarosława Flisa w PO zacięta walka odbędzie się co najmniej w czterech okręgach. W Małopolsce PO może liczyć na dwa mandaty. Pierwszy przypadnie pewnie europosłance Róży Thun, jedynce na liście. Ale o drugi mandat rozegra się bój między byłym trenerem piłkarzy ręcznych Bogdanem Wentą a europosłem Bogusławem Sonikiem. Wenta to kandydat ze Świętokrzyskiego. Krakowianin Sonik jest dla niego groźnym przeciwnikiem. Pięć lat temu także startował z trzeciej pozycji i pokonał Konstantego Miodowicza - dwójkę.

Gazeta Wyborcza, 3 kwietnia 2014

Euroruleta partyjna. W eurowyborach walka toczy się na...

Były trener piłkarzy ręcznych Bogdan Wenta jest dwójką na liście PO w Małopolsce. Za nim Bogusław Sonik, który w poprzednich wyborach z trzeciego miejsca przeskoczył Konstantego Miodowicza i wszedł do europarlamentu. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nic nie jest oczywiste. Ani liczba mandatów dla konkretnych partii, ani to, że wyborcze lokomotywy z jedynek na pewno do Brukseli pojadą. Kto kogo przeskoczy Pięć lat temu, żeby zebrać na listę jak najwięcej głosów, PO umieściła na jedynce w Małopolsce Różę Thun (choć mieszka w Warszawie), a na dwójce - nieżyjącego już Konstantego Miodowicza jako kandydata ze Świętokrzyskiego, które wchodzi w skład okręgu. Znany w Krakowie europoseł Bogusław Sonik wylądował dopiero na trójce. Sonik dzięki intensywnej kampanii przeskoczył Miodowicza i wszedł do europarlamentu. Teraz sytuacja może się powtórzyć, Sonik jest na trzecim miejscu - za byłym trenerem piłkarzy ręcznych Bogdanem Wentą. (…) Pełna treść w załączniku:

Gazeta Wyborcza, 31 marca 2014

Miller i Kowal o planie stworzenia europejskiej unii...

Polityka energetyczna powinna być prowadzona jako wspólnotowa, podobnie jak polityka rolna - uważa szef SLD Leszek Miller. Paweł Kowal (Polska Razem) ostrzega z kolei, by nie regulować wydobycia gazu łupkowego na poziomie unijnym. Zarówno politycy SLD, jak i Polski Razem odnosili się w niedzielę do pomysłu stworzenia unii energetycznej, który premier Donald Tusk ma przedstawić w Brukseli. Według propozycji Tuska unia energetyczna miałby opierać się m.in. na mechanizmie solidarności gazowej, wspólnych zakupach energii, rehabilitacji węgla oraz radykalnej dywersyfikacji źródeł dostaw energii. Założenia tego projektu Tusk przedstawił w sobotę w Tychach. Program przedstawiony przez Tuska to "krok w dobrym kierunku, ale dalece niewystarczający" - ocenił Miller podczas sobotniego spotkania z dziennikarzami. Według niego, w ogólnej koncepcji wspólnotowej polityki energetycznej należy uwzględnić dodatkowe elementy, np. nie odwoływać się do solidarności gazowej, tylko "dążyć do tego, żeby cała Unia była jednolitym rynkiem, a więc polityka energetyczna powinna być wprowadzona do traktatu o UE jako polityka wspólnotowa - podobnie jak jest ze wspólną polityką rolną". SLD proponuje również, by jednolita polityka obowiązywała dostawców spoza Unii. "Dostawca nie powinien wybierać sposobu traktowania poszczególnych państw Unii, jak to jest obecnie. Inaczej zewnętrzny dostawca traktuje firmy niemieckie, inaczej francuskie i polskie. Polska płaci stosunkowo wysoką cenę" - podkreślił Miller. Zdaniem SLD plan Tuska powinien zostać uzupełniony o zamysł, zgodnie z którym interkonektory będą służyły nie tylko do przesyłu gazu, ale też ropy i energii. "Powinien to być priorytet unijnej polityki spójności" - uważa Miller. Według niego potrzebny jest też większy nacisk na miks energetyczny, "to znaczy na źródła surowcowe i energetyczne, jakie już są na terenie Unii". Chodzi o energię z wiatru, wody, biomasy, gazu łupkowego i szelfowego oraz węgla kamiennego i brunatnego. Są to "źródła dość obfite, które można w szerszym zakresie wykorzystywać" - powiedział Miller. Zdaniem SLD unijne programy badawcze powinny się bardziej niż dotąd skupiać na obszarze energetycznym, np. nowych technologiach wydobycia i spalania węgla, magazynowania energii i rozwoju energetyki rozproszonej (małych, lokalnych elektrowni). Według Millera należy też unowocześnić technologie spalania i wydobycia węgla, dzięki czemu węgiel stanie się tańszy, a jednocześnie jego spalanie stanie się bardziej efektywne, co oznacza mniej emisji CO2. Reprezentujący "Polskę Razem" Paweł Kowal ostrzegał z kolei, że Polska nie powinna dążyć do regulowania wydobycia gazu łupkowego na poziomie unijnym. Na niedzielnej konferencji prasowej stwierdził, że premier "powinien już dawno stworzyć pakiet ustaw, które pozwoliłyby wydobywać polski gaz łupkowy". "Nie ma powodu, żeby oddawać go pod jakieś regulacje unijne. Gdyby premier zapytał posłów Bogusława Sonika i Lenę Kolarską-Bobińską - wiedziałby, że każda próba regulacji gazu łupkowego na poziomie unijnym kończy się dla gazu niebezpiecznie - w taki sposób, że nigdy tej puszki, dzięki UE, nie będziemy mogli otworzyć" - powiedział. Przekonywał też, że większość rozwiązań proponowanych przez premiera "albo już została zrobiona przez unijnego komisarza ds. energii Guenthera Oettingera, albo może zostać zrobiona w ramach wszystkich porozumień, jakie Polska zawarła w ramach UE". "Polacy nie są za tym, by tworzyć nowe instytucje unijne. Nie ma potrzeby wydawać dodatkowych środków. Trzeba tylko zrobić to, czego oczekują od nas nasi partnerzy w Europejskiej Wspólnocie Energetycznej - lepiej koordynować sprawy energetyczne i doprowadzić do tego, żeby zasady opisane w trzecim pakiecie energetycznym wreszcie zaczęły obowiązywać. Potrzeba decyzji politycznych" - przekonywał Kowal. Pomysł na unię energetyczną to "pomysł pod publiczkę; nie wnosi niczego nowego i robi Polakom wodę z mózgów, ponieważ sprawia wrażenie, że nic w tej sprawie się nie dzieje" - ocenił Kowal.

Wyborcza.biz, 30 marca 2014

Kraków pod czerwoną latarnią. Co się stało z naszym...

