blog

Francja-Niemcy: pakt budżetowy i przywództwo Unii

Na początku października francuskie Zgromadzenie Narodowe, a po nim Senat, będą głosować nad ratyfikacją paktu budżetowego. „La Tribune” sprzed kilku dni pisze, że ambicją rządu francuskiego jest, ażeby za paktem głosowała cała lewica. Dziś już wiemy, że tak nie będzie – do czego jeszcze wrócimy – ale warto przytoczyć wywód dziennika w tej kwestii, bo pokazuje on cele i strategię europejską francuskich socjalistów. „La Tribune” zauważa, że o ile taktyka europejska pani Merkel polega na ciągłym przypominaniu, że jej pro-europejskie nastawienie ma w Niemczech wielu wrogów, nie tylko wśród opozycyjnych socjaldemokratów, ale i wśród sojuszników z FDP, a nawet w szeregach jej własnej partii, o tyle taktyka francuskiego premiera jest odwrotna. „Teoretycznie Jean-Marc Ayrault (...) mógłby, oczywiście, posłużyć się Zielonymi, którzy odrzucają głosowanie za paktem, tak, żeby odegrali rolę podobną do tej, jaką odgrywają w Niemczech liberałowie, tzn. krnąbrnego koalicjanta, który uniemożliwia zbyt duże ustępstwa [na rzecz Unii]. Mógłby z nich uczynić alibi dla swojej nieustępliwości [w stosunku do Niemiec]. Musi jednak realistycznie wyjść z konstatacji, że pozycja Paryża w europejskim układzie sił nie pozwala mu na razie na stawianie warunków co do kształtu mechanizmu wynegocjowanego przed dojściem socjalistów do władzy. Aby odzyskać właściwą pozycję w stosunku do Niemiec oraz do innych państw, które nie podzielają jego poglądów ekonomicznych, rząd Ayrault nie ma w rzeczywistości innego wyboru jak tylko uzyskanie od francuskiego parlamentu masowego poparcia dla Prezydenta Republiki [który nawołuje do ratyfikacji] (...). Przyjmując taką taktykę szef rządu pokazuje się nie tylko jako mniej cyniczny niż jego niemiecka partnerka, ale także zastawiania na przeciwników traktatu pułapkę. Głosowanie na >>nie<<, mówi im, to osłabianie Hollande’a, a zatem wzmacnianie Merkel, a to oznacza zmniejszanie szans na wpływ [Francji] na strategię wychodzenia z kryzysu dyktowaną przez Niemcy” (http://www.latribune.fr/actualites/economie/union-europeenne/20120920trib000720422/pourquoi-il-est-important-pour-hollande-que-les-deputes-de-gauche-votent-tous-le-traite.html). W dalszym planie strategia francuskiego premiera byłaby przygrywką do planów przejęcia rządów w Unii, po wyborach 2014 roku, przez socjaldemokratów – konkluduje dziennik. Tymczasem ta strategia sypie się. Jak pisze „L’Express”, nie tylko partia Europe-Ecologie-Les Verts, czyli francuscy Zieloni, już ogłosiła, że jej deputowani zagłosują przeciw, ale nawet część polityków Partii Socjalistycznej zgłasza obiekcje i zapowiada, że nie poprze w tej sprawie rządu. Tym bardziej rząd nie może tu liczyć na Front Lewicy i na komunistów. Pozostaje mu skorzystać z poparcia opozycyjnych UMP i UDI, co jest wyjściem politycznie mało komfortowym. Opozycja bowiem chętnie przypomni, że pakt jest dziełem Nicolasa Sarkozy’ego, a François Hollande wbrew zapowiedziom w kampanii wyborczej nie doprowadził do jego renegocjowania, co miało być dla socjalistów warunkiem sine qua non, a - jak widać - nie jest (http://www.lexpress.fr/actualite/politique/traite-europeen-qui-est-pour-qui-est-contre_1148356.html).

Blog Bogusława Sonika, 27. września 2012

Trybunał w Karlsruhe i przyszłość Unii

Orzeczenie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego było w Unii oczekiwane z niezwykłym zainteresowaniem. Stąd i liczne komentarze po wyroku przychylnym dla uczestnictwa Niemiec w pakcie budżetowym i w Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym. „Europolitique” objaśnia sens orzeczenia trybunału w Karlsruhe. Kwalifikuje ono ustawy ratyfikujące pakt budżetowy o EMS jako zgodnie z niemiecką konstytucją. „EMS, który w przyszłości ma zastąpić istniejący od dwóch lat Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej, jest wyposażony w 500 mld euro kapitału pożyczkowego, z czego największa część pochodzi od Niemiec, jako największej gospodarki w strefie euro. EMS miał wejść w życie na początku lipca, ale nie mógł ruszyć przed ostatecznym zaakceptowaniem przez [wszystkie] państwa członkowskie (państwa mają 90-procentiwy udział w jego kapitale), stąd niemożliwość obejścia Niemiec [które go ratyfikowały w czerwcu, ale potem wpłynęła skarga do Trybunału Konstytucyjnego]. Jeśli zaś chodzi o pakt budżetowy, który obowiązuje 25 z 27 państw członkowskich UE do większej dyscypliny budżetowej [0,5 proc. PKB od 2018 roku] i przewiduje sankcje za złamanie tych zobowiązań, ma on wejść w życie 1 stycznia 2013, o ile tylko zaaprobuje go co najmniej 12 z 17 państw-członków strefy euro”. Ogólna ocena decyzji z Karlsruhe przez „Europolitique” jest następująca: „To dla strefy euro jak wyjęcie potężnego kolca ze stopy” (http://www.europolitique.info/economie-monnaie/la-justice-allemande-valide-le-sauvetage-de-l-euro-art342789-26.html). „La Tribune” pisze, że warunki, pod jakimi niemiecki sąd konstytucyjny uznał ustawy ratyfikujące EMS, stanowią rodzaj prawa veta dla Niemiec. Rzecz polega na tym, że sędziowie nakazali, aby każdorazowe podwyższenie kapitału EMS uzyskało zgodę przedstawiciela Niemiec, ta zaś jest możliwa tylko w przypadku wcześniejszej zgody Bundestagu. Dziennik konkluduje: „To ulga dla ogółu przywódców europejskich, ponieważ brak zgody Trybunału dla udziału Niemiec w EMS zablokowałby całą europejską antykryzysową strategię” (http://www.latribune.fr/actualites/economie/union-europeenne/20120912trib000719077/la-cour-de-karlsruhe-valide-le-mes-et-le-pacte-budgetaire.html). Poczucie ulgi jest dominujące. Jean-Claude Juncker, szef Eurogrupy juz zapowiedział zwołanie na 8 października Rady Dyrektorów EMS.

