Artykuł

Kraków pod czerwoną latarnią. Co się stało z naszym miastem?

Klub%20-%20kopia

Zamiast mieszkańców i zwykłych turystów - pijani Anglicy i naganiacze do klubów, zamiast eleganckich butików, galerii - krzykliwe witryny nocnych lokali i dyskotek... Niedługo tak może wyglądać centrum Krakowa.

Jest godz. 22.30, środek tygodnia. W okolicach bazyliki Mariackiej otacza nas tłumek dziewcząt w białych kurteczkach pod różowymi parasolami. Część próbuje nawiązać rozmowę łamaną angielszczyzną. - Du ju łona goł tu de strip klab? - zachęca jedna z nich i wskazuje na rozświetloną na czerwono kamienicę na początku ul. Grodzkiej.

Inwazja na centrum

To tu od dwóch tygodni mieści się klub go-go sieci Cocomo, drugi już na Drodze Królewskiej. Choć nasza polszczyzna szybko wyprowadza dziewczyny z błędu, nie dają za wygraną. Pojawiają się też inni naganiacze. Przekrzykują się: "U nas promocja, tanie piwko za 15 zł! Polki, Ukrainki, Węgierki". Przechodzącym Hindusom w garniturach polecają "europejskie kształty", prywatne dance roomy.

(…)

Centrum bez mieszkańców to skorupa

Józef Lassota, poseł PO i były prezydent Krakowa, uważa, że miasto może wpływać na to, jaką funkcję mają poszczególne lokale. - Tak zrobiono w przypadku Sukiennic. Poprzez odpowiednie ustalenia dotyczące rodzaju towaru dopuszczonego tam do handlu powstrzymano zalew chińszczyzny. Choć oczywiście tam było łatwiej, bo to miejski budynek - mówi Lassota. Dlatego proponuje wprowadzenie dodatkowych zapisów w uchwale o parku kulturowym. - Dotychczas skupiliśmy się na szyldach, ale należałoby się też pochylić nad tym, co dzieje się w poszczególnych budynkach.

Europoseł Bogusław Sonik wskazuje, że są miejsca, gdzie poradzono sobie z erotycznym biznesem. W Rydze zakazano "erotycznych reklam", potem ograniczono działalność samych klubów. W walijskim Swansea rada miasta poszła jeszcze dalej: w obrębie miasta odrzuca każdy wniosek o zezwolenie na działalność lokalu z branży rozrywki erotycznej.

Według Mateusza Zmyślonego miasto powinno też powalczyć o to, by w centrum nadal mieszali ludzie. - Bez nich okolice Rynku będą tylko makietą. Skorupą do obsługi ruchu turystycznego. Jeśli z danej kamienicy wyprowadzą się już wszyscy lokatorzy, nie będzie miał kto protestować przeciwko klubowi go-go. Miasto musi jednak coś mieszkańcom zaoferować, zapewnić im miejsca w przedszkolach, parkingi, zwykłe sklepy, place zabaw - przekonuje Zmyślony, który sam mieszka w centrum. Przestrzega, by Kraków nie podążał drogą Zakopanego, które z modnego kurortu dla poetów stało się miastem tandety. Z takim wizerunkiem trudno potem walczyć.

Dr Monika Bogdanowska ze Społecznego Komitetu Ochrony Zabytków Krakowa ubolewała na naszych łamach: - W opinii gości z innych krajów, którzy odwiedzali Kraków jeszcze kilka lat temu, wyjątkowe w naszym mieście było to, że w ścisłym, historycznym centrum nadal mieszkali ludzie, których można było spotkać spacerujących z psami, niosących zakupy. Kraków nie był skansenem, lecz żywym miastem. Zniszczono to bezpowrotnie w ostatnich latach.

Śródmieście Krakowa coraz bardziej się wyludnia. - W czasach mojej młodości większość moich kolegów mieszkała właśnie tutaj. Dzisiaj niewielu ich tutaj zostało - rozkłada ręce Tomasz Daros. Jak oblicza, stałych zameldowanych mieszkańców może być nawet dwukrotnie mniej mieszkających czasowo.

(…)

Pełna treść w załączniku:

Źródło: Gazeta Wyborcza, 29 marca 2014

Powiązane tematy