Zamiast mieszkańców i zwykłych turystów - pijani Anglicy i naganiacze do klubów, zamiast eleganckich butików, galerii - krzykliwe witryny nocnych lokali i dyskotek... Niedługo tak może wyglądać centrum Krakowa. Jest godz. 22.30, środek tygodnia. W okolicach bazyliki Mariackiej otacza nas tłumek dziewcząt w białych kurteczkach pod różowymi parasolami. Część próbuje nawiązać rozmowę łamaną angielszczyzną. - Du ju łona goł tu de strip klab? - zachęca jedna z nich i wskazuje na rozświetloną na czerwono kamienicę na początku ul. Grodzkiej. Inwazja na centrum To tu od dwóch tygodni mieści się klub go-go sieci Cocomo, drugi już na Drodze Królewskiej. Choć nasza polszczyzna szybko wyprowadza dziewczyny z błędu, nie dają za wygraną. Pojawiają się też inni naganiacze. Przekrzykują się: "U nas promocja, tanie piwko za 15 zł! Polki, Ukrainki, Węgierki". Przechodzącym Hindusom w garniturach polecają "europejskie kształty", prywatne dance roomy. (…) Centrum bez mieszkańców to skorupa Józef Lassota, poseł PO i były prezydent Krakowa, uważa, że miasto może wpływać na to, jaką funkcję mają poszczególne lokale. - Tak zrobiono w przypadku Sukiennic. Poprzez odpowiednie ustalenia dotyczące rodzaju towaru dopuszczonego tam do handlu powstrzymano zalew chińszczyzny. Choć oczywiście tam było łatwiej, bo to miejski budynek - mówi Lassota. Dlatego proponuje wprowadzenie dodatkowych zapisów w uchwale o parku kulturowym. - Dotychczas skupiliśmy się na szyldach, ale należałoby się też pochylić nad tym, co dzieje się w poszczególnych budynkach. Europoseł Bogusław Sonik wskazuje, że są miejsca, gdzie poradzono sobie z erotycznym biznesem. W Rydze zakazano "erotycznych reklam", potem ograniczono działalność samych klubów. W walijskim Swansea rada miasta poszła jeszcze dalej: w obrębie miasta odrzuca każdy wniosek o zezwolenie na działalność lokalu z branży rozrywki erotycznej. Według Mateusza Zmyślonego miasto powinno też powalczyć o to, by w centrum nadal mieszali ludzie. - Bez nich okolice Rynku będą tylko makietą. Skorupą do obsługi ruchu turystycznego. Jeśli z danej kamienicy wyprowadzą się już wszyscy lokatorzy, nie będzie miał kto protestować przeciwko klubowi go-go. Miasto musi jednak coś mieszkańcom zaoferować, zapewnić im miejsca w przedszkolach, parkingi, zwykłe sklepy, place zabaw - przekonuje Zmyślony, który sam mieszka w centrum. Przestrzega, by Kraków nie podążał drogą Zakopanego, które z modnego kurortu dla poetów stało się miastem tandety. Z takim wizerunkiem trudno potem walczyć. Dr Monika Bogdanowska ze Społecznego Komitetu Ochrony Zabytków Krakowa ubolewała na naszych łamach: - W opinii gości z innych krajów, którzy odwiedzali Kraków jeszcze kilka lat temu, wyjątkowe w naszym mieście było to, że w ścisłym, historycznym centrum nadal mieszkali ludzie, których można było spotkać spacerujących z psami, niosących zakupy. Kraków nie był skansenem, lecz żywym miastem. Zniszczono to bezpowrotnie w ostatnich latach. Śródmieście Krakowa coraz bardziej się wyludnia. - W czasach mojej młodości większość moich kolegów mieszkała właśnie tutaj. Dzisiaj niewielu ich tutaj zostało - rozkłada ręce Tomasz Daros. Jak oblicza, stałych zameldowanych mieszkańców może być nawet dwukrotnie mniej mieszkających czasowo. (…) Pełna treść w załączniku:

Gazeta Wyborcza, 29 marca 2014

Kampania PO - przede wszystkim wśród wyborców

  PO chce w eurokampanii postawić przede wszystkim na kontakt bezpośredni z wyborcami, zwłaszcza z młodzieżą. Planowane są również regionalne konwencje z udziałem premiera Donalda Tuska. To będzie bardzo otwarta, ofensywna kampania - zapowiadają politycy Platformy. Główny przekaz kampanii PO nakreślił w ubiegłą sobotę podczas obrad Rady Krajowej szef PO Donald Tusk, który majowe wybory do Parlamentu Europejskiego ze względu na sytuację na Ukrainie określił jako najważniejsze w historii. "To nie będą dzisiaj wybory, debaty, dyskusje o unii bankowej, o tym, kto ile pieniędzy dostanie w UE (...) To będą wybory, które dotyczyć będą istoty sprawy, istoty naszej historii, bo także od tych wyborów zależeć będzie, czy Europa przetrwa" - mówił wówczas Tusk. Zachęcał partyjnych kolegów do kampanii bezpośredniej, spotkań z wyborcami. "Jeśli mówimy dzisiaj, że to będą wybory o tym, na ile bezpieczna jest Europa, na ile bezpieczna jest Polska, to nie ma w tym słowa przesady. To będzie także test na to, na ile jesteście gotowi w czasie tej bardzo trudnej kampanii tłumaczyć wszystkim w Polsce wagę i istotę tych wyborów - przekonywał lider PO. Szef sztabu wyborczego PO Tadeusz Zwiefka przewiduje, że kampania Platformy rozpocznie się na dobre dopiero w kwietniu. "Teraz jest etap zbierania podpisów - na serio kampania wyborcza, gdzie kandydaci będą spotykać się z wyborcami, zacznie się po rejestracji list" - powiedział PAP europoseł. Jak dodał, aktywność PO ma się koncentrować na kwestiach bezpieczeństwa w Europie i przyszłości UE. W połowie kwietnia planowana jest emisja drugiego już spotu wyborczego PO; pierwszy pt. "Tego potrzebuje dziś Polska" został zaprezentowany w tym tygodniu. Odbędą się też regionalne konwencje wyborcze - niektóre z udziałem Donalda Tuska. "Dziś trudno mi powiedzieć gdzie i w jakim wydarzeniu premier będzie uczestniczył, ale z całą pewnością będzie wspierał kampanię i naszych kandydatów, choć z pewnością to wsparcie nie będzie tak nasilone jak podczas kampanii parlamentarnej" - zaznaczyła w rozmowie z PAP rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska. Politycy Platformy deklarują, że w tegorocznej eurokampanii chcą postawić przede wszystkim na kontakt bezpośredni. "Będziemy mieć bardzo otwartą, ofensywną kampanię - dużo rozmów, spotkań" - zapewnił z rozmowie z PAP wiceszef PO, wicemarszałek Sejmu Cezary Grabarczyk. Według niego szczególnie istotna jest tu młodzież. "Młodzi są najbardziej proeuropejsko nastawioną grupą społeczną w Polsce, tak jak Platforma - ugrupowanie przewidywalne, z doświadczeniem w strukturach europejskich. Nie tylko przewodniczący PE Jerzy Buzek, ale też wyjątkowo ważny komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski i poprzednia pani komisarz Danuta Huebner są na listach PO" - zauważył Grabarczyk. Część władz regionalnych PO łączy eurokampanię z jesienną kampanią samorządową. Tak jest m.in. na Podlasiu. "W każdym powiecie odbywamy spotkania z udziałem marszałka województwa, wojewody, samorządowców i działaczy Platformy z przedstawicielami lokalnych społeczności, środowisk, liderami opinii, żeby rozmawiać o rozwoju ich wspólnot w nadchodzącej perspektywie europejskiej" - powiedział PAP szef podlaskiej PO Robert Tyszkiewicz. Zwrócił uwagę, że właśnie teraz powstają projekty i programy, które mają szansę otrzymać unijne wsparcie do 2020 roku. "Na tle tej dyskusji pokazujemy naszych kandydatów do europarlamentu i pokazujemy, jak ważne jest, by nasz region był dobrze reprezentowany na poziomie europejskim" - zaznaczył Tyszkiewicz. Podobnie jest w Małopolsce. "Planujemy dużo mówić o tym, co dzięki funduszom europejskim, którymi zarządzają ludzie PO, udało się zrobić w województwie, a zrobiono niemało" - zapowiedział w rozmowie z PAP szef regionalnego sztabu wyborczego Platformy, senator Bogdan Klich. Oprócz tego małopolscy działacze PO chcą przypomnieć dokonania swych europosłów. "Chcemy pokazać, że jest to ekipa wiarygodna i sprawdzona. Róża Thun trzykrotnie była wybierana europosłanką roku; Bogusław Sonik z kolei ma duże osiągnięcia, jeśli chodzi o kwestie energetyczne" - podkreślił Klich. Wpływ funduszy unijnych na inwestycje chce pokazać też mazowiecka PO. "Dzięki środkom europejskim bardzo dużo zyskała Warszawa - to jest metro, oczyszczalnia Czajka, remont Teatru Powszechnego" - przypomniał jeden z liderów stołecznej PO Marcin Kierwiński. Kampania na Mazowszu również ma opierać się na spotkaniach z wyborcami; oprócz tego będą też spoty wyborcze z udziałem kandydatów z obu okręgów wyborczych (warszawskiego i mazowieckiego). Na listach wyborczych PO do europarlamentu znaleźli się m.in. byli i obecni ministrowie rządu Donalda Tuska; większość obecnych europosłów Platformy oraz kilka osób spoza polityki, w tym znani sportowcy: pływaczka Otylia Jędrzejczak i b. trener reprezentacji Polski szczypiornistów Bogdan Wenta. Stołeczną listę otworzy europosłanka, b. unijna komisarz ds. polityki regionalnej Danuta Huebner; liderką listy mazowieckiej jest posłanka Julia Pitera. "Jedynka" w okręgu łódzkim to eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski, a w Wielkopolsce - pełnomocniczka rządu ds. równego tratowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. Na Dolnym Śląsku listę otworzy minister kultury Bogdan Zdrojewski, a na Pomorzu - unijny komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski. Na Kujawach i Pomorzu liderem listy został b. minister finansów Jacek Rostowski, a na Śląsku - b. premier i b. szef PE Jerzy Buzek. Z numerem "jeden" na liście na Pomorzu Zachodnim i w Lubuskiem kandyduje szef sejmowej komisji finansów Dariusz Rosati, listę na Warmii i Mazurach oraz Podlasiu otwiera b. minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbara Kudrycka. Listę PO w okręgu małopolsko-świętokrzyskim otwiera europosłanka Róża Thun. Liderką listy na Podkarpaciu jest europosłanka Elżbieta Łukacijewska, a z "jedynką" na Lubelszczyźnie wystartuje były spin doktor PiS Michał Kamiński.