Blog Bogusława Sonika, 26. września 2012

Kryzys i federalizm

W dniu, w którym niemiecki Trybunał Konstytucyjny zgodził się na udział Niemiec w pakcie budżetowym i w Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym, przewodniczący Komisji Europejskiej wygłaszał doroczne orędzie o stanie Unii. Zbieżność, nie wiadomo, czy przypadkowa, ale na pewno symboliczna. José Manuel Barroso zaapelował w swym przemówieniu o reformy instytucjonalne, które miałyby prowadzić w perspektywie do stworzenia federacji państw narodowych, co implikowałoby konieczność wypracowania i zatwierdzenia nowego traktatu. W innych warunkach tego rodzaju wizja europejskiego przyspieszenia byłaby, być może, podchwycona z entuzjazmem – przynajmniej przez większościowe partie w PE. Teraz, w warunkach kryzysu, jest inaczej. Piszą o tym „Les Echos”: „To ambitne przemówienie zostało przyjęte z rezerwą w wielkiej, futurystycznej, sali Parlamentu w Strasburgu. Rozgorączkowane przez trzy lata kryzysu obie główne formacje oczekują >>najpierw znalezienia rozwiązań dla dzisiejszych problemów<<, jak to powiedział Hannes Swoboda, lider socjalistów. >>Jestem za zmianą traktatu na średnią i na długą metę, ale teraz trzeba przede wszystkim konkretnych działań<<, podkreślił Joseph Daul, szef konserwatywnej EPL. >>Jestem zakłopotany i uważam, że to jest mowa niemiecko-niemiecka, którą José Manuel Barroso podtrzymał, aby przejąć inicjatywę<<, uważa Alain Lamassoure z EPL. Rzeczywiście Angela Merkel nie tak dawno wyłożyła ideę nowego traktatu. W Paryżu nie ma jednak podobnego apetytu na coś, co się tu nazywa >>ucieczką do przodu<<. >>Reformy instytucjonalne nie są priorytetem. W pewnym momencie będą przydatne, ale trzeba je dobrze przygotować i zadbać o to, aby opinia publiczna odnalazła jakieś minimum zaufania dla projektu europejskiego<<, mówi się w otoczeniu Pałacu Elizejskiego” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202263861934-barroso-propose-un-nouveau-traite-europeen-361603.php). Nietrudno dostrzec w tej ostatniej opinii echo europejskich perturbacji z traktatami w ostatnich latach. Także na portalu „Europolitique” czytamy, że propozycja Barroso nie zachwyciła: „Federacja państw narodowych, nie, nie, to znowu to samo [co mamy], to Rada Europejska [czyli obecny ustrój UE]<<, oświadczył Guy Verhofstadt [szef liberałów w PE], podkreślając, że przywódcy europejscy nie potrafili jak dotąd znaleźć odpowiedzi na kryzys. >>Nie potrzebujemy dla Europy przyszłości nacjonalistycznej, ani narodowej<<. Potrzebujemy >>dla Europy przyszłości post-narodowej, federalnej Unii europejskich obywateli<<, powiedział Verhofstadt z naciskiem” (http://www.europolitique.info/institutions/une-f-d-ration-d-tats-nations-barroso-peine-convaincre-art342820-32.html). Jak więc widać, o ile dla chadeków i socjalistów wizja Barroso jest zbyt ambitna, dla liberałów jest zbyt zachowawcza.

Blog Bogusława Sonika, 24. września 2012

Euro nad przepaścią

Tym razem to już chyba serio. Jacques Sapir, ekonomista o uznanej renomie (prawda, że politycznie związany ze skrajną lewicą) publikuje na łamach „Le Monde” tekst nie pozostawiający wspólnej walucie europejskiej złudzeń. W sytuacji, w jakiej znalazła się dziś strefa euro, jedynym racjonalnym rozwiązaniem jest powrót jej członków do walut narodowych – taka jest główna myśl tego artykułu. „Przywódcy europejscy nabrali przekonania, że ten kryzys jest związany z zadłużeniem, co powoduje problemy (one są faktem) z płynnością finansową. Stąd proponowane rozwiązanie: oddłużenie przez ostrą kurację oszczędnościową. Ale polityka oszczędnościowa powoduje załamanie się wpływów podatkowych, co widoczne jest w przypadku Grecji, Hiszpanii i Włoch, a to z kolei pogłębia deficyt budżetowy i dług publiczny. Kryzys zadłużenia jest tylko bezpośrednią konsekwencją kryzysu konkurencyjności wewnętrznej i zewnętrznej, wynikającej z istnienia wspólnej waluty euro. Różnice w konkurencyjności nie przestają pogłębiać się w ostatnich latach. Dzisiaj prowadziłyby one [gdyby chcieć wyrównać bilanse handlowe pomiędzy Niemcami a ich partnerami] do natychmiastowych cięć płac rzędu 20 proc. we Francji, znacznie większych w Hiszpanii i we Włoszech, już nie mówiąc o Grecji i Portugalii. Z braku takich cięć kraje, których dotyczy ten problem, są skazane na powiększanie się ich deficytu handlowego i na zamykanie całych gałęzi przemysłu” (http://www.lemonde.fr/idees/article/2012/09/03/il-est-urgent-de-dissoudre-la-zone-euro_1754265_3232.html). Możliwe są – pisze dalej Sapir – trzy rozwiązania. Pierwsze to znaczne podwyższenie płac w Niemczech, co jest nierealne. Drugie to obniżenie płac w krajach zadłużonych – co się stopniowo dzieje, ale towarzyszą temu protesty społeczne. Trzecie rozwiązanie jest najmniej kosztowne i najskuteczniejsze: dewaluacja waluty w krajach zadłużonych. Teraz nie da się tego zrobić z powodu istnienia wspólnej waluty dla niekonkurencyjnej Grecji i dla nad-konkurencyjnych Niemiec. Trzeba więc porzucić euro. Tymczasem inna trudność dla strefy euro może powstać w przyszłą środę (12 września), kiedy to niemiecki Trybunał Konstytucyjny ma rozstrzygnąć o zgodności z konstytucją paktu budżetowego i Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. Jeśli decyzja trybunału z Karlsruhe byłaby negatywna, byłby to cios dla operacji ratowania euro. Pisze o tym „Le Parisien”: „Od dwóch lat niemiecki sąd konstytucyjny, dbający o zagwarantowanie praw parlamentu niemieckiego w dziedzinie polityki europejskiej, wypowiadał się już kilkakrotnie w kwestii pomocy gospodarczej w ramach UE, systematycznie nakazując włączenie do tego procesu niemieckich deputowanych” (http://www.leparisien.fr/flash-actualite-economie/la-zone-euro-attend-avec-inquietude-une-decision-de-la-justice-allemande-03-09-2012-2148403.php).

Blog Bogusława Sonika, 7. września 2012

Rumunia: zagrożona demokracja?

Próba odsunięcia przed upływem kadencji prezydenta jest w państwie demokratycznym czymś wyjątkowym i raczej niezbyt szczęśliwym rozwiązaniem ustrojowym. Taka próba nastąpiła właśnie w Rumunii i nie powiodła się. Usunięty od władzy przed miesiącem przez większość parlamentarną prezydent Traian Basescu obronił się w referendum. Wcześniej rządowi nie powiodła się próba zmiany konstytucji - zmiany która pozwoliłaby odwołać głowę państwa przy frekwencji mniejszej niż 50 proc. Nie udało się to dzięki skutecznym naciskom Unii Europejskiej. Premier, Victor Ponta, musiał tłumaczyć się ze swoich zamierzeń przed Komisja Europejską, a z części z nich zrezygnować. Ten przykład pokazuje, że sytuacja w Rumunii jest pod lupą Unii. I tłumaczy zainteresowanie Brukseli, a także stolic europejskich tą sytuacją. Kolejne etapy przesilenia politycznego w Rumunii w ostatnich miesiącach przypomina „Le Monde”. Włącznie z ostatnim akordem: tylko 46 proc. uprawnionych do głosowania wzięło udział w niedzielnym referendum, więc mimo, że miażdżąca większość spośród nich opowiedziała się za destytucją prezydenta, ten zostanie przywrócony na urząd. Wszelako to nie kończy problemu. Jak pisze „Le Monde”, nie należy się spodziewać nagłego przypływu kultury politycznej w obu wrogich obozach politycznych, a zatem trudności są jeszcze przed nami. W konkluzji czytamy: „Wobec powiększających się obaw co do zdolności Rumunii do pełnego przyjęcia europejskich wartości i kryteriów, Bruksela i państwa członkowskie muszą koniecznie wzmóc presję na Rumunię, jak to miało miejsce w przypadku Węgier, ażeby przywołać jej klasę polityczną do porządku” (L’UE et le casse-tête de la politique roumaine, 31.07.2012). Mocno powiedziane. Wydaje się, że bliższa prawdy o Rumuni i Węgrzech (a w domyśle o byłej Europie Środkowej, od niedawna w Unii, nie dojrzałej jeszcze do demokracji) jest debata we „France24”. Jej uczestnicy, nie potępiając przecież Komisji za ostrzeżenia skierowane pod adresem Budapesztu i Bukaresztu, starają się rozróżniać pomiędzy słowami a czynami; podkreślają znaczenie komunistycznej przeszłości (np. zwracają uwagę, że Victor Ponta, nazywany na Zachodzie politykiem socjalistycznym, jest w istocie spadkobiercą partii komunistycznej) i zwracają uwagę na rolę kultury politycznej i społeczeństwa obywatelskiego dla funkcjonowania mechanizmów demokratycznych. Wato obejrzeć: http://www.france24.com/fr/20120731-debat-roumanie-traian-basescu-hongrie-viktor-orban-union-europeenne-partie1. Ciekawą analizę sytuacji w Rumunii daje „Le Figaro”. Zachowując krytyczny dystans do obu stron konfliktu dziennik, mimo to, konkluduje: „Jego [prezydenta Basescu] silna osobowość nie powinna jednak przesłaniać prawdziwej stawki tego kryzysu: podważenia oligarchicznego systemu odziedziczonego po czasach transformacji ustrojowej, to znaczy systemu kontroli instytucji i aparatu państwa przez nową klasę przedsiębiorców, którzy wzbogacili się w niejasnych okolicznościach w momencie przejścia do gospodarki rynkowej. I trzeba przyznać, że mimo zachęt ze strony Brukseli, walka z korupcją na wielką skalę pozostawała bez efektów aż do czasu objęcia władzy przez Basescu” (http://www.lefigaro.fr/international/2012/07/29/01003-20120729ARTFIG00221-les-roumains-ont-decide-du-sort-de-leur-president.php).

Blog Bogusława Sonika, 9 sierpnia 2012

Unia: kryzys i instytucje

W miarę jak nie widać wyjścia z kryzysu euro, pojawia się coraz więcej pomysłów na reformy instytucjonalne w Unii, a w każdym razie w strefie euro. Wspólnym mianownikiem tych pomysłów jest przekonanie, że błąd konstrukcyjny unii walutowej i monetarnej polegał na tym, że wprowadzając wspólną walutę, nie wprowadzono zarazem co najmniej harmonizacji polityk gospodarczych, a najlepiej po prostu unii politycznej. Zarazem wszyscy się zgadzają, że koniecznym warunkiem unii politycznej jest istnienie, jeśli nie narodu europejskiego, to co najmniej silnej europejskiej tożsamości wszystkich uczestników UE – który to warunek w oczywisty sposób spełniony nie jest. W „Les Echos” znajdujemy streszczenie niedawnego dokumentu 17 renomowanych europejskich ekonomistów, którzy formułują swoją diagnozę obecnego kryzysu i swoje propozycje jego zażegnania. Wśród autorów tego dokumentu figurują m. in.: Erik Berglof, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (BERD), Paul de Grauwe, profesor w London School of Economics i Jean-Paul Fitoussi, profesor w paryskim Instytucie Studiów Politycznych. Autorzy tego dokumentu proponują między innymi: unię bankową i wspólny nadzór bankowy; reformę systemu finansowego, „aby lepiej służyć interesom realnej gospodarki”; kontrolę budżetów narodowych, co przewiduje pakt budżetowy, ale zarazem opowiadają się za pewnym uelastycznieniem mechanizmu przewidzianego w pakcie. „Państwa, które przechodzą silną recesję, powinny mieć możliwość skorzystania ze stymulacji budżetowej większej niż przewiduje pakt”. W końcu autorzy opowiadają się za tym, żeby EBC mógł pożyczać bezpośrednio państwom oraz żeby państwa, które łamią reguły paktu były z niego wykluczane (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202187507916-crise-de-l-euro-les-solutions-preconisees-par-17-economistes-europeens-346937.php). W tym kontekście interesujący jest artykuł w „La Tribune”, pióra Davida Benamou, przewodniczącego Axiom Alternative Investments. Autor wychodzi od podstawowej konstatacji, że kryzys euro wynika z niedokończonej konstrukcji traktatu w Maastricht, a zatem, że nie wystarczą techniczne sposoby ratowania euro, lecz potrzebne są także zasadnicze decyzje polityczne. Kluczowy fragment tekstu brzmi tak: „Wspólna waluta była ostatecznym celem traktatu z Maastricht. Trzeba podobnego symbolu i punktu docelowego dla tej nowej fazy budowania Unii. Z tego punktu widzenia jednym z symboli zakończenia budowy Europy federalnej może być stworzenie instytucji Skarbu europejskiego, wyposażonego w prawo emitowania wspólnego europejskiego długu; byłby to symbol solidarności finansowej, a zatem symbol Europy politycznej. To jest rezultat, którego można oczekiwać po konwergencji budżetowej i fiskalnej. Inne elementy mogą być dodane [do tej wizji] (...), ale to przede wszystkim w długoterminowy projekt polityczny leczący obecne problemy UE powinny się wpisywać projekty techniczne, a nie odwrotnie” (http://www.latribune.fr/opinions/tribunes/20120629trib000706429/crise-de-la-zone-euro-quand-l-histoire-se-repete.html).