Gazeta Wyborcza, 29 marca 2014

Konferencja "Po co nam Parlament Europejski?"

Umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a USA, stabilizacja strefy euro, tworzenie miejsc pracy dla młodych i kolejna perspektywa finansowa UE - te sprawy będą według posłów oraz kandydatów do PE przedmiotem gorącej dyskusji w nowej kadencji Parlamentu Europejskiego. Obecni europosłowie oraz politycy kandydujący do PE uczestniczyli w czwartek w Krakowie w konferencji "Po co nam Parlament Europejski?" zorganizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. "Parlament Europejski to instytucja niekonieczna. Lud zapewne by nie płakał, gdyby został on zamknięty, może za jednym wyjątkiem - sztabem urzędników w Brukseli i Strasburgu" - oceniła kandydatka Polski Razem do PE Jadwiga Emilewicz. Według niej mała frekwencja w tych wyborach to raczej dowód świadomości ludzi, że decyzja, jaką podejmujemy przy urnie "jest odległa o lata świetlne, od tego, co staje się potem przedmiotem debaty w PE". "Nie mamy poczucia kontroli" - podkreśliła Emilewicz. Ale, jak przyznała, skoro Parlament Europejski jest "grzechem byłoby go nie wykorzystać". W jej ocenie najistotniejszym wyzwaniem dla PE będzie w najbliższych latach umowa o wolnym handlu UE z USA oraz pakiet klimatyczny. W obronie europarlamentu stanął Jan Hartman kandydat Twojego Ruchu do PE. "Ze wszystkich instytucji UE, to właśnie Parlament Europejski jest tą instytucją, w której bije serce projektu utworzenia wspólnej, obywatelskiej przestrzeni na terenie całej Europy" - podkreślił Hartman. Według niego wszystkie kraje UE powinna jednoczyć silna waluta. Dodał, że również Polska powinna być w strefie euro. "Drugi element, który musimy przyjąć, to wspólna, rzeczywista reprezentacja zagraniczna całej UE. Unia powinna mieć też własne pieniądze pochodzące z podatku europejskiego od transakcji bankowych i możliwość finansowania zadłużenia z własnych europejskich obligacji" - powiedział Hartman. Europosłanka SLD Joanna Senyszyn za wyzwania na kolejne pięć lat uznała stabilizację systemów finansowych, zwłaszcza w strefie euro, poprawę konkurencyjności europejskiej gospodarki, ochronę konsumentów, umowę handlową z USA oraz kwestie budżetowe. "W 2016 r. będziemy nowelizować wieloletnie ramy finansowe na lata 2014-20. Z punktu widzenia socjalistów najważniejsza jest praca. 120 mln osób w Europie żyje w ubóstwie lub na jego na granicy, a 27 mln Europejczyków nie ma pracy. Tworzenie miejsc pracy dla młodych to wyzwanie, z którymi musimy się zmierzyć w najbliższej kadencji" - podkreśliła Senyszyn. Wśród osiągnięć minionej kadencji wymieniała m.in. odrzucenie umowy ACTA. Według europosła PSL Czesława Siekierskiego, czeka nas poważna dyskusja o relacji UE z USA oraz o nowym kształcie UE, w tym o jej finansowych podstawach po roku 2020. "Według mojej oceny po roku 2020 będzie oddzielny budżet dla krajów obszaru euro, bardzo federalistyczny i musimy zastanowić się nad naszym wejściem do strefy euro" - mówił Siekierski. Europoseł PO Bogusław Sonik uważa, że nie należy postrzegać UE wyłącznie przez pryzmat inwestycji i pieniędzy. "UE to największa instytucja na świecie udzielająca pomocy humanitarnej. Posiada specjalny fundusz na rzecz demokracji i finansuje misje obserwacyjne w krajach, które próbują wyjść z dyktatur" - przypomniał. Eurodeputowany PiS Ryszard Legutko zauważył, że nie tylko polskie społeczeństwo wie mało o Parlamencie Europejskim i nie tylko u nas frekwencja w wyborach do PE jest niska, bo podobnie jest we wszystkich krajach Wspólnoty. "To nie jest wyłącznie sprawa edukacji, ale dość niejasnego statusu tej instytucji" - ocenił Legutko. Jak wyjaśnił, głosując na konkretnego kandydata, nie do końca wiadomo, jakie ten wybór "będzie miał przełożenie polityczne". "Reakcja UE na kryzys strefy euro pokazała rzecz niepokojącą: niejasność procesu decyzyjnego" - zaznaczył Legutko. Jego zdaniem to jedna z rzeczy, wymagająca naprawy. "PE nie do końca funkcjonuje tak jak parlament. Nie ma w nim opozycji. Jedną z rzeczy, które robimy, to próba stworzenia opozycji wobec grupy, która nadaje kierunek aktualnej polityce" - podkreślił polityk. Według Legutki polityka europejska "doznała suwu ideologicznego na lewo", a PE "emituje rozmaite nie legislacyjne dokumenty będące manifestacjami światopoglądowymi" - jak je określił "encykliki". "To powinni się skończyć, by nie wkładać przesłania ideologicznego do każdego dokumentu" - uważa Legutko. Europosłanka Róża Thun (PO) zaznaczyła, że nie zajmuje się światopoglądem, a skupia się na legislacji. Według niej sukcesem minionej kadencji był budżet UE do roku 2020. Jak oceniła, jest on przejawem "europejskiej solidarności". "Wyzwaniem w kolejnych latach jest m.in. kontrola jakości dostępu do interentu. Chodzi o zagwarantowanie neutralności sieci, o to, żeby internet był miejscem rozwoju innowacyjności oraz o zniesienie barier na rynku elektronicznym" - mówiła Thun. Konferencję "Po co nam Parlament Europejski?" zorganizowali: Koło Studentów Stosunków Międzynarodowych UJ we współpracy z Instytutem Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ i Centrum Inicjatyw Międzynarodowych.

Gazeta Wyborcza, 27 marca 2014

XIV Powiatowy Turniej Wiedzy o Europie w ZSTE w Skawinie

W czwartek 27 marca br. w ZSTE w Skawinie odbył się XIV Powiatowy Turniej Wiedzy o Europie. Patronat nad Turniejem objęli: starosta krakowski Józef Krzyworzeka, wicestarosta Urszula Stochel, przewodniczący Rady Powiatu Krakowskiego Tadeusz Nabagło, dyrektor Wydziału Edukacji Starostwa Powiatowego Lidia Pycińska, burmistrz Miasta i Gminy Skawina Adam Najder, wójt gminy Czernichów Szymon Łytek, rektor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie prof. Michał Śliwa, rektor WSZiB w Krakowie prof. Włodzimierz Roszczynialski, prorektor ds. Nauki AGH w Krakowie prof. Zbigniew Kąkol, dyrektor ds. Rozwoju Elektrowni Skawina S.A. Marek Jaglarz, dyrektor Departamentu Edukacji i Kształcenia Ustawicznego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego Dariusz Styrna, poseł do Parlamentu Europejskiego Bogusław Sonik oraz poseł do Parlamentu Europejskiego Róża Thun. W Turnieju wystąpiły reprezentacje ośmiu szkół ponadgimnazjalnych ze Skały, Czernichowa, Giebułtowa, Krzeszowic i Skawiny. Wyniki w części indywidualnej: I miejsce Jakub Pałac ZSTE Skawina, II miejsce Damian Nowaczyk ZSTE Skawina III miejsce Michał Spyrka ZSTE Skawina, IV miejsce Daniel Kocoł ZSRCKU Czernichów V miejsce Barbara Baran ZSP Giebułtów VI miejsce Justyna Brańka LO Skawina i Sebastian Gnyp ZSP Krzeszowice. Wyniki w części drużynowej: I miejsce – Zespół Szkół Techniczno Ekonomicznych w Skawinie II miejsce – Liceum Ogólnokształcące w Skawinie III miejsce – Zespół Szkół i Placówek Oświatowych w Skale IV miejsce – Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych w Giebułtowie i Zespół Szkół Rolnicze Centrum Kształcenia Ustawicznego w Czernichowie V miejsce – Zespół Katolickich Szkół w Skawinie VI miejsce – Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych w Krzeszowicach i Liceum Ogólnokształcące w Krzeszowicach.  W imieniu sponsorów nagrody wręczyli m.in.: wicestarosta Urszula Stochel, wiceprzewodniczący Rady Powiatu Krakowskiego Krzysztof Karczewski oraz prof. Kazimierz Jeleń. Wicestarosta złożyła również podziękowania na ręce uczniów i nauczycieli. Otrzymali je: Dorota Karwat LO Skawina, Urszula Garlacz LO Krzeszowice, Ałła Wójcik ZSiPO Skała, Krzysztof Klohn i Robert Grajny ZSP Giebułtów, Konrad Rzepecki ZKS Skawina oraz Łukasz Skalny ZSP Krzeszowice. Gratulacje otrzymali także organizatorzy XIV Powiatowego Turnieju Wiedzy o Europie: Ewa Śnieżek, Aleksandra Sikorska, Katarzyna Luberda, Andrzej Spyrka i Andrzej Ciaptacz. Uczestnicy turnieju (dziękując za wsparcie i nagrody) zadeklarowali obecność na kolejnym – XV Turnieju Wiedzy o Europie, do czego zachęcał pomysłodawca i organizator konkursu Andrzej Ciaptacz.