Blog Bogusława Sonika, 7 sierpnia 2012

Kryzys euro: ile jeszcze zostało czasu?

Niemcy nie chcą dłużej płacić rachunków za ratowanie Grecji – pisze „Le Monde”, przytaczając wyniki niedawnych sondaży niemieckiej opinii publicznej. Oto 51 proc Niemców uważa, że ich gospodarka rozwijała by się lepiej, gdyby opierała się na marce niemieckiej, a nie na euro. Z kolei 71 proc. opowiada się za wyjściem Grecji ze strefy euro, jeśli ten kraj nie będzie dotrzymywał zobowiązań oszczędnościowych. Co więcej, wyrazy zniecierpliwienia słychać coraz częściej z ust niemieckich polityków i to nie tylko, jak dotąd, tych z koalicyjnych partii FDP i CSU, ale i z partii pani kanclerz, CDU. Oto Michael Fusch, wice-przewodniczący frakcji parlamentarnej CDU, mówi na łamach „Welt am Sonntag”: „Jeśli Ateny nie dotrzymają zobowiązań, to dosyć tego! Nie można już dawać Grecji dodatkowego czasu, ani dodatkowych pieniędzy” (Le sauvetage interminable de la Grèce met la patience de l’Allemagne à rude épreuve, 31.07.2012). Nawet niemiecki minister finansów, Wolfgang Schauble, nie zawsze mówi językiem dyplomatycznym. O ile po spotkaniu z amerykańskim sekretarzem skarbu, Tymothy Geithnerem, obaj politycy wydali komunikat w którym po pochwałach w kierunku Irlandii, Portugali, Hiszpanii i Włoch za ich wysiłki oszczędnościowe i reformatorskie, zmilczeli postawę Grecji, o tyle w wywiadzie dla „Welt am Sonntag”, niemiecki minister finansów mówi wprost, że nie istnieje już dodatkowy margines manewru dla dalszych ustępstw wobec rządu greckiego. W tej sytuacji czołowi funkcjonariusze strefy euro próbują uruchomić mechanizmy ratunkowe. W ostatnich dniach mówili o tym szef Eurogrupy, Jean-Claude Juncker i szef Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi. Chodzi z jednej strony o skorzystanie z mechanizmu ratunkowego FESF, a z drugiej o bezpośrednią interwencję EBC na rynku obligacji. Kupując obligacje najbardziej zadłużonych państw, EBC spowodowałby spadek ich oprocentowania na rynku. Jak wiadomo, te decyzje nie są oczywiste z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności. Z drugiej strony, jeśli kilka krajów Południa ma być uratowanych, być może nie ma już czasu do stracenia. W tym duchu jest napisana konkluzja w „Loractu.fr”: „Rządy [europejskie], Mario Draghi i Jean-Claude Juncker stawiają więc na wspólną akcję, żeby jak najszybciej uratować euro. Współpraca 17 rządów strefy i EBC będzie prawdopodobnie polegać na uruchomieniu funduszu pomocowego (FESF) i zgodzie na skupowanie przezeń długów państwowych na rynku. Zapowiedź tych działań następuje w nieobojętnym momencie, ale jedno jest pewne: trzeba działać szybko, aby uspokoić >>fałszywych lekarzy rynków<< [wyrażenie użyte przez Junckera na określenie panicznych reakcji rynków] i zahamować wzrost stóp procentowych dla obligacji krajów przeżywających [największe] kłopoty” (http://www.loractu.fr/france/1827-crise-de-l-euro-juncker-annonce-une-cooperation-avec-la-bce.html).

Blog Bogusława Sonika, 6 sierpnia 2012

Europa wątpi w Unię

W ostatnich dniach mieliśmy kaskadę reakcji rynków, które znowu pogorszyły humory wszystkim, którzy dobrze życzą Unii. Po poniedziałkowej zapowiedzi przez agencję Moody’s obniżenia „perspektywy ratingu” Niemiec; po środowym obniżeniu przez tę samą agencję „perspektywy ratingu” dla 17 banków niemieckich korzystających z pomocy państwa lub/i landów; wreszcie po obniżeniu, także w środę i także przez Moody’s, „perspektywy ratingu” dla europejskiego funduszu ratunkowego (FESF); ci, którzy do niedawna wierzyli, że sytuacja w strefie euro stabilizuje się, zaczęli tracić tę wiarę. Prognozy agencji ratingowych nie pozostają bez związku z realną ekonomią. W środę obligacje hiszpańskie były oprocentowane 7,6 (najwyżej od powstania strefy euro). Hiszpania wprawdzie idzie w zaparte i głosem swojego ministra gospodarki Luisa de Guindosa twierdzi, że nie prosiła i nie będzie prosić społeczności międzynarodowej o pomoc, ale obserwatorzy hiszpańskiej polityki (i gospodarki) wierzą w to coraz mniej. Pisze o tym „Le Monde”: „W oczach inwestorów europejski plan wsparcia dla banków hiszpańskich – 100 mld euro – nie wystarczy. Ich skrajny brak zaufania do zdolności Hiszpanii do spłacenia długów objawia się przez wysoką premię od ryzyka przy udzielaniu temu państwu pożyczek: ta premia jest sześciokrotnie wyższa niż w przypadku Niemiec. >>Hiszpania nie wytrzyma tego długo<< obawia się otoczenie prezydenta Francji. >>wyczuwa się panikę<<, stwierdza pewien analityk. To pogarsza jeszcze sytuację tego kraju, ponieważ wzrost stóp procentowych zwiększa ciężar długu i czyni jego spłacenie jeszcze bardziej problematycznym” (http://www.lemonde.fr/economie/article/2012/07/24/la-situation-de-l-espagne-parait-de-plus-en-plus-intenable_1737644_3234.html#xtatc=INT-17). W podobnym tonie jest utrzymany komentarz w „Easybourse.com”: „Problem refinansowania długu hiszpańskiego, do tej pory postrzegany jako głównie bankowy, obecnie zdaje się przybierać kształt troski o funkcjonowanie struktur tego państwa. W minionym tygodniu region Walencji poprosił o pilną pomoc finansową rząd centralny w Madrycie. Co więcej, władze hiszpańskie skorygowały w dół prognozy wzrostu gospodarczego na 2013 rok (...). Poza Hiszpanią coraz gorsze są widoki dotyczące Grecji. Wierzyciele Grecji, którzy spotkali się w miniony weekend, wyrazili wątpliwości, czy Ateny będą zdolne dotrzymać przyjętych na siebie zobowiązań. Niemiecki wice-kanclerz, Philip Roesler stwierdził, że jest >>bardzo sceptyczny<< co do zdolności przywódców europejskich do uratowania Grecji” (http://www.easybourse.com/bourse/financieres/article/23468/nouveau-record-a-la-baisse-pour-les-taux-americains-allemands-et-britanniques.html).

Blog Bogusława Sonika, 26 lipca 2012

Rumunia: nowy chory człowiek Europy?

Sekwencja  wydarzeń w polityce rumuńskiej, poczynając od kwietnia, coraz bardziej niepokoi Unię. Przypomnijmy podstawowe fakty. Pod koniec kwietnia następuje zmiana większości parlamentarnej, w konsekwencji czego centro-prawicową koalicję rządzącą zastępuje koalicja centro-lewicowa, Unia Socjal-Liberalna, a premierem zostaje szef Partii Socjal-Demokratycznej, Victor Ponta. Prezydentem jest wtedy, ciągle jeszcze, Traian Basescu, przedstawiciel centro-prawicy. Wkrótce nowa większość parlamentarna uruchamia procedurę odwołania prezydenta, przewidzianą na okoliczność zdarzeń nadzwyczajnych, m.in. ciężkiego pogwałcenia przez głowę państwa konstytucji. Parlament składa z urzędu prezydenta, a jego miejsce zajmuje nowy przewodniczący Senatu, Crin Antonescu. Decyzja o złożeniu z urzędu prezydenta musi być jeszcze potwierdzona przez referendum, które odbędzie się 29 lipca. Dotąd wszystko dokonuje się legalnie, ale opozycja bije na alarm, że przygotowywane jest coś na kształt legalnego zamachu stanu. Dlaczego? Bo nowa większość parlamentarna – niezależnie od nieprzekonującego uzasadnienia decyzji o odsunięciu Besescu - bardzo szybko po utworzeniu rządu  przeprowadza czystkę na wielu kluczowych stanowiskach i ustanawia nowe reguły. W ten sposób – powiada opozycja - USL zmierza do monopolu władzy. Czystka dotyczy przewodniczących obu izb parlamentu (obaj reprezentowali poprzednią centro-prawicową większość), rzecznika praw obywatelskich, kierownictwa Rumuńskiego Instytutu Kulturalnego, telewizji publicznej i archiwów państwowych. Zaś nowe reguły to uszczuplenie uprawnień Sądu Konstytucyjnego oraz zmiana zasad referendum. Ta ostatnia dokonana zostaje dekretem rządu, co samo w sobie jest wątpliwe z prawnego punktu widzenia. W każdym razie odtąd wynik referendum będzie wiążący niezależnie od ilości głosujących (od 2010 roku obowiązywała zasada, że w głosowaniu musi wziąć udział przynajmniej połowa uprawnionych). Sąd Konstytucyjny unieważnił wspomniany dekret, ale rząd upiera się, że dekret jest, mimo to, ważny. Na tle tej sekwencji wydarzeń doszło w miniony czwartek do wizyty szefa rumuńskiego rządu w Brukseli dla złożenia wyjaśnień. Jak pisze „Agence Europe”, te wyjaśnienia były mało satysfakcjonujące dla przedstawicieli Unii: „Naszą troską, powiedział Herman Van Rompuy, jest upewnić się >>co do respektowania konstytucji rumuńskiej - tak co do litery, jak i co do jej ducha<<. Po spotkaniu z Victorem Pontą Hermann Van Rompuy nakłaniał swojego gościa do zastosowania >>wszystkich zaleceń<< Komisji i do wejścia w >>konstruktywny dialog<< z nią. Przypominając >>swój głęboki niepokój<< przewodniczący Rady powiedział, że ufa w to, że >>rząd rumuński jest w pełni świadomy wagi stawki, o jaką chodzi<< (Victor Ponta sous pression à Bruxelles, 13.07.2012). W języku dyplomacji znaczy to, że przewodniczący Rady obawia się, że rząd rumuński nie jest tej stawki świadomy. Tymczasem w Rumunii tymczasowy prezydent wygłosił oświadczenie, w którym stanowczo odrzuca presję zagranicy w sprawach wewnętrznych swojego kraju, o czym informuje „Le Nouvel Observateur” (http://tempsreel.nouvelobs.com/monde/20120713.AFP2762/roumanie-le-president-interimaire-rejette-tout-ordre-de-l-etranger.html). Jak z tego wynika, jeśli by chcieć utrzymać się w ryzach języka dyplomacji, trzeba byłoby powiedzieć, że „konstruktywny dialog” Bukaresztu z Brukselą, do którego namawia Van Rompuy, będzie  najeżony trudnościami.

Blog Bogusława Sonika, 16 lipca 2012

Ratowanie Euro

W poniedziałek  zebrali się w Brukseli ministrowie finansów strefy euro. Cel – jak zwykle od wielu miesięcy, a nawet od kilku lat – ratowanie strefy euro i waluty euro. Chociaż słychać ostatnio o ekspertyzach zakładających wyjście jednego państwa ze strefy, albo nawet w ogóle powrót do narodowych walut wszystkich uczestników unii walutowej, oficjalnie wciąż jeszcze obowiązuje polityka ratowania strefy i wspólnego pieniądza dla wszystkich siedemnastu jej członków. Artykuł publikowany przed spotkaniem ministrów przez „Les Echos” zdaje sprawę ze skali czekających ich trudności. „Uzgodnić warunki pomocy dla banków hiszpańskich, przeanalizować stan finansów Grecji i Cypru, wpisać bezpośrednie refinansowanie banków w działanie Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjny, sprawdzić, co każdy rozumie pod pojęciem unii bankowej – kalendarz ministrów finansów strefy euro, którzy zebrali się wczoraj w Brukseli, jest tak napięty, że wszyscy z góry zapowiedzieli, że nie będzie spektakularnej decyzji”. Dziennik wspomina następnie o problemie personalnym: sporze o obsadę stanowiska szefa euro-grupy (obecnie funkcję tę premier i minister finansów Luksemburga, Jean-Claude Juncker, ale kończy się jego kadencja), a dalej o znowu wysokim oprocentowaniu obligacji hiszpańskich, o trudnościach w dojściu do porozumienia co do zasad bezpośredniego refinansowania banków hiszpańskich przez Europejski Mechanizm Stabilizacyjny. A konkluduje na minorowa nutę: „Otóż w miarę upływającego czasu wzmaga się pokusa łagodniejszego zdefiniowania reguł [pomocy dla Hiszpanii w zamian za zintegrowany nadzór bankowy]. Od ministrów oczekuje się więc, aby potwierdzili dziś i jutro zgodną wolę co do koniecznego wykorzystania tych funduszy [MES], aby w razie potrzeby kupować państwowe obligacje i dokapitalizowywać banki” (http://www.lesechos.fr/economie-politique/monde/actu/0202163442081-l-eurogroupe-n-arrive-plus-a-suivre-le-rythme-des-reformes-342321.php). „Le Parisien” opublikował swój artykuł o spotkaniu ministrów już po jego zakończeniu. Znamienne, że po spotkaniu potwierdziły się przewidywania „Les Echos” sprzed spotkania. W szczególności sprawdziły się przewidywania co do złagodzenia rygorów pomocy dla Hiszpanii „Le Parisien” wzmiankuje, że ministrowie zgodzili się, aby Hiszpania ograniczyła deficyt budżetowy do 3 proc. PKB nie w roku 2013, ale w 2014. Z kolei, gdy chodzi o kłopoty z następstwem na stanowisku szefa euro-grupy, dziennik pisze o potencjalnej ciekawej układance personalnej: „Zapytany o krążącą w prasie hipotezę, wedle której przewodnictwo euro-grupy byłoby najpierw powierzone Wolfgangowi Schauble [ministrowi finansów Niemiec], a potem Pierre’owi Moscovici [ministrowi finansów Francji], ten ostatni powiedział, że nie zabiega o to stanowisko”.  (http://www.leparisien.fr/flash-actualite-economie/eurogroupe-premier-versement-a-l-espagne-de-30-milliards-d-euros-a-la-fin-du-mois-10-07-2012-2084451.php)