Dziennik Krakowski, 8 kwietnia 2014

Gazowy szantaż

W 2005 roku, w Rzeczpospolitej ukazał się mój artykuł traktujący o przysłżosci naszego bezpieczeństwa energetycznego. Jak się okaząło po latach - zaskakująco trafny.  Pełna treść: Gdyby rząd nie wycofał się z kontraktu z Norwegią, już dzisiaj odbieralibyśmy stamtąd gaz, a zależność od dostaw z Rosji byłaby mniejsza. Choć europejscy i amerykańscy eksperci ostrzegają przed budową gazociągu bałtyckiego, polski rząd zachowuje w tej sprawie niezrozumiałą bierność.  Nie rozumiem, dlaczego budowa gazociągu bałtyckiego budziła w Polsce tak nikłe zainteresowanie. W grę wchodzą ogromne pieniądze, przede wszystkim zaś - bezpieczeństwo energetyczne, czyli jeden z najważniejszych strategicznych celów Polski. Minister Adam Rotfeld uznał, że decyzja Moskwy i Berlina o przeprowadzeniu rurociągu ze wschodu pod Bałtykiem z pominięciem Polski jest podyktowana "racjami ekonomicznymi". Nie zgadzam się z tym poglądem. Rurociąg bałtycki powstaje wbrew logice ekonomicznej i ekologicznej, za to zgodnie z logiką wykluczania Polski i dawnych republik sowieckich z decyzji o fundamentalnym dla nas znaczeniu. Gdyby budowa rurociągu bałtyckiego była czysto ekonomicznym porozumieniem spółek, których swobody decyzji politycy ani dyplomaci nie mogą naruszać, nigdy nie zdecydowano by się na tak kosztowne przedsięwzięcie. Koszt budowy jednej nitki gazociągu północnoeuropejskiego (przy maksymalnej przepustowości 30 mld m sześc.) szacuje się bowiem na 8 - 10 mld dolarów (wyliczenia International Energy Agency), a budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego - na 2 - 2,5 mld dolarów przy maksymalnej przepustowości ok. 33 mld m sześc. Jak widać, inwestorzy są gotowi płacić niemal czterokrotnie więcej za nieco mniejszą wydajność. Zatem nie względy ekonomiczne mają na uwadze. Przeciwnie. Mamy do czynienia z decyzją polityczną o strategicznym znaczeniu. Rurociąg bałtycki, zwany też północnoeuropejskim, ma połączyć bezpośrednio Rosję z Niemcami. Budowany będzie wbrew naszemu bezpieczeństwu energetycznemu. Naszemu, ale także Litwy i Łotwy, Ukrainy, Białorusi, również Czech i Słowacji oraz - w aspekcie bezpieczeństwa ekologicznego - wbrew interesom Estonii, Szwecji i Danii.   Ograniczone pole manewru Unia Europejska potrzebuje rosyjskiego gazu. Około 23 proc. jego unijnego zużycia pochodzi z Rosji. W Niemczech jest to już ponad 32 proc. - Jeszcze bardziej zależne są od tych dostaw nowe kraje UE, gdzie z Rosji pochodzi 73 do 100 proc. gazu - uważa Agata Łoskot, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich. Niektórzy fachowcy przewidują, że za 15 - 20 lat 70 proc. zużywanego w UE gazu będzie importowane z Rosji. Polska potrzebuje zarówno rosyjskiego gazu, jak i rozumnej dywersyfikacji dostaw. Nie niechęć wobec Rosji, lecz zdrowy rozsądek każą nam różnicować ich źródła. Bezpieczeństwo energetyczne to bowiem jeden z podstawowych celów każdego państwa; uważa się je także za jeden z priorytetów Unii Europejskiej. Tymczasem budowa gazociągu bałtyckiego ogranicza zasadniczo nasze pole manewru, na zawsze przekreślając możliwość importu gazu ze źródeł norweskich. Dlaczego? Bo prawo morskie wyklucza budowę dwu krzyżujących się nitek. Gdybyśmy - jak chciał rząd Buzka - zdecydowali się rozpocząć budowę gazociągu norweskiego, dzisiaj problem by nie istniał. W 2001 roku Polska podpisała umowę na zakup gazu z Norwegii: miał powstać gazociąg biegnący po dnie Bałtyku ze Skandynawii do Niechorza. Gdyby rząd Millera nie wycofał się z kontraktu, już dzisiaj odbieralibyśmy gaz z Norwegii, a bezpośrednie połączenie rurociągowe Rosji z Niemcami nie mogłoby powstać. Nasza pozycja w relacjach gospodarczych, a więc i politycznych, byłaby bez porównania korzystniejsza – także wewnątrz UE.   Ostatni atut - stracony Nie ulega wątpliwości, że dzisiaj celem Rosji jest utrzymanie quasi-monopolu na dostawy gazu i ropy do Europy Środkowej. Celem jeszcze ważniejszym wydaje się uniezależnienie od krajów, przez które dotychczas przesyłano gaz tranzytem na Zachód, czyli od Polski, Białorusi, Ukrainy i Słowacji: płynie przez nie ok. 70 proc. rosyjskich dostaw do Europy Zachodniej. Gazociąg bałtycki zapewnia realizację obydwu tych celów. Państwa Europy Środkowej staną się enklawą energetyczną tym bardziej zależną od dostaw rosyjskich, żegazociąg bałtycki biegł będzie po morskim dnie, a nie przez ich terytorium. Gazprom nie ukrywa swoich intencji, podkreślając, że gazociąg bałtycki obniży "ryzyko związane z tymi państwami". Rosja uzyska pełną niezależność, równocześnie uzależniając od siebie kraje Europy Środkowej. Dla Polski czy Słowacji (także Ukrainy) fakt, iż gazociąg biegł przez ich tereny, był jedynym atutem nieco równoważącym pozycję zależności energetycznej od Rosji. Budowa rurociągu bałtyckiego tę kartę wytrąca nam z ręki. Pryskają nawet pozory jakiejkolwiek równowagi. A przecież "równowaga uzależnienia" jest najlepszą rękojmią poprawnych stosunków wzajemnych.   Krótkowzroczność kanclerza Schrödera Sądzę, że jeśli na tę kwestię spojrzeć perspektywicznie, powstanie w UE enklawy państw niemal totalnie uzależnionych energetycznie od Rosji trzeba uznać za fakt sprzeczny z interesami Wspólnoty. Zawarte ponad naszymi głowami porozumienie Berlin - Moskwa jest nie tylko wyrazem braku solidarności wśród państw UE, ale przede wszystkim dowodem krótkowzroczności kanclerza Schrödera. Na uwagę zasługuje jednak stanowisko Friedberta Pflüegera, jednego z czołowych polityków CDU/CSU, który po podpisaniu porozumienia Gazpromu i firmy BASF w Hanowerze stwierdził, że bezpieczeństwo energetyczne Niemiec jest zagrożone. Ostrzegł też Europę, że Rosja tradycyjnie wykorzystuje energię jako potencjalny środek nacisku na zależne państwa ("New Europe", kwiecień 17 - 23. 