Blog Bogusława Sonika, 11 lipca 2012

ACTA: Parlament Europejski mówi "nie"

Parlament Europejski postanowił, przygniatającą większością głosów, nie ratyfikować umowy ACTA, podpisanej przez ok. 30 państw (w tym Polskę) i Unię Europejską. Biuletyn „Agence Europe” zdaje sprawę z debaty poprzedzającej głosowanie w PE. Ogromna większość mówców zachęcała do głosowania za nie ratyfikowaniem umowy, a atmosferę na sali obrad oddaje hasło „Hello democracy, Goodbye ACTA”, trzymane przez grupę deputowanych z frakcji „zielonych”. Biuletyn odnotowuje także opinię europejskiego komisarza do spraw handlu, Karela de Guchta, który – jako odpowiedzialny za podpisanie ACTA przez Unię – był najbardziej atakowany przez jej przeciwników, pisząc, że de Gucht „uznał swoją przegraną ledwo-ledwo”. I dalej: „Przypominając znaczenie ACTA dla ochrony praw własności intelektualnej i dla konkurencyjności UE, komisarz do spraw handlu sprecyzował, że podtrzymuje swój wniosek do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o zbadanie zgodności umowy z prawem wspólnotowym i z Europejską Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Kiedy już będzie dysponować orzeczeniem Trybunału, Komisja wyciągnie z tego wnioski i skonsultuje się z pozostałymi sygnatariuszami ACTA w celu podjęcia nowej inicjatywy dla ochrony praw własności intelektualnej na skalę międzynarodową” (Commerce: ACTA est mort et enterré en Europe, 04.07.2012). „Le Nouvel Observateur” publikuje tekst eurodeputowanej z frakcji socjalistycznej, Françoise Castex, na temat ACTA, oddający wspomnianą wyżej atmosferę w sali obrad parlamentu. Oto najbardziej wymowny jego fragment: „Poprzez to głosowanie Parlament Europejski postawił przywódców Unii wobec takiej oto rzeczywistości: istnienia równowagi władz oraz istnienia europejskiego społeczeństwa obywatelskiego, zorganizowanego przez deputowanych wybranych w głosowaniu powszechnym. Bo – owszem – w naszej tradycji politycznej nie można lekceważyć istnienia równowagi władz. Nie można pogardzać uchwałą Parlamentu Europejskiego i nie można instrumentalizować orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. A jeśli się to robi, podejmuje się pewne ryzyko. Właśnie tak jak członkowie europejskiej egzekutywy, którzy przez jedno słowo, przez jeden tekst legislacyjny, mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności. Oczywiście, Unia nie jest państwem, ani nie ma ustroju parlamentarno-gabinetowego. Ale czy to znaczy, że Komisja powinna ignorować opozycję unii narodów europejskich?” (http://leplus.nouvelobs.com/contribution/585434-le-rejet-d-acta-par-le-parlement-europeen-est-une-victoire-pour-la-democratie.html).

Blog Bogusława Sonika, 9 lipca 2012

Pakt wzrostu - Blog Bogusława Sonika

W miniony czwartek i piątek przywódcy 27 państw Unii debatowali w Brukseli, kolejny raz, na temat sposobów ratowania strefy euro. Podstawowym przedmiotem sporu przed szczytem był sławetny „pakt wzrostu” – pomysł François Hollande’a, którego korzenie tkwią jeszcze w jego kampanii wyborczej. Kampania była zwycięska, więc po objęciu prezydentury Hollande musiał jakoś spełnić swoją obietnicę, która brzmiała: trzeba renegocjować „pakt budżetowy” (podpisany w marcu, nakładający na państwa-sygnatariuszy zobowiązanie do ograniczenia długu publicznego i deficytu budżetowego oraz dający Unii uprawnienia kontrolne w tym zakresie). Efektem czwartkowo-piątkowego szczytu jest uchwalenie zupełnie nowego dokumentu nazwanego „paktem wzrostu”, który jest pewnego rodzaju uzupełnieniem „paktu budżetowego”, ratyfikowanego już przez większość z 25 państw-sygnatariuszy (w piątek ratyfikowały go, podobnie jak ustanowienie Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego, obie izby niemieckiego parlamentu). François Hollande, mimo to, przedstawiał w piątek zgodę Unii na „pakt wzrostu” jako spełnienie swojej wyborczej obietnicy. „Sztuka odpowiedniego prezentowania spraw ...” – spuentował stanowisko Hollande’a , skądinąd sprzyjający mu, „Le Monde” (http://www.lemonde.fr/politique/article/2012/06/29/francois-hollande-met-en-avant-son-role-dans-l-accord-europeen_1727270_823448.html). „Pakt wzrostu” oznacza po prostu zgodę na uruchomienie funduszy europejskich z przeznaczeniem na pro-wzrostowe inwestycje. „Pakt” to 120 mld euro, które mają pochodzić ze zwiększenia kapitałów Europejskiego Banku Inwestycyjnego (60 mld), z innego zagospodarowania niewykorzystanych funduszy strukturalnych (55 mld) oraz z nowych obligacji europejskich (nie mylić z euro-obligacjami, co do których wciąż nie ma porozumienia) dla finansowania inwestycji infrastrukturalnych w dziedzinie transportu i energii. Według „Le Parisien” „pakt wzrostu” jest przedsięwzięciem skromnym. „>>To nie jest bardzo konkretna zmiana, tym bardziej że nie zawiera w rzeczywistości nowych wydatków publicznych<<, ocenia Frédérique Cerisier z BNP Paribas. Według niej >>to nie będzie równoważyć efektów aktualnej polityki cięć budżetowych<< i jej bank nie rozważa w związku z tym zmiany swoich prognoz ekonomicznych” (http://www.leparisien.fr/crise-europe/sommet-europeen-le-pacte-de-croissance-signe-au-bout-de-la-nuit-29-06-2012-2070639.php). Wiele mówią reakcje polityków, cytowane przez „L’Express”. Martine Aubry, pierwsza sekretarz rządzącej francuskiej Partii Socjalistycznej: „Po licznych szczytach >>ostatniej szansy<<, których jedynymi rezultatami było dodawanie oszczędności do oszczędności, ten z 28/29 czerwca uderza solidnością odpowiedzi, których dostarczył oraz głębokością przeprowadzonej reorientacji. Wraz z inicjatywą François Hollande’a cel wzrostu gospodarczego został postawiony w samym centrum dyskusji, linie podziału w Europie ruszyły z miejsca, a rezultat tego szczytu jest tego konkretnym dowodem”. Valéry Pécresse, była minister budżetu w rządzie Fillona: „(...) François Hollande podjął ryzyko osłabienia duetu francusko-niemieckiego, a zatem całej Europy, poprzez swoją postawę obliczoną wyłącznie na efekt wyborów, a także ociąganie się w działaniu. Jest odpowiedzialny za miejsce w, w którym znajduje się Europa od 6 miesięcy, a recykling funduszy europejskich, pompatycznie nazywany >>programem wzrostu<<, nie może mu służyć za wymówkę” (http://www.lexpress.fr/actualite/politique/reactions-politiques-aux-resultats-du-sommet-de-bruxelles_1132612.html).

Blog Bogusława Sonika, 2. lipca 2012

Strefa euro bez Grecji?

Po powtórzonych wyborach w Grecji wiemy już, że Grecy opowiedzieli się za tym, żeby nie wychodzić ze strefy euro. Nie wiemy, na ile są zdeterminowani, żeby wywiązać się ze zobowiązań zaciągniętych wobec wierzycieli. Ten drugi aspekt podnosi Ferdinando Riccardi w biuletynie „Agence Europe”, a jego opinia jest jednoznaczna: Grecja musi opuścić unię monetarną. „Czuję się osamotniony pisząc ciągle, że Grecja będzie musiała w najbliższych miesiącach opuścić strefę euro. Jest w modzie wierzyć, albo udawać, że się wierzy, że jest ona w stanie respektować przyjęte reguły. Rzecz jasna, instytucje wspólnotowe są zobligowane w oficjalnych wystąpieniach deklarować zaufanie do Grecji, dodając, że musi ona dotrzymać powziętych zobowiązań. A tymczasem wszystko, czego dowiadujemy się z wiarygodnych źródeł, dowodzi, że Grecja nie jest i nie będzie w stanie dotrzymać warunków, które przyjęła, aby pozostać w euro”. Dalej autor pisze, że żadne reformy, które były zapowiedziane nie funkcjonują, że przychody skarbowe za pierwszych 5 miesięcy tego roku są wyraźnie mniejsze od przewidywanych, oraz że nowe dezyderaty greckie dotyczące poluzowania programu naprawczego wywołują zdumienie w Brukseli. Następnie wskazuje, że Unia zdaje się wybierać drogę odsunięcia problemu greckiego po to, aby nie zatruł on owoców najbliższego spotkania na szczycie 28 i 29 czerwca: delegacja EBC, MWF i Komisji Europejskiej, która miała być w Atenach na początku tego tygodnia, przełożyła wizytę, a grecki premier i minister finansów będą nieobecni podczas szczytu brukselskiego z powodów zdrowotnych. W konkluzji Riccardi pisze: „Demagogia jest nieskuteczna. Wobec opisanej wyżej sytuacji, Unia w ogóle, a szczególnie państwa strefy euro powinny pomóc Grecji na wszelkie możliwe sposoby, ale pozostawienie Grecji za wszelką cenę w strefie euro byłoby wyjściem, czysto retorycznym, nieskutecznym i rujnującym dla wspólnej waluty” (Éviter que le problème grec puisse démolir les résultats du Conseil européen, 26.06.2012). Komentarz w tym samym duchu czytamy na stronach „Romandie.com”. Szwajcarska agencja wymienia szczegóły greckiej prośby o zmniejszenie rygorów planu oszczędnościowego: zamrożenie redukcji liczby urzędników, wydłużenie z jednego roku do dwóch lat zasiłków dla bezrobotnych, przesunięcie z roku 2014 na rok 2016 zmniejszenia długu publicznego do 120 proc. PKB. I dalej: „Cytując wewnętrzny raport międzynarodowych wierzycieli, magazyn >>To Vima<< informuje, że 70 tys. urzędników zostało zatrudnionych w 2010 i 2011 roku, co było złamaniem zobowiązań Grecji. Od 2010 roku pomoc w wysokości 347 mld euro – dwie pożyczki: 110 i 130 mld euro oraz anulowanie długów na kwotę 107 mld euro – jaką otrzymała Grecja stanowi odpowiednik 150 proc. jej PKB, co daje 31 tys. euro na każdego Greka. Przedłużenie terminu sanacji gospodarki o dwa lata skutkowałoby koniecznością nowej pożyczki w roku 2015 rzędu 20 mld euro” (http://www.romandie.com/news/n/Zone_euro_une_semaine_cruciale_pour_la_Grece_privee_de_son_premier_ministre73250620120624.asp?). Tymczasem „Le Figaro” wysuwa argument przeciwny: że w obecnym stanie rzeczy ratowanie Grecji będzie mimo wszystko mniej kosztowne niż skutki finansowe rozpadu strefy euro, szacowane dla samych tylko Niemiec na kwotę 86 mld euro z tytułu zaangażowania Niemiec w pomoc unijną dla Grecji. Gdyby zaś uwzględnić zaangażowanie Niemiec w Międzynarodowy Fundusz Walutowy, te koszta wzrosłyby do 100 mld euro (http://www.lefigaro.fr/conjoncture/2012/06/25/20002-20120625ARTFIG00416-un-eclatement-de-la-zone-euro-couterait-cher-a-l-allemagne.php). Czyli tak źle i tak niedobrze.