2005). Bo to głównie Niemcy są zwolennikiem budowy gazociągu pod Bałtykiem, choć zwiększeniem dostaw rosyjskiego gazu zainteresowanych jest wiele państw. Kraje "15" sprowadzają gaz przede wszystkim z Norwegii i Algierii, a dostawy rosyjskie zaspokajają zaledwie 18 proc. ich potrzeb. Poza Niemcami rosyjskim gazem szczególnie zainteresowana jest Wielka Brytania, której zasoby na Morzu Północnym kończą się i która w najbliższych latach stanie się importerem gazu i ropy. Trudno się zatem dziwić, że kraje "15" chcą zwiększyć rosyjskie dostawy. Rosji również na tym zależy, gdyż UE stanowi dla niej najważniejszy i najbardziej dochodowy rynek zbytu gazu. Jego eksport zapewnia Rosji 12 proc. wpływów walutowych.   Druga nitka albo projekt Amber Co zatem zrobić, by wzrost eksportu rosyjskich paliw do UE nie odbywał się kosztem zaniedbania, czy nawet ogrzebania, interesów Polski i innych krajów Europy Środkowej? Takim rozwiązaniem była druga nitka gazociągu jamalskiego (niemal trzykrotnie tańsza w realizacji i eksploatacji) lub alternatywny projekt rurociągu Amber. Ten ostatni - przebiegający przez np.: Łotwę, Litwę, okręg kaliningradzkii Polskę - mógł lepiej spełnić oczekiwania zainteresowanych. Nie przystąpiono do jego budowy ze względu na "brak zainteresowania Gazpromu". - Gazprom nie jest jednak zwykłą spółką naftową, lecz instrumentem strategicznej polityki Kremla - uważa dr Przemysław Żurawski, ekspert EPL-ED, pracownik Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologii UŁ. Rząd rosyjski ma 38,37 proc. udziałów w Gazpromie i mianuje pięciu (spośród dziewięciu) jego dyrektorów. Prezes Gazpromu Aleksiej Miller nie kryje, że polityka tej firmy kształtowana jest w bezpośrednim porozumieniu z prezydentem Putinem "Der Spiegel". Wprawdzie Unia Europejska działa na zupełnie innych zasadach, lecz również dysponuje instrumentami (natury politycznej i ekonomicznej), które pozwalają na wywieranie nacisku w kwestii handlu paliwami. Uznając wagę rynku paliw w stosunkach gospodarczych z Rosją, nadano sprawie wysoką rangę polityczną. W ramach tzw. dialogu energetycznego prowadzone są regularne spotkania na poziomie ministerialnym. Natomiast instrumenty ekonomiczne, jakimi dysponuje Komisja Europejska, polegają bądź na bezpośrednim wsparciu finansowym, bądź ułatwieniu linii kredytowych dla przedsięwzięć uznanych za istotne. Gazociąg północnoeuropejski to przedsięwzięcie europejskiego koncernu EON (poszukującego partnerów w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii) oraz Gazpromu. KE teoretycznie wsparła koncepcję budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego, lecz w praktyce zdecydowano o priorytetowym charakterze budowy trasy bałtyckiej. Rozmowy na ten temat prowadzono na najwyższym szczeblu, szczególnie intensywnie - w 2003 roku. Prezydentowi Putinowi udało się wówczas przekonać do swych racji i Berlin, i Londyn.   Zawinił rząd Millera A ówczesny nasz rząd zrobił wszystko, by ułatwić mu zadanie. W lutym 2003 r. wicepremier Marek Pol podpisał na dostawy gazu z Rosji umowę, którą Najwyższa Izba Kontroli uznała potem za niezgodną z interesem Polski: "W trakcie renegocjacji warunków dostaw gazu z Rosji doszło do rażących naruszeń ustawy z 14 kwietnia 2000 r. o umowach międzynarodowych, za co główną odpowiedzialność ponoszą: premier Leszek Miller oraz wicepremier Marek Pol, a także minister gospodarki Jacek Piechota. Renegocjacje niekorzystnego dla Polski kontraktu na dostawy gazu z Rosji, doprowadziły do dalszego faktycznego ograniczenia możliwości dywersyfikacji". W pokontrolnym raporcie NIK napisano dalej: "Analiza poszczególnych rozwiązań zawartych w protokole wskazuje na zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju oraz niedostateczną ochronę interesów strony polskiej". W lutym 2003 roku w "Sygnałach dnia" wicepremier Pol oświadczył, że druga nitka gazociągu jamalskiego jest niepotrzebna: "nikt nie wybuduje rury, która będzie prowadziła donikąd i nie będzie miała końca, czyli odbiorców gazu. Zarówno my, w Polsce, na początku lat 90., jak i nasi partnerzy w Europie po prostu pomyliliśmy się w założeniach gazowych. Takich ilości gazu Europa nie potrzebuje, jak wtedy zakładano, stąd problem z drugą nitką". Kto wtedy doradzał wicepremierowi? Jak można było do tego stopnia się mylić? W tym samym roku rząd Millera wycofał się też z zaawansowanego już projektu budowy gazociągu łączącego Polskę z Norwegią. W wyniku tych decyzji Polska i inne kraje znalazły się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji.   Potrzebna wola polityczna Najistotniejsze jest, że budowa gazociągu bałtyckiego umożliwi Rosji stosowanie szantażu energetycznego (umotywowanego politycznie) wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dotychczas było to niemożliwe, bo odcięcie dostaw do tych państw oznaczało konflikt finansowy z krajami "15", czego Rosja unikała za wszelką cenę. Projekt bałtycki daje potężny instrument politycznego wpływu na sytuację w byłych krajach satelickich Rosji. Jedynie wola polityczna może dzisiaj sprawić, by znaleziono rozwiązanie nieco dla nas korzystniejsze. Podobne decyzje nie leżą bezpośrednio w gestii Parlamentu Europejskiego. Jednak planowana debata na forum Parlamentu niewątpliwie przyczyni się do wykazania skali problemu. Zarówno względy strategiczne, jak ekonomiczne i ekologiczne przemawiają bowiem przeciw gazociągowi bałtyckiemu, a za drugą nitką gazociągu jamalskiego lub projektu Amber. Na skutek budowy gazociągu bałtyckiego poszkodowanych będzie aż osiem krajów europejskich, w tym sześciu członków UE. Pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego polskiemu rządowi nie udało się przekonać d o tych racji unijnych partnerów.  

Rzeczpospolita, 2 lipca 2005

Gaz z Rosji da się zastąpić

Można go szybko sprowadzić z Norwegii czy Afryki albo zastąpić innymi paliwami. Eksperci widzą duże szanse na energetyczną niezależność UE od Moskwy. Ewentualna rezygnacja Unii Europejskiej z importu gazu ziemnego z Rosji jest poważnym wyzwaniem, ale możliwym do realizacji – przekonuje Georg Zachmann z instytutu Breugel, szacownego think tanku z Brukseli. W jego ocenie alternatywą są dostawy z innych kierunków, zmniejszenie zużycia gazu i zastępowanie innymi paliwami. Kraje UE importują z Rosji łącznie około 130 mld m sześc. gazu rocznie. W ubiegłym roku import ten zaspokajał 27 proc. popytu na to paliwo w Unii. Zdaniem Zachmanna rezygnacja z nich wywarłaby mniejszy wpływ na gospodarkę unijną niż kryzys naftowy z lat 70., który doprowadził do drastycznego wzrostu ceny ropy. Co ważniejsze, wstrzymanie importu z Rosji miałoby dużo bardziej dotkliwe skutki dla Moskwy niż dla UE. Koordynując działania poszczególnych krajów, Unia mogłaby znacznie ograniczyć koszty zastosowania w przyszłości jakiejś formy embarga na dostawy ze Wschodu. Alternatywne dostawy Import z Rosji przede wszystkim może być zastąpiony dostawami z innych kierunków. Jednym z nich jest Norwegia. Według Zachmanna rurociągiem z tego kraju można zwiększyć dostawy do 120–130 mld m sześc. rocznie. W 2013 r. wyniosły 102 mld m sześc. Takie możliwości widzą też inni eksperci. – Zwiększenie dostaw gazu z Norwegii do UE jest jak najbardziej możliwe – mówi Sławomir Hinc, prezes PGNiG Upstream International, która w ubiegłym roku wydobyła w tym państwie 0,34 mld m sześc. błękitnego paliwa. W jego ocenie Norwegia jest w stanie nie tylko zwiększyć dostawy, ale i zaoferować elastyczne ceny. Co więcej, niedawno w tym kraju udostępniono do poszukiwań Morze Barentsa, co poszerza możliwości importu w dłuższym terminie. – To obszar, który według części specjalistów może kryć złoża równie obfite w ropę i gaz, jak Morze Północne – twierdzi Hinc. Dodatkowe dostawy można realizować również gazociągami z Afryki Północnej. W tym przypadku chodzi o zwiększenie importu z 35 mld do 50 mld m sześc. rocznie. Koszt takiego gazu może być nieco wyższy niż średnia cena rosyjskiego w Europie i wynieść 350 dol. za 1 tys. m sześc. W ocenie ekspertów największe możliwości wiążą się jednak ze wzrostem importu przez terminale przyjmujące skroplony gaz ziemny (LNG). Łączne moce wszystkich terminali znajdujących się na terenie UE wynoszą aż 180 mld m sześc. rocznie, a kolejne 35 mld jest w budowie. Tymczasem w 2013 r. sprowadzono przez nie tylko 46 mld m sześc. surowca. Polska poradzi sobie bez gazu z Ukrainy Z danych GLE, europejskiego stowarzyszenia operatorów terminali LNG, wynika, że obecnie wszystkie takie porty na Starym Kontynencie mają wolne moce. – Nie brakuje także surowca – mówi Maciej Mazur, dyrektor komunikacji korporacyjnej Polskiego LNG, firmy, która odpowiada za budowę terminalu w Świnoujściu. Dodaje, że skroplony gaz to także paliwo atrakcyjne cenowo. – Od kilku lat mamy do czynienia ze sporym regionalnym zróżnicowaniem i spadkiem cen. To z powodu wzrastającej podaży LNG na świecie, jak i okresowego zmniejszenia zapotrzebowania wynikającego ze spowolnienia europejskich gospodarek – uważa Mazur. Ponadto jest wielu eksporterów LNG, do których dołączają nowi gracze, tacy jak Australia czy USA. Poza poszukiwaniem alternatywnych kierunków dostaw Unia może zmniejszyć zużycie gazu, zastępując go innymi paliwami, takimi jak węgiel czy ropa. Chodzi zwłaszcza o zmianę surowca przy produkcji ciepła i energii elektrycznej. Możliwości zastąpienia gazu innymi paliwami istnieją również przy produkcji przemysłowej. Na poziomie Wspólnoty można wreszcie dążyć do ograniczenia zużycia błekitnego paliwa, chociażby przez stosowanie energooszczędnych technologii przy ogrzewaniu mieszkań i innych pomieszczeń. Nowa solidarność W ocenie Bogusława Sonika, europosła PO, całkowite uniezależnienie się UE od dostaw gazu z Rosji jest teoretycznie możliwe. – Dotychczas w Brukseli skupiano się na zmianach klimatycznych na świecie. Sytuacja międzynarodowa, zwłaszcza na Ukrainie, jest jednak na tyle dynamiczna, że dziś dominuje myślenie o uniezależnieniu się Europy od dostaw gazu z Rosji – twierdzi Sonik. Można go szybko sprowadzić z Norwegii czy Afryki albo zastąpić innymi paliwami. Eksperci widzą duże szanse na energetyczną niezależność UE od Moskwy. W efekcie coraz bardziej możliwe jest urzeczywistnienie się wizji „solidarności gazowej". Polegałaby na dostawach surowca z państw UE mających jego dostatek do krajów cierpiących na niedobór. Marek Belka, prezes NBP, uważa, że Polsce raczej nie grożą ograniczenia dostaw gazu i ropy z Rosji. – Z prostego powodu: Rosjanie będą mieli dzisiaj raczej ból głowy związany z nieuchronnie, stopniowo przebiegającą redukcją zapotrzebowania na gaz i ropę ze strony Europy, a także zarysowującym się coraz wyraźniej spadkiem cen gazu na świecie – powiedział Belka. Gaz z USA nie trafi szybko do UE Kraje europejskie nie mogą liczyć na szybkie uruchomienie przez USA eksportu gazu ziemnego wydobywanego w tym kraju ze źródeł niekonwencjonalnych. Ernest Moniz, szef amerykańskiego Departamentu Energii był wielokrotnie pytany, czy sytuacja na Ukrainie i działania Rosji są tymi czynnikami, które spowodują przyspieszenie planów administracji dotyczących rozpoczęcia dostaw na Stary Kontynent. W odpowiedzi dla amerykańskiej edycji "Bloomberg Businessweeka" Moniz krótko powiedział: nie. Tym samym każdy z 24 wniosków na eksport skroplonego gazu ziemnego LNG do krajów nie należących do strefy wolnego handlu z USA będzie rozpatrywany tak, "jakby Krymie nadal był częścią Ukrainy". Zdaniem Moniza, być może w przyszłości USA będą w jakimś stopniu uwzględniać kryterium geopolityczneprzy rozpatrywaniu wniosków na eksport LNG. Wielu ekspertów od pewnego czasu zwraca uwagę, że najlepszym rodzajem sankcji dla Rosji w związku z aneksją Krymu byłoby doprowadzanie do obniżki światowych cen gazu poprzez eksport taniego gazu z USA. Dziś w Europie paliwo to jest około trzy razy droższe niż za Oceanem Atlantyckim. W USA surowiec jest tani głównie za sprawą wydobycia gazu z łupków i ograniczenia jego eksportu. Gdyby część tego paliwa trafiła do Europy, ceny gazu ziemnego mogłyby tu mocno spaść, doprowadzając do ograniczenia rosyjskich dostaw i tym samym wpływów Moskwy z handlu błękitnym paliwem. Na razie szanse na to są jednak na to niewielkie.

Rzeczpospolita, 25 marca 2014

Kluby go-go a tajlandyzacja Krakowa. Nie jesteśmy bezradni.

Zagęszcza się atmosfera wokół działających w centrum Krakowa klubów go-go. Najbardziej widoczne są one przy Drodze Królewskiej - głównie przez mieszczące się przy ul. Floriańskiej i Grodzkiej kluby sieci Cocomo - kamienice, w których się kryją, już od popołudnia świecą całe na czerwono. To złamanie zasad obowiązującego na Starym Mieście Parku Kulturowego, który zakazuje tego typu iluminacji. Eurodeputowany Bogusław Sonik zdradza, jak z inwazją różowej rozrywki poradziły sobie europejskie miasta. Czy miasto jest rzeczywiście bezradne wobec działających w prywatnych kamienicach klubów nocnych? Przez pewien czas radni zastanawiali się nad ograniczeniem na terenie gminy godzin otwarcia hipermarketów - może teraz powinni przenieść swoje zainteresowanie na inne placówki? Tak uważa eurodeputowany Bogusław Sonik, który przytacza doświadczenia Rygi i miast angielskich (list posła drukujemy poniżej). W Rydze rada miasta wprowadziła zakaz "erotycznych reklam", zakazała też działalności klubów nocnych w budynkach mieszkalnych. List Bogusława Sonika: Jak sobie radzić z "różową rozrywką" Widok klubu go-go w sercu Starego Miasta Krakowa zelektryzował ostatnio opinię publiczną. Chyba nie tego oczekujemy od centrum Parku Kulturowego. Warto jednak zaznaczyć, że Kraków nie jest jakimś odosobnionym przypadkiem i wiele miast, choćby europejskich, musiało sobie z tym poradzić. Oto kilka przykładów. Stolica Łotwy, jak większość wschodnioeuropejskich miast, od czasu otwarcia swoich granic przyciąga również tych turystów, którzy są bardziej zainteresowani życiem nocnym niż zabytkami i kulturą. Wraz ze zwiększającą się liczbą amatorów seksturystyki oraz przybytków "różowej rozrywki" na ulicach Rygi narastało niezadowolenie społeczne wywołane takim stanem rzeczy. Prace nad regulacjami ograniczającymi rozprzestrzenianie się klubów ze striptizem na ryskim starym mieście prowadzone były przy ogromnym poparciu społecznym ze strony mieszkańców, którzy sprzeciwili się przede wszystkim agresywnej promocji tychże miejsc, polegającej m.in. na nagabywaniu spacerowiczów. Zarówno mieszkańcy miasta, jak i turyści skarżyli się, iż niemożliwym jest przejście po historycznym centrum Rygi bez bycia nagabywanym przez promotorki z klubów go-go. Sytuacja analogiczna jak w Krakowie. Dyskusja na temat uregulowania działalności klubów erotycznych na obszarze historycznego centrum Rygi była w owym czasie jednym z głównych tematów w lokalnych mediach. Ostatecznie wprowadzono zakaz "erotycznych reklam", który radykalnie poprawił wizerunek starego miasta. Wkrótce rada miasta poszła jednak dalej i ograniczyła działalność samych klubów. Zakazano działalności lokali erotycznych w budynkach mieszkalnych, wszelkich lokalach stanowiących własność publiczną oraz w odległości mniejszej niż 300 metrów od instytucji edukacyjnych. Pomimo protestów ze strony właścicieli klubów władzom Rygi udało się osiągnąć cel - zerwano z wizerunkiem Rygi jako miasta seksturystyki. Z problemem boomu na lokale rozrywkowe o charakterze erotycznym zmagały się także brytyjskie miasta. Na uwagę zasługuje sposób, w jaki z problemem poradziły sobie Swansea oraz atrakcyjny turystycznie Bristol. W obu przypadkach władze lokalne posiadały uprawnienia do decydowania o ilości tego typu lokali w mieście, jednak to od mieszkańców wyszła inicjatywa działania na rzecz ograniczenia ich ilości. W Swansea, gdzie rada miasta każdorazowo przyznawała zezwolenie na działalność lokalu o charakterze "rozrywki erotycznej", ustalono liczbę takich lokali w obrębie miasta na "zero", a każdy wniosek o przyznanie zezwolenia na działalność odrzucano. Zmiany zostały poprzedzone konsultacjami społecznymi. Poparcie mieszkańców dla wprowadzanych zmian było przytłaczające. Chcieli oni, aby centrum miasta było postrzegane jako przyjazne dla rodzin o każdej porze dnia i nocy. W zeszłym roku wzorem Swansea poszło kolejne brytyjskie miasto - Bristol. Na stronie internetowej miasta pojawiła się petycja w sprawie całkowitego zakazu działalności tego typu lokali na terenie miasta. Może teraz czas na Kraków? Bogusław Sonik