Blog Bogusława Sonika, 27. czerwca 2012

Grecja (i jej wierzyciele) po wyborach

Dzisiaj (w środę, 20 czerwca) upływa termin wyznaczony przez prezydenta Carolosa Papolulosa, liderowi zwycięskiej Nowej Demokracji, Antonisowi Samarasowi, dla sformowania rządu. Powtórzone w minioną niedzielę wybory parlamentarne przyniosły wyniki na tyle różne od poprzednich, że utworzenie większościowego rządu wydaje się możliwe. Pod warunkiem, że będzie to rząd wielkiej koalicji, obejmującej dwie największe i do niedawna konkurencyjne względem siebie partie: konserwatystów z Nowej Demokracji i socjalistów z PASOK. Rozważane jest wejście do koalicji partii Dimar (umiarkowana lewica) lub tylko udzielania przez te partię rządowi poparcia w parlamencie, ale bez wchodzenia jej przedstawicieli do gabinetu.Podstawową kwestią toczących się w Atenach negocjacji politycznych jest stosunek Grecji do zachodnich wierzycieli. Partnerzy przyszłej koalicji chcą utrzymania Grecji w strefie euro, ale chcą też złagodzenia warunków, na jakich Grecję objęto drugim planem pomocowym. W tym kontekście „Le Monde” przytacza słowa lidera socjalistów, Evangelosa Vanizelosa: „Najważniejszym tematem nie jest skład rządu, ale skład narodowej ekipy negocjacyjnej, która spróbuje jak najlepiej renegocjować porozumienie pożyczkowe [z wierzycielami – przyp. „Le Monde”]. Zmobilizujemy wszystkie nasze kontakty międzynarodowe i całe nasze doświadczenie” (http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/06/19/grece-pas-d-accord-de-coalition-en-vue-aujourd-hui_1721027_3214.html). W tej kwestii spierają się też wierzyciele i liderzy Unii Europejskiej. „Euractiv.com” przywołuje twarde stanowisko Angeli Merkel, wyłożone podczas szczytu G-20 w Meksyku: „Żadne odstępstwo od planu reform nie będzie tolerowane, trzeba, żeby Grecja dotrzymała swoich zobowiązań<<, podkreśliła pani Merkel (...)”. Pewien cytowany przez „Euractiv.com” anonimowy funkcjonariusz UE uważa jednak, że pomysł, aby zachować w niezmienionej postaci warunki umowy, wynegocjowane przed drugim planem pomocowym, podczas gdy od tego czasu otoczenie ekonomiczne pogorszyło się, jest nie do utrzymania: „Sytuacja ekonomiczna zmieniła się, przychody fiskalne są mniejsze, rytm wdrażania reform spowolnił, podobnie jak rytm prywatyzacji. Jeśli nie zmodyfikuje się protokołu porozumienia, to wszystko przestanie działać”. (http://www.euractiv.com/fr/services-financiers/angela-merkel-sous-pression-quan-news-513427).Wydaje się, że w Unii przeważa podejście dopuszczające pewne poluzowanie warunków planu pomocowego.

Blog Bogusława Sonika, 20 czerwca 2012

Hollande - Monti: tandem, który wpłynie na panią kanclerz?

W czwartek (14 czerwca) prezydent Francji, François Hollande, spotkał się z włoskim premierem, Mario Montim. Wedle dość powszechnej opinii, po zwycięstwie Hollande’a i wobec niemożności znalezienia wspólnego języka w kwestiach europejskich przez przywódców Francji i Niemiec, francuski szef państwa szuka nowego sojusznika w osobie premiera Włoch.Nie było to wprawdzie nigdzie powiedziane wprost, ale drobne aluzje i półsłówka obu przywódców, a także pani kanclerz i – szczególnie – jej ministra finansów Wolfganga Schauble, potwierdzały, że mamy do czynienia z rodzeniem się nowego układu sił.Jeszcze przed spotkaniem Monti - Hollande biuletyn „Agence Europe” pisał: „Obaj przywódcy mają zbieżne stanowisko w wielu punktach i chcą współpracować w przygotowaniu konkretnej walki z kryzysem oferty dla innych europejskich partnerów”. "Agence Europe" potwierdziła wspólne stanowisko Paryża i Rzymu w kwestii euro-obligacji oraz w kwestii unii bankowej. Natomiast zauważała, że w zakresie pomysłów na ożywienie wzrostu gospodarczego występują pewne rozbieżności: „Obydwaj opowiadają się za koniecznością szybkiego pobudzenia wzrostu gospodarczego jako uzupełnienia dla polityki dyscypliny budżetowej, inaczej niż Niemcy, które stawiają jako warunek wstępny literalne przyjęcie paktu budżetowego. Nie jest wszakże pewne, że ich punkty widzenia są całkowicie zgodne co do konkretnych środków, jakie należy rozważyć. Podczas gdy François Hollande zaleca politykę wzrostu opartą przede wszystkim na popycie i stymulowaną przez wydatki publiczne, włoski premier stawia przede wszystkim na politykę liberalizacji, głównie w sektorze energetycznym i transportowym, walkę z korporatyzmami o i pewną deregulację rynku pracy” (Économie: rencontre Hollande-Monti sous le regard attentif de Berlin, 14.06.2012). Po spotkaniu skomentował je, sympatyzujący z Partią Socjalistyczną, „Le Nouvel Observateur”. Tygodnik wychodzi od stwierdzenia, że po trzech latach kryzysu Unia staje przed zasadniczym wyborem: albo strefa euro się rozpadnie, albo pójdzie drogą federalizmu. „Problemem Europy – pisze „Le Nouvel Observateur” – nie jest Grecja czy Hiszpania, jest nim Europa. To niezdolność przywódców do dogadania się wywołuje nieufność rynków. Jedynym sposobem utrzymania na nogach kulejącej unii monetarnej [czyli strefy euro] to podeprzeć ją tym, czego jej brakuje: aby rządzić gospodarką, potrzebna jest unia polityczna”. W tym kontekście gazeta pisze o spotkaniu Monti – Hollande: „Nad tym [czyli nad unią polityczną] pracuje François Hollande: wczoraj podczas wizyty w Rzymie i podczas spotkań na szczycie w ciągu najbliższych dni. Celem jest większa centralizacja nadzoru nad bankami przez Europejski Bank Centralny i emisja euro-obligacji, czemu sprzeciwia się Berlin. W zamian Hollande zrobiłby krok w kierunku Niemiec, zgadzając się na zwiększenie integracji politycznej. (...) Mario Monti i Hollande są na jednej długości fali w kilku sprawach: co do konieczności ożywienia wzrostu gospodarczego, co do większej integracji, jak również w kwestii >>readaptacji<< zasady ograniczeń deficytu finansów publicznych, która pozwoliłaby nie wliczać do nich inwestycji strategicznych zatwierdzonych przez Unię Europejską. Podczas gdy stosunki francusko-niemieckie jeszcze się pogorszyły wraz z niemiecką krytyką poluzowania francuskiej reformy emerytalnej, Monti, który ma duży kredyt zaufania u Niemców, mógłby być pośrednikiem pomiędzy dwoma głównymi protagonistami w Europie, bez których nic się nie da zrobić”(http://leplus.nouvelobs.com/contribution/571486-le-couple-hollande-monti-contre-l-austerite-de-merkel-vers-un-nouvel-elan-europeen.html).

Blog Bogusława Sonika, 18. czerwca 2012