Gazeta Wyborcza, 22 marca 2014

Dorobek małopolskich europosłów

Dziennik Polski posumowuje pięć lat pracy krakowskich europosłów: (...) Bogusław Sonik Krakowianin, ma 60 lat. Za PRL-u znany działacz demokratycznej opozycji, od 1983 r. na emigracji, wrócił z Paryża do Krakowa w 1996 roku, był przewodniczącym Sejmiku, dyrektorem biura Kraków 2000. Europosłuje od 10 lat, pięć lat temu zdobył ponad 52,3 tys. głosów. – Jestem autorem największego sukcesu polskiej delegacji, czyli uzyskania zielonego światła dla wydobycia gazu łupkowego w Europie, dzięki akceptacji przez Parlament Europejski tzw. Raportu Sonika – mówi podkreślając, że „gaz łupkowy jest szansą na pozyskiwanie czystej i taniej energii, zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego oraz dywersyfikację źródeł energii, co jest szczególnie istotne w kontekście obecnej sytuacji gospodarczo-politycznej w Europie”. Łupkom poświęcił „dwa lata wytężonej pracy”. Jako wiceszef komisji ds. środowiska PE odbył masę spotkań z naukowcami, przedstawicielami organizacji pozarządowych, lokalnymi społecznościami, przedsiębiorcami i inżynierami pracującymi przy odwiertach. – Udało mi się zebrać ponadnarodową i ponadpartyjną większość, a zarazem, dzięki czujności, zablokować wprowadzenie tylnymi drzwiami zakazu wydobycia gazu łupkowego – kwituje. Wskazuje też na rozsądny i korzystny dla Polski kompromis w sprawie dyrektywy tytoniowej, którą ostatecznie zatwierdził Parlament Europejski. –Wynegocjowane dzięki moim staraniom zapisy biorą pod uwagę zdrowie konsumentów, a zarazem uwzględniają interesy polskich plantatorów i producentów, dzięki czemu zachowane zostaną miejsca pracy – wylicza Bogusław Sonik. Mówi, że dzięki jego staraniom wiemy, co jemy: współtworzył harmonijny ogólnoeuropejski system oznakowania żywności. Doprowadził też do zaostrzenia, na wzór polskiego prawa, unijnych przepisów o dopalaczach. (...)

Dziennik Polski, 21 marca 2014

Obronić przed Rosją nasz „łupkowy rynek”

Konferencja w Krakowie. Na AGH dyskutowano o tym, czy gaz łupkowy stanie się w Polsce ważnym źródłem energii. Wykorzystanie tego paliwa może też zmienić układ sił na świecie. – Gaz w naszych skałach łupkowych jest – podkreślał prof. Jerzy Nawrocki, dyrektor Państwowego Instytutu Geologicznego. To ważne stwierdzenie, bo wcześniej raz po raz słyszeliśmy, że tak naprawdę nie wiemy nic pewnego o polskich złożach. Zapewnienie prof. Nawrockiego jest tym bardziej istotne, że padło na konferencji, która zgromadziła na krakowskiej AGH wielu specjalistów z całego kraju. Niemal wszyscy podkreślali, że w polskich łupkach tkwi ogromny potencjał, ale jest też mnóstwo do zrobienia. Za zimny prysznic trzeba uznać to, że dysponujący koncesją na poszukiwanie złóż gazu i ropy na Podkarpaciu niemiecki koncern energetyczny RWE uzgodnił właśnie warunki sprzedaży części swojego działu wydobywczego funduszowi LetterOne. Fundusz ten należy do rosyjskiego holdingu Alfa Group, którego głównym udziałowcem jest rosyjski oligarcha Michaił Fridman. Transakcja musi jeszcze zostać zatwierdzona przez radę nadzorczą RWE i władze kilku krajów. – Spełniają się czarne scenariusze, przestrzegające przed tym, że rosyjskie firmy będą odkupywać od zachodnich koncernów koncesje na poszukiwanie gazu i ropy w Polsce – mówi europoseł PO Bogusław Sonik, współorganizator wczorajszej konferencji na AGH. Sławomir Brodziński, główny geolog kraju powołał się na najnowszy raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE), z którego wynika, że wzrost wydobycia gazu w USA zagrozi interesom największych eksporterów tego surowca, z Rosją na czele. Według MAE, z tego powodu czekają nas poważne wstrząsy. Jej eksperci prognozują, że Moskwa zareaguje najpewniej w „charakterystyczny dla siebie sposób”. Andrzej Jagusiewicz, główny inspektor ochrony środowiska zapewnił, iż eksperci dokładnie rozpoznali zagrożenia, jakie mogą spowodować poszukiwania, wiercenia i eksploatacja gazu łupkowego. Nie powinniśmy się obawiać pod warunkiem, że firmy wykorzystają najnowocześniejsze technologie. Zwrócił uwagę, że na łupkach skorzystać mogą gminy, które nie będą przeszkadzać w poszukiwaniu i wierceniu. Jagusiewicz przypomniał, że najzamożniejszy w Polsce jest Kleszczów – gmina, w której zlokalizowana jest kopalnia węgla brunatnego „Bełchatów”. – „Gminy łupkowe” mogą być równie bogate – mówił. Zwracano uwagę na konieczność zwiększenia liczby tzw. odwiertów poziomych z obecnych ośmiu do co najmniej 150-300. Potrzeba na to większych pieniędzy, bo wykonanie jednego odwiertu kosztuje ok. 50 mln zł.

Dziennik Polski, 18 marca 2014

Po co nam ta Unia? - Liliana Sonik

Cały ten zgiełk. Zbieram się jak pies do jeża, lecz czas najwyższy się wywiązać. Jestem Państwu winna wyjaśnienia. Bo często krytykuję tu Unię Europejską, równocześnie podkreślając, jakie to szczęście, że do Unii należymy. Ktoś mógłby więc zapytać, co naprawdę myślę o Unii i naszej w niej obecności. Otóż myślę to, co dzisiaj rzeczywistość dobitnie pokazuje. Gdy rosyjskie wojska spacerkiem wchodzą na Ukrainę, gdy zajmowane są ukraińskie porty, lotniska, urzędy, wtedy każdy chyba w Polsce Bogu dziękuje,że jesteśmy fragmentemUnii Europejskiej. Proszę sobie wyobrazić, jakie byłyby nasze nastroje teraz, gdybyśmy byli poza Unią i poza NATO. Jak Ukraina stalibyśmy się terytorium potencjalnego "odzysku". Dzisiaj inwazja nam nie grozi, bo oznaczałaby ni mniej ni więcej tylko rzeczywistą III wojnę światową. Doskonale rozumie to Putin i jego doradcy. Nawet rozlazła Europa to doskonale rozumie. Brak entuzjazmu Zachodu do irytowania Moskwy mnie nie dziwi. Przecież tam niektórzy zastanawiają się, gdzie Krym, gdzie Rzym, a gdzie Paryż czy Londyn. Ale już nikt nie ma wątpliwości, gdzie leży Warszawa. Z dniem akcesji do Unii,1 maja 2004 roku, nasza sytuacja stała się radykalnie inna niż Ukrainy. Korzyści z Unii nie ograniczają się do bezpieczeństwa ani nawet do pieniędzy,których efekt widać gołym okiem. Jest jeszcze prawo europejskie. Czasem nam ono doskwiera i wtedy psioczymy, że jest idiotyczne (choć więcej bubli fabrykuje nasz Sejm), ale znacznie częściej europejskie prawo sensownie organizuje rzeczywistość. Kreml ma wielowiekowe doświadczenie dezinformacji. Jak pisał Janusz Szpotański: "wkładać na czapkę główkę trupią? O Boże mój, kak eto głupio"… Maksymę, że w wojnie pierwszą ofiarą jest prawda, Kreml przyjął i twórczo rozwinął. Propagandą uprzedza i przygotowuje swoje posunięcia.Rosjanie z Krymu obiecują sobie złote góry po przyłączeniu do Rosji. Patrzą w rosyjską telewizję, z której płynie szambo kłamstw i strachu przed "faszystami" z Zachodu. I ludzie temu wierzą. Wcale nie pytają, dlaczego- skoro w Rosji żyje się tak dostatnio i oddycha wolnością - dlaczego Rosjanie żyją 12 lat krócej niż Polacy,a 14 lat krócej niż obywatele Unii Europejskiej? Nie wiemy, jak skończy się ukraińska awantura. Ale jestem wściekła. Putin wypuścił dżina z butelki i nie widać żadnego Alladyna, który unieszkodliwiłby demona. Za naszą granicą powstała strefa konfliktu, jeśli nie gorącego z użyciem czołgów i rakiet, to tlącego się z prawdopodobną bombą zegarową terroryzmu w tle. Kreml podpalił lont napięć etnicznych, gospodarczych i politycznych. Bo tak mu jest na rękę. Trzeba uważnie obserwować Ukrainę, mając w pamięci maksymę przytoczoną wyżej, że pierwszą ofiarą konfliktu jest prawda. Proponuję jednak zapamiętać również inną tezę, którą 2 tysiące lat temu w Germanii sformułował Tacyt: "w bitwie pierwsze przegrywają oczy". Przegrywa ten, kto pierwszy się przestraszy przeciwnika,ten, kto spanikuje.

Dziennik Polski, 17 marca 2014

Sonik: UE w sprawie Ukrainy nie doceniła determinacji Rosji

Unia Europejska nie doceniła determinacji Rosji w tym, żeby nie dopuścić za wszelką cenę do podpisania przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z UE – mówi w rozmowie z portalem wyborydoparlamentu.eu Bogusław Sonik, poseł PO do Parlamentu Europejskiego. Czy Pana zdaniem Unia Europejska zrobiła wszystko, co było możliwe, w sprawie Ukrainy? Teraz należy się skupić bardziej na zarządzaniu kryzysowym niż na retrospektywie tego, jakie zaniechania zostały popełnione. Myślę, że na to oczywiście powinien przyjść czas, należy bowiem zweryfikować sposób prowadzenia europejskiej polityki sąsiedztwa wobec Wschodu.  Na pewno można powiedzieć, że instytucje europejskie nie doceniły znaczenia geopolitycznego podpisania układu stowarzyszeniowego Ukrainy z Unią Europejską i nie doceniły również determinacji Rosji, w tym żeby do tego nie dopuścić za wszelką cenę. Jakie działania w kwestii ukraińskiej powinna w tym momencie podjąć Unia? Każde polityczne działania na najwyższym szczeblu są teraz niezbędne. Chodzi również o to, aby wywierać wpływ na Rosję, która w tej chwili pociąga za sznurki, jeśli chodzi o sytuację na Ukrainie i nie chce dopuścić do jej zbliżenia z Zachodem. Podkreślam jednak, że środki polityczne są niezbędne, ale nie są wystarczające. Na pewno należy uruchomić unijne inicjatywy na wszelkich możliwych poziomach, także w takim zakresie jak pomoc humanitarna, medyczna. Należy również zaktywizować partnerstwa pomiędzy polskimi a ukraińskimi regionami. Pełna treść wywiadu dla portalu  - wyborydoparlamentu.eu  - dostępna tutaj:

wyborydoparlamentu.eu, 21 lutego 2014

Unia łupków się nie boi -komentarz na Biznes Alert

W Parlamencie Europejskim przez wiele miesięcy toczył się spór między zwolennikami a przeciwnikami gazu łupkowego. Argumenty przeciwników wydobycia gazu łupkowego nie przekonały jednak Komisji Europejskiej, która wydała ostatnio jedynie wytyczne w sprawie prac poszukiwawczych i wydobywczych ujęte w rekomendacji. Unia postawiła na bezpieczeństwo energetyczne. Zostawiła tym samym swobodę rządom państw członkowskich w formułowaniu warunków wydobywania surowców energetycznych. Europa długi czas była wobec gazu łupkowego sceptyczna. Pojawiły się lęki – uzasadnione i nieuzasadnione – za to stymulowane, często za pomocą niesprawdzonych informacji. Trzeba pamiętać, że lobby antyłupkowe to nie tylko wrażliwi niewinni miłośnicy natury, ale również potężne grupy interesów walczące o utrzymanie własnej pozycji. Ofensywa obu stron, czyli zwolenników i przeciwników gazu łupkowego, trwała od dawna, ale wyjątkowe natężenie osiągnęła przy okazji powstawania tzw. „raportu Sonika”, dającego zielone światło dla wydobycia gazu łupkowego, ale przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa. Podstawową zasadą mojego raportu było tzw. podejście ostrożnościowe. Podkreśla ono, że gaz łupkowy to paliwo, które może być wydobywane, ale konieczne jest stworzenie europejskiego katalogu najlepszych dostępnych praktyk technologicznych, prowadzenie stałego monitoringu i kontroli procesu wydobycia, minimalizacja ryzyka, pełna transparentność działań – obowiązek deklarowania składu i stężenia składu chemicznego płynów hydraulicznych, minimalizacja użycia toksycznych substancji. Zagwarantowanie tych standardów jest też korzystne dla przemysłu, ponieważ zabezpiecza przychylność władz i obywateli zamieszkujących tereny eksploatacji. Przedsiębiorcy są przygotowani, że w fazie wydobycia przemysłowego będą zobowiązani do przeprowadzania oceny oddziaływania na środowisko. Tyle wynika z mojego raportu z 2012 r. Końcem stycznia Komisja Europejska zajęła stanowisko wobec powyższej kwestii. Wydobywanie węglowodorów ze złóż niekonwencjonalnych nie będzie ograniczane, póki co unijnym prawem. Wydano natomiast rekomendację wzywającą kraje członkowskie do odpowiedniej interpretacji i przestrzegania  już istniejących praw, podkreślając potrzebę zachowania jak najwyższych standardów bezpieczeństwa. Z obowiązujących  unijnych przepisów należy zwrócić szczególną uwagę na dyrektywy: o ocenach oddziaływania na środowisko (EIA i SEA), o odpadach górniczych, emisjach przemysłowych, dyrektywy wodnej, dyrektywy w sprawie wód podziemnych, dyrektywy w sprawie odpadów, dyrektywy w sprawie odpowiedzialności za szkody w środowisku czy rozporządzenia REACH o substancjach chemicznych. Większość z nich jest z powodzeniem od dawna wprowadzana w życie, a duża część krajowych przepisów okazuje się spełniać stawiane przez rekomendację wymagania. Komisja Europejska kładzie również nacisk na konieczność kontaktu firm z lokalną społecznością. Podkreśla się też, że operatorzy, zanim rozpoczną działalność, powinni dostarczyć gwarancje finansowe albo ich ekwiwalent pokrywający potencjalne szkody w środowisku. Wprowadzanie w życie rekomendacji przez poszczególne państwa członkowskie będzie monitorowane przez najbliższe 18 miesięcy. Pierwszy raz rządy będą musiały przedstawić sprawozdanie z prowadzonych prac do grudnia 2014. Unia oddaje zatem kwestie łupkowe w ręce państw członkowskich. W najbliższym czasie konieczne będzie stworzenie narodowych programów rozwoju tego sektora. Na razie takowych brak. Są już jednak konkretne posunięcia premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona, który ogłosił niedawno, że każdy lokalny samorząd, który wyda zezwolenie na wiercenia otrzyma 1% zysków z wydobycia i całość wpływów z podatku lokalnego wnoszonego przez firmy energetyczne. W Polsce przedstawiono natomiast już propozycje zmian w ustawie Prawo Geologiczne i Górnicze, zakładające m.in. wprowadzenie tylko jednej koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złoża węglowodorów oraz wydobywanie węglowodorów ze złoża. To posunięcie na pewno uprości proces przyznawania koncesji i zmniejszy biurokrację. Mając na uwadze progi emisji CO2 jakie postawiła sobie UE do 2030 roku,  potencjalny gaz ze złóż niekonwencjonalnych będzie z pewnością brany pod uwagę w ogólnym mixie energetycznym.  Pierwsze ważne słowa w tej kwestii mogą  paść na  marcowym szczycie szefów państw Unii Europejskiej, gdzie będą poruszane sprawy wpływu wysokich cen energii  na konkurencyjność Unii względem gospodarki USA.

Biznes Alert, 6 lutego 2014